Mała hugenocka Francja, czyli Prusy jako synteza kalwinizmu i luteranizmu

28 czerwca 2016
Noc Ś. Bartłomieja (Francois Dubois)

Wydany 22 październik 1685 r. przez Ludwika XIV tzw. Edykt z Fontainebleau kończył ostatecznie we Francji epokę tolerancji religijnej dla tamtejszej mniejszości kalwińskiej, tak zwanych hugenotów. Społeczność ta, licząca wówczas ok. 900 tys. heretyków chroniona była dotychczas, na mocy Edyktu z Nantes (Edykt Nantejski, 1598 r.), który gwarantował im wolność wyznania i dawał liczne przywileje. W niespełna rok od wprowadzenia drakońskiego prawa, dającego nawet możliwość stosowania kary śmierci (którą dość często egzekwowano) za dalsze trwanie przy kalwinizmie, społeczność ta została zdziesiątkowana. Większość dotychczasowych wyznawców herezji Kalwina zeszła do głębokiego podziemia, jeszcze bardziej pielęgnując w sobie nienawiść do religii katolickiej. Znaczna część z nich opuściła jednak, pomimo formalnego zakazu, terytorium Królestwa Francji, udając się na emigrację. Miejscem ucieczki były głównie państwa oficjalnie wyznające religię ewangelicko-reformowaną: Niderlandy, Szkocja, Genewa i kilka innych kantonów Szwajcarii, a także Anglia, będąca jeszcze wówczas pod ogromnym wpływem doktrynalnym różnych mutacji kalwinizmu.

Ocenia się że, że z ówczesnej Francji, liczącej pod koniec XVII w. około 20 milionów poddanych, uciekło od 200 tys. do nawet 400 tys. hugenotów, czyli 1-2% populacji. Ten teoretycznie niewielki odsetek nie ukazuje jednak faktycznych strat wynikłych z tego dla Francji. Hugenoci stanowili bowiem intelektualną i rzemieślniczą elitę tego kraju, decydując w znacznej mierze o jego potędze gospodarczej, militarnej czy naukowej. Nastąpił w ten sposób swoisty drenaż umysłowy, w wyniku którego Francję opuściły tysiące specjalistów, mistrzów rzemiosła, zabierając ze sobą na zawsze tajniki produkcji jedwabiu i tkanin, mebli, zegarów, itd. W wyniku tego procesu siła gospodarcza Francji, pierwszej wówczas potęgi politycznej Europy, została nadwyrężona. Zyskali na tym jej polityczni konkurenci. Żaden jednak kraj nie zyskał na tym tyle, co Prusy. Aby jednak tę kwestię dobrze zrozumieć, na wstępie trzeba poczynić kilka uwag na temat samej religii stworzonej w XVI w. przez Jana Kalwina.

Kalwinizm

Rewolucja kalwińska, była drugą – po rewolucji luterańskiej – fazą rewolucji protestanckiej. Kalwin, Zwingli i inni „ojcowie założyciele” drugiej fali religijnej deformacji różnili się miedzy sobą w wielu szczegółach, ale pod jednym względem byli zgodni. Uznawali wspólnie, że Luter dokonał wielkiego „postępu” na polu teorii, w teologii (czytaj: doszczętnie ją zrelatywizował, a tym samym zniszczył, przekształcając w mozaikę subiektywistycznych herezji), ale na płaszczyźnie praktycznej „niepotrzebnie” zatrzymał się w połowie drogi. Polem praktycznym dla drugiej fali innowatorów była płaszczyzna sakramentów, a zwłaszcza sakrament najważniejszy: Msza święta z Komunią.

Dla katolików Msza święta jest modlitwą (czyli dialogiem z Bogiem) absolutną, bo to właśnie podczas niej – i tylko podczas niej – kapłan dokonuje Transfiguracji (przeistoczenia) chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. To dzięki tej Transfiguracji możliwa jest Komunia, czyli pełne zjednoczenie człowieka z Bogiem, co jest celem absolutnym człowieka zarówno w formacie doczesnym, jak i wiecznym. Dzienniczki Św. Faustyny Kowalskiej potwierdzają na wskroś tą prawdę absolutną. Chrystus wyjawił polskiej świętej fakt, że kwintesencja Odkupienia dokonała się już w Wieczerniku, właśnie podczas ustanowienia Sakramentu Komunii, a nie w czasie Jego śmierci na krzyżu (jak zazwyczaj podaje tradycja protestancka), czy podczas Jego zmartwychwstania (tradycja katolicka). To właśnie Komunia z Chrystusem (do której konieczny jest stan Łaski Uświęcającej, uzyskiwany z kolei z sakramencie Pokuty/Spowiedzi) jest kluczem do przejścia przez życie bez narażania się na groźbę śmierci wiecznej i esencją życia Kościoła i jego narodów. Bez stale ponawianej Komunii z Chrystusem możliwość przezwyciężania trudności, jakie napotykają w życiu każdego człowieka jest właściwie niemożliwa.

