Kulisy incydentu turecko-rosyjskiego

25 listopada 2015
Kulisy incydentu turecko-rosyjskiego 
Filip Bauman

Dziś widać już jaśniej realne tło na jakim rozegrał się wczorajszy dramat rosyjskiego samolotu Su-24. Trzeba przyznać otwarcie, że był to przeprowadzony z premedytacją akt wrogości wymierzony w Federację Rosyjską. Akcja podjęta została przez Turcję w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Scenariusz musiał powstać znacznie wcześniej.

Lot rosyjskiego samolotu myśliwsko-bombowego Su-24 nad terytorium Turcji – niewielkiej szerokości „cyplem” wdzierającym się w głąb ziem syryjskich – mógł trwać maksimum kilkadziesiąt sekund, i to przy założeniu lotu przy prędkości przelotowej, wynoszącej dla rosyjskiej maszyny nieco poniżej 1 macha. Wcale nie jest powiedziane, że samolot ten w ogóle znalazł się nad tureckim terytorium. Fakt, że tureckie myśliwce F-16 akurat znajdowały się w pobliżu statku powietrznego z czerwoną gwiazdą, raczej nie może świadczyć o przypadku. Najbliższa baza z jakiej mogłyby się poderwać to 10 Baza Lotnictwa Tankowców w Adanie, podlegająca 2-mu Skrzydłu Lotnictwa Taktycznego w Diyarbakir. W normalnej sytuacji poderwanie maszyn z lotniska (na którym na co dzień F-16 nie stacjonują) i osiągnięcie celu zajęłoby Turkom minimum kilka minut, co dałoby dużo czasu na spokojne opuszczenie przez Rosjan strefy przygranicznej.

Oczywiście nie można wykluczyć przypadkowego zetknięcia się ambasadorów cywilizacji mongolskiej z rutynowym lotem patrolowym przeprowadzanym akurat przez wyznawców Allaha. Jednakże i w takich przypadkach decyzja o zestrzeleniu obcego statku powietrznego zapada na najwyższym szczeblu politycznym. W tym konkretnym przypadku należałoby prosić o zgodę w Ankarze, co samo w sobie też musiałoby zabrać pewną określoną ilość czasu. Decyzja musiała zapaść więc dużo wcześniej. Domyślać się tylko możemy, czy do samego ataku doszło w wyniku spontanicznego spotkania w przestworzach, czy też raczej była to swoista pułapka zastawiona przez Turcję na bezczelnych synów „Matuszki Rosji”.

Dalsze wydarzenia potwierdzają zresztą mało przypadkowy charakter incydentu. Jeden z katapultowanych pilotów został zaraz zabity przez turkmeńskich sympatyków „umiarkowanej demokratycznej opozycji” w odmianie Al-Kaida. Zaraz potem zestrzelili oni i zniszczyli biorący udział w akcji ratunkowej rosyjski śmigłowc, Mi-8 (maszyna przystosowana do operacji ratunkowych w warunkach wojennych, CSAR). Tutaj także miał zginąć jeden z pilotów. Informacje o wszystkich tych wydarzeniach zadziwiająco szybko przedostały się do światowych mediów wprost z pierwszej ręki w postaci nagrań dokonanych przez samych „umiarkowanych islamskich demokratów”.

Motyw operacji

Takiej operacji Turcja nie mogła przeprowadzić bez uzgodnienia ze Stanami Zjednoczonymi. Oba kraje miały interes, aby do incydentu doszło właśnie teraz. Jeśli chodzi o USA, wydarzenie to w „przedziwny” sposób zbiegło się z wizytą w Waszyngtonie francuskiego prezydenta, Francois Hollande’a, który miał zabiegać u Baracka Obamy o pojednanie z kremlowskimi zimnymi czekistami i zmontowanie pod publiczkę francuskiej gawiedzi swoistego światowego „frontu ludowego” do walki z „islamskim faszyzmem” ISIL. To miała być francuska odpowiedź na ostatnie zamachy terrorystyczne przeprowadzone w Paryżu. Taki też był od samego początku cel rosyjskiej polityki zaangażowania się w Syrii – zmuszenie Zachodu od ułożenia się z Rosją, kosztem Ukrainy i Europy Wschodniej, w imię wspólnej walki z Państwem Islamskim i rozwiązania na miejscu problemu uchodźców w zarodku, poprzez wspólne zakończenie wojny domowej w dawnej francuskiej kolonii. Na to także bardzo liczono w Berlinie i wcale nie można wykluczyć, że cały tak zwany kryzys imigracyjny, ewidentnie spreparowany przez Niemcy, miał właśnie na celu strategiczne pojednanie z Rosją. Turecki incydent z 24 listopada nie tylko całkowicie przyćmił w amerykańskich mediach gwiazdę francuskiego prezydenta, ale całkowicie wywrócił misternie konstruowany plan kolejnego resetu z Rosją. Ameryka bowiem na żaden rozejm z Rosjanami już nie pójdzie.

W przypadku Turcji sprawa jest jeszcze bardziej oczywista. Turcja to nie polska wycieraczka, ale dumne mocarstwo regionalne, które poważnie traktuje siebie i swoje interesy. Dla Ankary to był odwet nie tylko za bezczelne naruszanie przez rosyjskie samoloty jej granic, ale także zademonstrowanie Moskwie, że nikt nad Bosforem nie będzie tolerował ingerowania w turecką strefę wpływów w Syrii, do której należą zarówno ziemie zamieszkałe przez Turkmenów, jak i Kurdów. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o realizowanej przez Rosjan akcji niszczenia systemu przesyłu i dystrybucji ropy naftowej należącej do Państwa Islamskiego. A to właśnie Turcja była największym odbiorcą ropy i jej pochodnych z satanistycznego Kalifatu.

Reperkusje

W chwili bieżącej Rosja ma tak naprawdę bardzo ograniczone pole manewru odwetowego. Otwartej wojny Turcji nie wyda, bowiem wygrać by ją mogła tylko przy użyciu broni nuklearnej, a to nie wchodzi obecnie w rachubę. Jakikolwiek konflikt konwencjonalny musiałby się siłą rzeczy toczyć – z powodu braku wspólnej granicy – na morskich akwenach, a to z kolei oznaczałoby niemal pewną zagładę znacznej części rosyjskiej floty czarnomorskiej, która już obecnie znajduje się we wschodnim basenie Morza Śródziemnego, i natychmiast zostałaby odcięta od zaopatrzenia właśnie na odcinku tureckich cieśnin Bosfor i Dardanele. Właśnie to wąskie dla rosyjskiej floty gardło będzie w decydującej mierze tonować ewentualne reakcje zwrotne Rosjan, czy to w formie represji gospodarczych i energetycznych, czy też – w jeszcze większym stopniu – na niwie wspierania akcji terrorystycznych w Anatolii oraz ewentualnego dozbrajania Kurdów. Przynajmniej tak podpowiada zdrowy rozsądek.

Filip Bauman

Dodaj komentarz