Lojalka Trumpa

9 września 2015
Źródło: atlantic.com

Stało się. Donald Trump, pod naciskiem kierownictwa Partii Republikańskiej, podpisał w ostatni czwartek „lojalkę”. Zobowiązał się pisemnie, stawiając na szali swój honor, poprzeć zwycięskiego konkurenta w prawyborach. Kilkutygodniowy dramat pod tytułem: „Czy Trump zdradzi, czy nie zdradzi?”, okazał się skuteczny. Trumpowi wzrosło poparcie i – jak zapewne sądzi – nie będzie musiał nikogo popierać.

Douglas Schoen napisał w swym felietonie:

„[…] Podpisując deklarację lojalności Trump podjął taktyczną decyzję, która w żadnej mierze nie osłabia siły, jedności i witalności jego antysystemowego przekazu. Nie sądzę, by to – czy ten przekaz – zraniły go choć trochę”.

Utrącił prawyborczym rywalom z rąk argument, że jest „koniem Trojańskim” demokratów wewnątrz partii. Zjednał sobie również lub – mówiąc językiem polityki – zneutralizował część jej kierownictwa. Niektórzy prawicowi komentatorzy uważają, że „lojalka” naświetla skazy amerykańskiego systemu wyborczego: Trump się ugiął. Zmuszono go do podpisania dokumentu. Ugiął się czy nie, z punktu wyborcy okazał się łaskawy. „Zrobił łaskę”, że wystartował pod sztandarem swojej partii. Kandydatem „trzeciej partii” i również „ekscentrycznym miliarderem” będzie na razie tylko John McAfee: twórca systemów antywirusowych, amator jazdy samochodem w stanie upojenia alkoholowego i uciekinier z Belize.

„Lojalka” z drugiej strony pokazała, że Partia Republikańska jest szeroką i ciekawą platformą wyborczą. Polski obywatel zna jednego tylko kandydata Partii Demokratycznej, Hillary Clinton. Wie natomiast, że na „prawicy” startuje siedemnastu kandydatów i słyszał przynajmniej o Jebie Bushu, Chrisie Christiem czy Randzie Paulu. Kandydatów demokratycznych jest w rzeczywistości kilku. W wyborach startuje Lincoln Chafee, były gubernator najmniejszego amerykańskiego stanu Rhode Island, Martin O’Malley, były gubernator stanu Maryland, Jimm Webb, były senator z Wirginii i wreszcie Bernie Sanders, 73-letni senator ze stanu Vermont.

Demokraci też mają swojego „antysystemowego” kandydata. Jest nim socjalista Sanders. Od Sandersa nikt nie oczekuje „lojalki”, ani też nie karze wyrzec się „socjalistycznych” poglądów. Akurat w Sandersie więcej jest klasycznego socjalizmu, skoncentrowanego na walce z bezrobociem, o byt i lepsze warunki pracy dla pracownika fizycznego, aniżeli w Baracku Obamie, wypierającym się „socjalistycznych” poglądów, ale popieranym tak samo przez związki zawodowe, itp. Obamę prawica oskarża, że jest „ukrytym socjalistą”.

Gdyby jednak nie „socjalista” Sanders, nawet Amerykanie nie wiedzieliby, że demokraci mają jakieś prawybory. Wiceprezydent Joe Biden jeszcze nie wkroczył do pojedynku. Sanders tymczasem w sondażach depcze po piętach Clinton, a w ostatnim, z New Hampshire, przeskoczył ją nawet o kilka punktów (NBC/Marist: B. Sanders – 41%, H. Clinton 32%, J. Biden – 16%) . Polacy powinni zapamiętać to nazwisko. Pozostali kandydaci demokratów różnią się od siebie tylko odcieniami szarości, a ich programy proporcją „zielonej energii”, walki „o pokój” na Bliskim Wschodzie, o „dobrobyt” oraz walki z nadużyciami rządu, tj. tortury.

Sandersa uważa się za odpowiednik Trumpa na „lewicy”. Obydwaj są ponoć „populistami”, obydwaj odwołują się do niezadowolonych w elektoracie partyjnym – jest ich stety/niestety bardzo wielu, obaj są wiekowi i – jak to się mówi – mają „strong personality”. Jest wiele różnic. Jeden jest zawodowym politykiem, drugi przedsiębiorcą. Sanders przypomina Gomułkę, jest konkretny, ma sprecyzowany program wyborczy, lubi cytować statystyki i odwoływać się do liczb. Trump jest sezonowym konserwatystą, stąd omija rozważania natury ideologicznej, celując jedynie w czułe dla Amerykanów miejsca, gdzie kumulują się ich codzienne troski, problemy i obawy. Trump nie jest konkretny i jedyna liczba, jaką powtarza z uporem, to wysokość muru na granicy z Meksykiem (Tzw. Great Wall of Trump) – minimum 5 metrów. Sztandarowy punkt jego programu i odpowiedzieć na wszystkie troski Amerykanów.

Bez wątpienia, na starcie kampanii wyborczej, która zakończy się dopiero jesienią 2016 r. obserwujemy rewoltę elektoratu przeciwko dwóm głównym partiom. Sądzę, że rewolta będzie dogasała, również dlatego, że kandydaci „antysystemowi”, tonować będą swą retorykę i działania, próbując utrzymać a zarazem rozszerzyć elektorat. Nie mówiąc na razie o tym, co będzie się działo po wyłonieniu kandydatów obydwu partii.

            Paweł Zyzak

Dodaj komentarz