Nic tak dobrze nie ukazuje istoty rewolucji protestanckiej w ogólności, a jej kalwińskiej formuły w szczególności, jak właśnie jej nienawiść do Sakramentu Komunii. Zarówno tak zwana Ugoda Zuryska (Consensus Tigurinus, 1549 r.), zawarta pomiędzy Janem Kalwinem a Ulrichem Zwingli, jak i późniejsza Confessio Helwetica, wyznanie szwajcarskiego „kościoła reformowanego”, jawnie odrzucały jakikolwiek metafizyczny charakter Komunii, degradując ten sakrament do rangi „symbolicznej pamiątki”. Powszechne było agresywne naigrywanie się z katolickiej wiary w „Boga w chlebku” i różnorakie, z tym związane, szyderstwa i prowokacje. Kalwin w swoim kluczowym herezjarchicznym dziele, O nauce religii chrześcijańskiej (Institutio Religionis Christianae, 1536) uznał dogmat, iż w czasie Mszy ksiądz powtarza Ofiarę Chrystusa, za pdsuniętą przez diabła obrazę Boga i pogańskie bałwochwalstwo.

Konfesja kalwińska została powszechnie przyjęta nie tylko przez heretyków francuskich, ale także w północnych Niderlandach, oraz w Szkocji. W Niemczech pierwsza totalitarna komuna kalwińska powstała we wschodniofryzyjskim miasteczku Emden („Genewa Północy”), skąd dalej rozprzestrzeniła się na całe północne Niemcy. Herezję przyjęli za swoją władcy takich księstewek, jak Herborn, Nassau, Anhalt, Lippe, a także północna część Hesji (Hessen-Kassel). Ale naczelnym ośrodkiem kalwinizmu został elektorski Palatynat Reński. Jego stolica, Heidelberg, był istną kuźnią kadr i propagandy kalwinizmu w całych Niemczech. Podążyć za nimi próbował także jeden z głównych uczniów Lutra, Filip Melanchton, również próbując zrelatywizować pojęcie Eucharystii. Został jednak wraz ze swoimi uczniami przepędzony z Saksonii przez samych zwolenników Lutra.

Kalwini niemieccy niewiele różnili się od swoich francuskich i brytyjskich współwyznawców. Niczym wyznawcy islamu: wszędzie tam, gdzie zdobyli sobie znaczniejszą ilość fanatyków, rozpoczynali krwawe wojny z katolicyzmem i wszystkimi tymi herezjami, które sami arbitralnie uznawali za „niewierne”. To właśnie skrajnie agresywna, mająca oparcie we wpływowych potężnych rodach, mniejszość kalwińska doprowadziła XVI-wieczną Francję do katastrofy wojen religijnych. Słynna rzeź hugenotów z 23/24 sierpnia 1572 r. była tragicznym zwieńczeniem próby pochwycenia przez stronnictwo katolickie przywódców hugenockich, którzy parli do wypowiedzenia przez Francję wojny katolickiej Hiszpanii. Hugenoci francuscy stawiali bowiem, jako warunek sine qua non religijnego rozejmu z katolikami, wojnę z Madrytem i atak na Niderlandy, gdzie wojska iberyjskie tłumiły kalwińską rewoltę. Ówczesna Hiszpania była wciąż pierwszym mocarstwem Europy i świata, Francja tymczasem leżała na łopatkach, wycieńczona latami religijnych wojen domowych.

Kalwinizm jest główną wskazówką dla tych, którzy poszukują źródeł skrajnej polaryzacji konfesyjnej w Rzeszy Niemieckiej z końca XVI w., która z kolei legła u podstaw apokaliptycznej wojny trzydziestoletniej (1618-1648), jak dotąd największej katastrofy humanitarno-cywilizacyjnej w historii Niemiec, większej nawet od II wojny światowej. To duch kalwiński wprowadził, nieznaną wcześniej w Rzeszy, atmosferę religijnej wrogości i nienawiści. Nie przypadkiem dwa ogniska zapalne tej wojny to właśnie zainfekowane kalwinizmem Niderlandy, oraz prące ku niemu Czechy, inkubator protestantyzmu, wyprzedzający pod tym względem Niemcy o ponad sto lat.

Czeska propaganda historyczna XIX w., kontynuowana potem przez międzywojenną i komunistyczną Czechosłowację, widziała w akcie słynnej Defenestracji Praskiej (wyrzucenie z okna cesarskich wysłanników w Pradze, w 1618 r.) wyraz dążeń narodowowyzwoleńczych przeciw habsburskiej germanizacji za pomocą katolicyzmu i absolutyzmu. Miał to być rzekomo wyraz czeskiej walki o wolność sumienia dla uciśnionego narodu. Tymczasem fakty były takie, że celem tego ruchu nie była ani wolność narodu czeskiego, ani jakakolwiek wolność czyjegokolwiek sumienia, lecz zaprowadzenie, za zgodą cesarza Ferdynanda lub bez niej, totalitarnego państwa wyznaniowego o charakterze ultra-antykatolickim. Czescy heretycy nie mogli znieść istnienia w Czechach struktur Kościoła, a zwłaszcza działalności jego nowego zakonu, Jezuitów. Jak pisał w swoim genialnym podręczniku prof. Stanisław Grzybowski:

„Doszło w końcu do tego, że zebrani w Pradze czescy protestanci, przeważnie niemieckojęzyczni, wyrzucili z okna w pałacu na Hradczanach namiestników Ferdynanda (nazywali się Martina i Slavata), powołali rewolucyjny rząd, a kierownictwo powierzyli tak zwanym dyrektorom, arystokratom takim, jak na przykład hrabia von Thurn […]. Jednym z pierwszych posunięć dyrektorów było uchwalenie czegoś w rodzaju konstytucji, wzorowanych na artykułach henrycjańskich, z tym jednak, że gwarancje dla protestantów zostały zastąpione gwarancjami dla tych katolików, którzy przysięgną, że nie będą uznawać papieża; pozostałych miano wypędzić z kraju.”

Odpowiedzią na oczywistą odmowę spełnienia tych warunków przez katolickiego monarchę, było złożenie go z tronu króla Czech i powołanie przez ów rzekomy narodowy ruch czeski… niemieckiego Elektora Palatynatu, Fryca Wittelsbacha, zagorzałego kalwinisty. Jak już wspomnieliśmy, heidelberski ośrodek był w awangardzie zwalczania katolicyzmu w Rzeszy. Słynny Katechizm Heidelberski, zbudowany w tradycyjny dla protestantów sposób: pytanie i odpowiedź (przejął tą formę potem także Katechizm Kościoła Katolickiego), na osiemdziesiąte pytanie, pt. „czym jest msza?”, dawał odpowiedź własnoręcznie naniesioną przez elektora, Fryca III Wittelsbacha: „Przeklętym bałwochwalstwem” („Vermaledeyte Abgötterey„). To właśnie pod wpływem i podczas wizyty w Heidelbergu, w roku 1606, elektor Brandenburski, Jan Zygmunt, przyjął potajemnie herezję, z którą to oficjalnie ujawnił się dopiero siedem lat później.

To co Kalwinowi wydawało się oczywiste, nie było jednak takie oczywiste dla Lutra. „Ojciec Reformacji” był skrajnie pryncypialny w kwestii dogmatycznej, ale na płaszczyźnie kultu i rytuału mszalnego zachował jednak resztki bojaźni Bożej. Jak napisał kiedyś o Lutrze Eric von Kuehnelt-Leddinhn:

„On wierzył jeszcze w trzy sakramenty, co tydzień chodził do spowiedzi, uważał ponowne małżeństwa rozwiedzionych za >>kurestwo w permanencji<<, a kiedy mu (przedwcześnie podstarzałemu) pewnego razu przy rozdawaniu komunii kilka kropel wina upadło na ziemię, to ukląkł, aby je zlizać (wierni, widząc taką pobożność, wzruszyli się do łez)”.

Obszary Niemiec, które dostały się pod wpływy luteranizmu, w kwestii podejścia do mszy w niewielkim stopniu odeszły od tradycji późnośrednioweicznego Kościoła Powszechnego, a w niektórych aspektach zachowały nawet większą spójność z tą tradycją, aniżeli Kościół potrydencki. Większość pastorów nadal, w XVI w., nosiła szaty liturgiczne i podnosiła Hostię na znak Przeistoczenia. Ówczesnemu kościołowi luterańskiemu nie obce nadal były też praktyki np. egzorcyzmowania wiernych. W szesnastowiecznym luteranizmie występował jeszcze silny ruch adiaforytów (od gr. adiaphora, rzeczy obojętne), którzy nie widzieli nic złego w przywróceniu wszystkich form ceremoniału przedreformacyjnego, na co naciskał dążący do pojednania katolików i luteran ówczesny cesarz. To, co dla Lutra i jego zwolenników było kwestią albo obojętną albo sentymentalną tradycją, a może nawet wyrazem podskórnego poczucia Sacrum, dla intelektualnych absolutystów spod znaku Kalwina było bluźnierstwem, które należało zniszczyć. Kalwiński teolog, Simmon Pistoris pisał otwarcie o tym, że luteranizm to w istocie podpora papiestwa, a sam Luter

„[..] czerpał swe poglądy z mroku papizmu, a zatem odziedziczył błędy i fałszywe opinie o przeistoczeniu, w którym chleb zmieniany jest w ciało Chrystusa”.

Takie same poglądy przyjął też za swoje świeżo „nawrócony” elektor Brandenburgii, Jan Zygmunt, uznając luterańską wiarę w Transfigurację za fałszerstwo.

Pierwsza próba drugiej reformacji w Prusach

Historia Prus jest dość nietypowa na tle innych wczesnonowożytnych władztw terytorialnych Rzeszy. Są to bowiem dzieje luterańskiego państwa rządzonego przez kalwińską dynastię. Był to jeden z nielicznych niemieckich krajów, gdzie nie udało się wprowadzać w życie zasady cuius regio eius religio (łac. „czyja władza, tego wyznanie”), dającej niemieckim władcom prawo narzucania swoim poddanym własnego wyznania. Brandenburgia przeszła w ręce Hohenzollernów w roku 1415. Boczna linia tej dynastii objęła z kolei w posiadanie Prusy Książęce w roku 1525, tworząc za pozwoleniem polskiego monarchy, Zygmunta Starego i jego otoczenia (w tym wszystkich polskich biskupów, za wyjątkiem arcybiskupa Lwowa!) pierwsze w historii świata państwo oficjalnie protestanckie, ewangelicko-augsburskie. Sama Brandenburgia poszła w ślady Albrechta Hohenzollerna w roku 1539 (Joachim II Hektor), także przyjmując luteranizm. Oba państwa – znów z winy polskiego monarchy, tym razem Zygmunta III Wazy – zostały ostatecznie połączone w jedno władztwo w roku 1618, już za panowania elektora Jana Zygmunta.

Było to tym bardziej kuriozalne posunięcie ze strony polskiego króla, że istniała już wówczas przesłanka, by usunąć Hohenzollernów z Księstwa Pruskiego i inkorporować je do Polski lub uczynić zeń dziedziczną domenę Wazów. To właśnie bowiem elektor Jan Zygmunt przyjął oficjalnie, jako pierwszy z Hohenzollernów, herezję kalwińską. Miało to miejsce w katedrze berlińskiej, w Boże Narodzenie roku 1613.

Od razu też elektor-konwertyta postanowił ujawnieniu się rozprawić się z tym, co tak raziło go w luteranizmie, czyli z resztkami duchowości katolickiej. Nie chodziło tutaj wyłącznie o kwestię desakralizacji Mszy św. Nie mniej istotną kwestią dla zwolennika herezji Kalwina była sprawa wystrojów ówczesnych luterańskich świątyń. W dalszym ciągu bowiem były one bogato wystrajane, tak jak to miało miejsce w schyłkowym średniowieczu. Usuwano z nich wizerunki świętych, ale cała reszta wystroju pozostawała nienaruszona. Dla ewangelików „reformowanych” była to ohyda nie do zniesienia.

Kolejnym, spektakularnie, jak dla mnie diabolicznym, wyrazem „postępowego” charakteru herezji kalwińskiej w stosunku do luterskiej, był wstręt do wszelkich form religijności figuratywnej. To cecha wspólna wszystkich ruchów antychrześcijańskich niemal od samego początku istnienia chrześcijaństwa: islamu, obrazoburstwa w Bizancjum, kataryzmu w średniowiecznej Francji, czy nawet współczesnej „sztuki nowoczesnej”, z modernistyczną i postmodernistyczną architekturą na czele. W Starym Testamencie obrazowe przedstawianie Boga było zakazane, ale przyjście Pana Jezusa na świat zakaz ten anulowało. Bóg przybrał, poprzez Syna-Logos, materialną, cielesną, a więc i figuratywną postać. Materia, jako podstawa świata stworzonego przez Boga dla człowieka, a która jest postawą tejże figuratywności, też pochodzi od Stwórcy, a więc sama w sobie jest dobra.

Demony upadłe tymczasem materii nienawidzą, bo nienawidzą samego Boga i jego w części materialnych dzieci, ludzi. Wszelkie formy herezji wywodzące się z demonicznych podszeptów wyrażają tę nienawiść do materii, wszelkich form materialnej wizualizacji człowieka, jako bytu na poły zwierzęcego, jego cielesności. Nienawidzą ludzkiej seksualności, nienawidzą kobiet, które zawsze próbują na wzór pogański odczłowieczyć. Katolicyzm jest materialistyczny, herezje (np. marksizm!) są anty-materialistyczne. Wyraża się to choćby w formie albo skrajnego antyseksualizmu, mizoginizmu, albo w formie jego pseudo-antytezy (np. w formie pornografii, która nie jest żadnym kultem ludzkiej cielesności, ale wyrazem skrajnej do niej pogardy i kultem skrajnego upodlenia kobiet). Kalwinizm był pod tym względem ruchem od początku niemal równie skrajnym, jak herezja islamu. Nawet te skromne resztki dawnego wystroju świątyń, choćby z wizerunkami tylko Chrystusa, jakie w świątyniach luterańskich pozostały z dawnych katolickich czasów, działały na kalwinów w Berlinie jak płachta na byka.

Pierwszą próbę kalwinizacji Brandenburgii podjęto już w roku 1615, dwa lata po autodemaskacji Jana Zygmunta. Od jej samego początku elektor promować zaczął na najwyższych stanowiskach w państwie kalwinów, którzy w bardzo szybkim czasie zaczęli odgrywać czołową rolę w administracji centralnej kraju. Już w 1614 r. przygotowali projekt, który można dziś określić, jako protoplastę późniejszej neo-marksistowskiej taktyki „marszu przez instytucje”. Na pierwszy ogień miały pójść uniwersytety, które należało obsadzić ewangelikami reformowanymi, którzy z kolei mieli być kuźnią całej późniejszej warstwy urzędniczej i duchownej państwa. Liturgia, dogmatyka i inne elementy życia religijnego miały być stopniowo, metodą małych kroków, „oczyszczane” z tego, co uznawano za pozostałości katolickiego pogaństwa.

Ale elektor nie chciał czekać i postanowił od razu dokonać „drugiej reformacji”, licząc naiwnie na spontaniczny udział w niej ludowych mas. Moment przełomowy miał miejsce w roku 1615, kiedy to nakazano usunięcie całego bogatego wystroju z berlińskiej katedry, a dworski kaznodzieja, kalwinista Martin Füssel, wygłosił do ludu otwarte kazanie dziękczynne za oczyszczenie świątyni z „brudu papieskich bożków”. Reakcja ludu nadeszła jeszcze tego samego dnia i to w formie tak gwałtownej, że Füssel musiał ratować życie, salwując się ucieczką po dachach miejskich domów, w samej tylko bieliźnie. Podobne wystąpienia miały miejsce w wielu miastach Brandenburgii, a po stronie luterańskiego mieszczaństwa stanęła murem szlachta. To zadecydowało o kapitulacji elektora i odstąpieniu od odgórnej konfesjonalizacji kraju. Początek wieku XVII nie był jednak epoką takiego rozprzężenia moralnego i religijnego, jak to miało miejsce wcześniej.

Ostateczny efekt był taki, że luteranizm mas ludowych Prus i Brandenburgii tylko się umocnił, powiązał silnie wszystkie dotąd zantagonizowane stany w obronie wspólnych wartości religijnych. Luteranizm prusko-brandenburski jeszcze przez następne stulecia pozostawał najbardziej konserwatywnym jego odłamem w całych Niemczech, trwale wiążąc się z nurtami antycentralistycznymi, dostrzegając w partykularyzmach stanowych i regionalnych przeciwwagę dla heretyckich elit centralnych kraju. Szlachta pruska przez następne stulecia uchodziła za wzór i opokę konserwatyzmu, na co z podziwem zwracali uwagę krakowscy poprzednicy stańczyków jeszcze w połowie XIX wieku. Sami elektorzy musieli poprzestać na idei elitarnej reformacji dworskiej (Hofreformation), nie ważąc się przez następne stulecie na jakiekolwiek próby zmiany religijnego status quo. Tym bardziej, że spory religijne jeszcze długo dzieliły samą dynastię.

Francuska implementacja

Pierwszym władcą Prus i Brandenburgii, który urodził się z obojga rodziców obediencji kalwińskiej, był dopiero Fryderyk Wilhelm I, zwany Wielkim Elektorem. Panował on w latach 1640-1688. To także pierwsza w historii tych krajów persona jednoznacznie zrywająca z tradycją szukania współpracy z katolicką Polską, a stająca w sposób jednoznaczny na gruncie filozofii politycznej, która w przyszłości okaże się tak katastrofalna dla losów regionu, Europy i Świata. To właśnie za panowania Wielkiego Elektora zrodziły się zręby tego, co stanie się już do samego końca geopolityczną racją stanu Prus, tzn. upatrywanie świetności własnego kraju w zgubie Polski i polskiego narodu. To właśnie Wielki Elektor, jako pierwszy, będąc lennikiem króla Polski, dopuścił się jego tak bezczelnej i haniebnej zdrady, stając po stronie Szwecji w czasie Pierwszego Potopu (1655-60), walnie przyczyniając się w czasie bitwy warszawskiej (28-30 lipca 1656 r.) do zwycięstwa wojsk szwedzkich i ponownego złupienia przez nich polskiej stolicy. Bitwa ta w klastycznej historiografii pruskiej była uznana za akt założycielski pruskiej drogi do chwały za pomocą oręża. Wielki Elektor brał również udział w drugim w historii (pierwszy miał miejsce jeszcze pod koniec średniowiecza, zresztą również z inspiracji władcy ówczesnej Brandenburgii) projekcie rozbioru Polski.

To właśnie Fryderyk Wilhelm I był organizatorem drugiego projektu kalwinizacji Prus, właśnie za pomocą hugenockich emigrantów. Skoro nieudała się poprzednia próba zmiany duchowości kraju poprzez wewnętrzną inżynierię religijną, tym razem postanowiono dokonać tego właśnie za pomocą skierowania do państwa zewnętrznej fali emigracji. Na wieść o Edykcie z Fontainbleau – jeszcze w październiku tegoż samego, 1685 roku – elektor ogłosił w ripoście tzw. Edykt Poczdamski. Na jego mocy wpuszczono do Brandenburgii-Prus francuskich hugenotów, oferując im przy tym pomoc materialną i prawną w zakorzenieniu się w nowej ojczyźnie. Francuscy hugenoci zaczęli wartkim strumieniem napływać do kraju, zwłaszcza do jego faktycznej stolicy, Berlina. Oblicza się, że przybyło wówczas minimum 10% francuskiej emigracji, czyli 20-40 tys. ludzi. Zmiany, które poczyniła ta emigracja, miały jednak kolosalne znaczenie dla dalszych losów państwa pruskiego. W większości byli to ludzie bardzo dobrze wykształceni, stojący na nieprzeciętnie wysokim poziomie kulturalnym. Byli przy tym często wybitnymi specjalistami w różnych dziedzinach rzemiosła. Francuzi ci szybko nie zajęli czołowe miejsca w Brandenburskiej administracji (zwłaszcza tej centralnej), przemyśle, wojsku i życiu umysłowym kraju, doprowadzając go do znacznego rozkwitu i rozwoju cywilizacyjnego. Nie rozpłynęli się od razu w niemieckim interiorze, gdyż osiedlali się niemal wyłącznie w sposób zwarty w największych ośrodkach miejskich Brandenburgii, przez co często na trwale nadali im specyficznie francuski charakter.

To oni podnieśli Berlin z poziomu drugoligowego miasta regionalnego (który jeszcze w XVII w. nie dorównywał do pięt nawet takiemu miastu jak Królewiec, a co dopiero mówić o Wiedniu; Wien pozostał zresztą do końca monarchii Habsburgów, czyli do 1918 r., największym miastem niemieckim!) do roli jednej z intelektualnych i gospodarczych potęg całej Rzeszy. Wystarczy sobie uświadomić, że w 1699 r. Berlin liczył 15 tys. mieszkańców z których 11 tys. to byli Niemcy, a 4 tys. hugenoccy Francuzi (ponad 26 % ludności). W Magdeburgu w tym samym czasie francuski był językiem ojczystym dla co drugiego mieszkańca tego miasta! Obecnie liczbę niemieckich potomków hugenotów zamieszkujących współczesne prusackie Niemcy (RFN) oblicza się na ponad 4 miliony.Berlin w 1910 r.

Oglądając złączną do tekstu mapę historycznego centrum Berlina z 1910 r., kiedy miasto to przeżywało szczyt swojej potęgi i splendoru, można zobaczyć całą masę nazw francuskojęzycznych lub nawiązujących do Francji:

 – mamy aż trzy „kościoły francuskie” (Französischer Kirche): na Starym Mieście, w rejonie Kloster Strasse; na rogu ulic Kommandanten Str./Linden Str.; oraz główny kościół hugenotów, stojący jako jeden z dwóch (na równi z „kościołem niemieckim”) na głównym rynku nowego założenia śródmiejskiego (Gendanmen Markt), wzdłuż którego biegnie jedna z głównych ulic śródmieścia, Französische Strasse;

– Główna ulica miasta, piękna Unter den Linden Strasse („Ulica Pod Lipami”) zwieńczona jest słynną Bramą Brandenburską, która znajduje się na… Placu Paryskim (Pariser Platz), przy którym znajdowała się ówczesna ambasada Francji (Französischer Botschaft), a zaraz za nią mamy, leżące tuż na brzegami Sprewy, słynne Gimnazjum Francuskie, pozostałość właśnie po wkładzie francuskich hugenotów w rozwój oświaty miasta i kraju; po dziś dzień Gimnazjum Francuskie uchodzi z jedno z najlepiej kształcących w całej stolicy Niemiec;

– z drugiej strony Bramy Brandenburskiej zaczyna się wielki miejski ogród Tier Garten, przez środek którego przebiega Szosa (fr. Chausee) Charlottenburg, prowadząca do pałacu Charlottenburg;  inna droga odchodząca z tego ogrodu to Bellevue Str., prowadząca do pałacu Bellevue, obecnie pełniącego funkcję oficjalnej siedziby prezydenta Niemiec;

– innym francuskim akcentem był widoczny na mapie pałac Monbijou (fr. „mój klejnot”), znajdujący się nad Sprewą, zburzony w roku 1959 przez komunistyczne władze NRD;

Ten wybiórczy przegląd jasno pokazuje, jak ogromny był wkład francuskiej diaspory w rozwój dzisiejszej stolicy prusackich Niemiec.

Efektem tak spektakularnej „hugenotyzacji” stolicy kraju był totalny triumf kultury i języka francuskiego w Berlinie XVIII w. Sam słynny król-kapral, Fryc II (panował w l. 1740-86), mówił i pisał niemal wyłącznie po francusku, uważając ojczysty język niemiecki za „język świniopasów”. W ogromnej mierze prusackie oświecenie (Aufklerung), które infekowało z Berlina całą ówczesną niemiecką kulturę, było dziełem potomków francuskich hugenotów, którzy w kolejnych pokoleniach ulegali językowej germanizacji, ale i religijnej ateizacji. Nigdy jednak nie utracili dawnego hugenockiego ducha skrajnej nienawiści do Kościoła, katolicyzmu i jego duchowych wartości. Nie inną drogę przeszli w Prusach zresztą sami pruscy monarchowie.

Od musztry do ateizmu

Momentem zwrotnym w duchowej historii prusackich władców było panowanie drugiego w historii króla Prus, Fryderyka Wilhelma I (1713-40). Było to jedyne w swoim rodzaju panowanie, patrząc przez pryzmat historii europejskiej cywilizacji. Na samym początku ten raczej psychopata zniszczył całe dziedzictwo swojego poprzednika, Fryderyka I, który z takim mozołem budował barokowy splendor berlińskiego dworu na wzór Francji, Saksonii czy Wiednia. Rozgoniono niemal cały dwór, zniszczono jakiekolwiek życie kulturalne oscylujące wcześniej wokół tronu, sprowadzając do absurdu politykę Wielkiego Elektora do koncentrowania się jedyne na finansach i budowaniu monstrualnie przerośniętej armii. Życie Fryca Wilhelma upływało właściwie na doglądaniu musztr i deptaniu w najbardziej ordynarny sposób godności podległych sobie ludzi, w tym nawet własnego syna. Cały wolny od spraw państwowych czas spędzał on na alkoholowych libacjach w tzw. Klubie Tytoniowym, podczas których czerpał prostacką radość z poniżania tych, których wypatrzył sobie na kozłów ofiarnych.

Człowiek ten, pomimo formalnego kalwińskiego rytu religijnego, nie miał już de facto nic wspólnego z jakimkolwiek życiem duchowym w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa, choćby nawet w jego kalwińskiej wersji. Ale mentalność tego degenerata pozostała na wskroś kalwińska: skrajnie niechętna jakimkolwiek aspektom życia, które nie mają charakteru praktycznego, nienawiść do sztuki i kultury, skrajna „racjonalizacja” życia osobistego i funkcjonowania władanego przez siebie państwa, zamieniająca je w koszarowy koszmar. Wreszcie ewidentna pogarda dla kobiet, które odsunięto od jakiegokolwiek życia publicznego, pozostawiając jedynie miejsce dla nich w sprośnych kawałach opowiadanych w Klubie Tytoniowym.

Następcą takiego prostaka, wykazującego ewidentne defekty umysłowe (co w dynastii Hohenzollernów nie było novum, vide: historia pruskiej linii po 1525 r.), był z kolei pierwszy jawny ateista na tronie monarszym w historii Europy, Fryderyk II, zwany Wielkim. Człowiek ten przeszedł do historii, jako autor irracjonalnej, nieomal samobójczej akcji podboju Śląska w roku 1740, która nieomal nie doprowadziła w czasie późniejszej wojny siedmioletniej (1756-63) do śmierci jego i jego państewka. Tylko autentyczny anty-cud – który był ewidentną Karą Bożą dla Polski, Niemiec i świata – w postaci przedwczesnej śmierci rosyjskiej cesarzowej, Elżbiety, uratował go od całkowitej katastrofy i samobójstwa. Człowiek ten przeszedł również do historii, jako autor projektu ostatecznego zniszczenia Polski za pomocą rozbiorów.

Fryderyk II był autentycznym chrystofobem, otaczającym się podobnymi sobie duchowymi degeneratami, niemal wyłącznie francuskiego pochodzenia. W jednym ze swoich wierszydeł, pt. Le Palladion, opisywał „scenkę rodzajową” w której jeden z jego poddanych miał paść ofiarą sodomskiej orgii ze strony zgrai lubieżnych jezuitów. Sam autor, trzeba tu przypomnieć, dokonał na Śląsku zniszczenia i kasaty dziesiątek katolickich kościołów i klasztorów, w tym wszystkich klasztorów jezuickich. Nie mniej zacne było grono jego stałych towarzyszy intelektualnych dysput, takich jak Jules Offray de la Materrie (istna gwiazda na dworze Fryca II), autor materialistycznego „dzieła” „Człowiek Maszyna” (L’Homme Machine), w której zdegradował on istotę ludzką do rangi chodzącego układu pokarmowego, zwieńczonego na obu końcach dwoma odbytami, czy Baculard d’Arnaud, autor studium pt. „Sztuka jebania” (l’Art de foutre). Z dziedzictwa dawnego kalwinizmu nie zostało nic, poza pogardą dla materialnej strony człowieczeństwa, mizoginicznej pogardy dla kobiet, wstrętu do katolicyzmu, relikwii czy diabolicznej nienawiści do zdolności autentycznego życia duchowego ludzi.

Symboliczna dla tej ostatecznej syntezy Prus z duchem francuskiego (post-)kalwinizmu może tu być sprawa księdza ks. Faulhabera. Wydarzenia te miały miejsce podczas wojny siedmioletniej  (1756-63), dokładnie w 1757 r., w Kłodzku. Adreas Faulhaber był rdzennym mieszkańcem tego pogranicznego miasteczka, katolickim duchownym i jezuitą. Znał języki czeski i polski, którymi posługiwał się w swojej pracy duszpasterskiej na tej jeszcze na w poły słowiańskiej ziemi. Niestety, miasto zostało w czasie wojny zajęte przez wojska prusackie, które od razu zaczęły prześladować tamtejszy Kościół. Ks. Faulhaber padł ofiarą pomówień kilku schwytanych dezerterów, który mieli wyznać na przesłuchaniu, że do ucieczki namówił ich ksiądz podczas spowiedzi. Duchownego aresztowano, i wytoczono mu proces. Pomimo wszystkich szumnych sloganów o tym, jak to Prusy i Fryc II byli tolerancyjni, oświeceni i humanitarni, odmówiono mu prawa do obrońcy i pospiesznie skazano na śmierć.

Znakiem czasu było to, wyrok (w j. francuskim) wydał sam król Prus, a główną rolę w organizacji sądowej nagonki wzięli dwaj potomkowie hugenotów: dowódca pruskich oddziałów w Kłodzku, Heinrich August de la Motte Fouqué, oraz jego zastępca, major d’O. Wyrok wykonano 30 grudnia 1757 r., a zwłoki – znów na osobisty rozkaz Fryca – zakazano chować. Wisiały na szubienicy w kłodzkiej twierdzy przez następne 2 lata, aż do czasu odbicia Kłodzka przez wojska austriackie. Wtedy też okazało się, że ciało nie uległo rozkładowi, co jest w katolicyzmie dowodem na świętość danej osoby. Ciało ks. Faulhabera pochowano w kłodzkim kościele farnym p.w. Wniebowzięcia N.M.P. i spoczywają tam one do dziś.

Epilog

Post-kalwińska tradycja antykatolickiej fobii stała się najbardziej trwałym i wyrazistym znakiem rozpoznawczym pruskiej tradycji politycznej tego państwa. W dużej mierze ukształtowały je posthugenockie oświeceniowe elity urzędnicze tego państwa. Ich późniejszym znakiem rozpoznawczym był właśnie specyficzny esprit będący amalgamatem niechęci do chrześcijaństwa w ogólności, a katolicyzmu w szczególności, oraz oświeceniowej ideologii. Efektem końcowym kalwińskiej inżynierii społecznej, realizowanej przez kolejnych (tym razem bardziej przywiązanych do religii) władców Prus, już w XIX wieku, było ostateczne zglajszachtowanie konfesji luterańskiej. W 1817 r. ówczesny monarcha pruski, Fryderyk Wilhelm III ogłosił połączenie wyznań kalwińskiego i luterańskiego w jeden Pruski Kościół Unijny. Choć idea unii wchodziła w życie opornie, a wielu luteran otwarcie się buntowało lub emigrowało do Ameryki lub Australii, to jednak z czasem doszło do daleko idącej unifikacji obu obrzędów. Ostatecznie w XIX stuleciu udało się narzucić luteranom kalwińską wizję mszy i negacji Przeistoczenia. Miało to dla dalszej kondycji duchowej Prus i zdominowanych przez nich Niemiec katastrofalne skutki. Doprowadziło bowiem ulotnienia się ducha religijnego wśród mas i ogromnej dechrystianizacji kraju. Tam gdzie nie ma styczności z Żywym Bogiem, tam prędzej czy później chrześcijaństwo ulatnia się. Pustkę tę wypełnił, jak wiemy z historii, neopogański nacjonalizm, heglizm i heglistowski socjalizm (marksizm).

Sam Berlin pozostał niemiecką stolicą „wolnomyślicielstwa” i kuźnią antychrześcijańskich elit. Szczytowym myślicielem berlińskiego uniwersytetu i jego niekwestionowaną gwiazdą został w I połowie XIX w. Georg Wilhelm Friedrich Hegel (1770-1831), najważniejszy filozof niemieckiego idealizmu. To on był twórcą satanistycznej wręcz sakralizacji Prus poprzez nadanie jej cech tradycyjnie przyznawanych Kościołowi. Kościół wszakże w najwęższym tego słowa znaczeniu to Chrystus w formie cielesnej, objawiający się właśnie w chlebie i winie podczas Transfiguracji podczas Mszy św. Kapłani współuczestniczący w sakramencie Przeistoczenia, jak i wierni, biorący udział w Komunii z Bogiem podczas mszy są Kościołem o tyle tylko, o ile jednoczą się z Ciałem Boga-Chrystusa podczas Komunii. Są wtedy Kościołem, bo są zjednoczeni z Kościołem, czyli z Chrystusem. W ten sposób historia kościoła jest nie tyle historią jego kapłanów i wiernych ile pochodem Chrystusa przez historię.

Tymczasem to właśnie Hegel stwierdził, że pochodem Boga przez historię jest… historia Prus. Jeśli weźmie się pod uwagę, że niemiecki nacjonalizm końca stulecia miał ogromny podkład religijny właśnie w heglizmie, to klęska w I wojnie świtowej Niemiec była dla niemieckiego narodu w dużej mierze katastrofą quasi-religijną. Oto bowiem Prusy, które pochłonęły Niemcy miały dopełnić swoją historię najpierw w pochłonięciu Europy (pruska Unia Europejska, realizowana przez niemieckich Prusaków, w kolejnej już odsłonie, po dziś dzień), a potem w podboju całego świata.

Nic zatem dziwnego, że Hegel tak bardzo nienawidził katolicyzmu i przy każdej okazji naśmiewał się z niego otwarcie, ku uciesze berlińskiego audytorium, podczas swoich uniwersyteckich wykładów. Doszło nawet do tego, że w 1826 r. katoliccy studenci złożyli oficjalną skargę w Ministerstwie Wyznań, po tym jak otwarcie… zaatakował dogmat o Transsubstancjacji, pogardliwie nadmieniając, że gdyby mysz ugryzła Hostię, to znaczyłoby, iż „Bóg istnieje w myszy, a nawet w jej odchodach”.

Logiczną trajektorią drogi duchowego nihilizmu stolicy Prus było ostatecznie stoczenie się do rangi europejskiej stolicy okultyzmu, na przełomie XIX i XX w., a zwieńczeniem tego procesu było dojście do władzy nad Niemcami człowieka, który w neopogańskich praktykach okultystycznych został poświęcony samemu Lucyferowi. Mowa rzecz jasna o Adolfie Hitlerze. Nic zatem dziwnego, że w przepowiedniach Teresy Neumann na temat nadciągającej III wojny światowej los obecnej stolicy prusackich Niemiec ma być taki sam, jak los starożytnej Niniwy. Miasto ma być tak doszczętnie zniszczone, że nigdy już nie będzie odbudowane.

Filip Bauman

Dodaj komentarz