Które placebo najlepsze

4 maja 2020
Źródło: whatnext.pl

Mgławicę malowniczych teorii o środkach leczniczych zdolnych poskromić Wirusa z Wuhan przeciął w końcu promień światła. Anthony Fauci, główny epidemiolog USA, od czasów jeszcze Reagana dyrektor Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych, ogłosił optymistyczną wiadomość. Mowa o wynikach eksperymentu medycznego, w którym do leczenia pacjentów z chorobą Covid-19 wykorzystano lek o nazwie Remdesivir. Podając na tak wczesnym etapie badań surowe jeszcze dane Fauci złamał niepisany protokół. Miał ku temu powody, ambitniejsze od wizerunkowych. Rządowy zespół kryzysowy zaczął przegrywać walkę z trudno uchwytnym przeciwnikiem. Niczym samozwańcza, ludowo-wyzwoleńcza partyzantka, przeciwnikiem dostarczającym „łatwych” recept i „stuprocentowo” skutecznych leków. Co gorsza, mającym swoje „wtyczki” w samym jądrze administracji.

Informacje podane przez Fauciego można zaliczyć do umiarkowanie optymistycznych. Poważnie chorych uczestników owego eksperymentu podzielono, jak to zwykle się czyni, na dwie grupy. Pierwszej podawano rzeczony Remdesivir, drugiej „lek” placebo. Jak podkreślił Fauci, efekt kuracji nie był „stuprocentowy”. W grupie pierwszej  czas leczenia okazał się krótszy, zmalał z 15 do 11 dni oraz uzyskano nieco mniejszy odsetek śmiertelności, który spadł z 11 do 8 procent. Badania przeprowadzono na „próbie” 1063 osób.

Fauci, jako immunolog walczący od lat 80. choćby z pandemią wirusa HIV, pochodzącego zresztą najpewniej od szympansów, zdaje sobie sprawę, z jaką rezerwą należy podchodzić do takich „optymistycznych” widomości. Nie lekceważy również społecznych oczekiwań. W l. 80. i 90. politycy, pod naporem opinii publicznej oczekiwali od niego natychmiastowych rozwiązań i „stuprocentowych” efektów. Pieniądze nie grały roli. Fauci starał się zaspokajać obydwie strony, stopniowo zaspokajając głód „zwycięstwa nad chorobą”. Informował o kolejnych eksperymentach, ogłaszał kolejne optymistyczne rezultaty i prezentował wyprodukowane właśnie, wyczekiwane długo leki. Z jakim skutkiem? W roku Pańskim 2020 r. AIDS jest wciąż chorobą nieuleczalną. Nie wynaleziono na nią szczepionki. Rozwój choroby można co najwyżej zatrzymać i ją w pewnym stopniu „kontrolować”.

SARS, którego epidemia rozpoczęła się w 2002 r. i została zahamowana w dwa lata później, podobnież nie ma swojej, medycznie zatwierdzonej szczepionki. Pierwszego kandydata testowano już w roku 2004 r. w ChRL. Badania nad tą jedną, skuteczną szczepionką trwały na Zachodzie przez lata, po czym spadły z listy priorytetów politycznych i zostały, mimo wybuchu w 2012 r. epidemii MERS, de facto zamrożone. W XXI w., wieku informatycznego i technologicznego postępu, odwrotnie aniżeli na przełomie „ciemnych” jeszcze XIX i XX w., w ofensywie politycznej znajdują się wchodzące na salony ruchy „anty-szczepionkowe”, nie zaś ruchy „pro-szczepionkowe”. W obszarze etyki społecznej zaś, ruchy ekologiczne i prozwierzęce wyparły niemalże z debaty publicznej, w tym politycznej, ruchy i organizacje humanitarne. Za chwilę przekonamy się, że wykres tzw. postępu umysłowego człowieka na przestrzeni wieku może przypominać „krzywą epidemii”. Tym niemniej, badania nad SARS, zgromadzona dzięki nim wiedza, stanowią obecnie największy atut naukowców-wynalazców. Obydwa szczepy SARS-CoV są do siebie bardzo podobne.

Obywatel współczesnego świata, cierpiący na poważną chorobę, może, podobnie jak mieszkaniec Europy i Ameryki przełomu XIX i XX w., wybrać się w dwa miejsca: do lekarza lub do konkurencji tegoż: homeopaty, naturopaty, kręgarza lub którejś z odmian uzdrowiciela duchowego, względnie energetycznego. Odsetek pacjentów w dzisiejszym chrześcijańskim i post-chrześcijańskim świecie, gdzie narodziła się w ostatnich wiekach nowoczesna nauka oparta wciąż na arystoteliańskiej logice klasycznej, łacinie i ewangelicznym rozdziale sacrum od profanum, wędrujących do magów lub posiadaczy darów energetycznych jest olbrzymia, a sam rynek wart jest miliardy. Odsetek ten przewyższa odsetek całkowitych analfabetów w Europie, ba, przerasta nawet odsetek Amerykanów mających problem z czytaniem i pisanie, których ma być aż 43 miliony. Zasadnicza różnica między „teraz” i „dawniej”, niestety na niekorzyść ery postępu, polega na tym, że „dawniej” lekarz, absolwent uniwersytecki, nie posiadał żadnego szczególnego statusu. Biorąc pod uwagę narzędzia i środki, jakimi dysponował, granica między naukową diagnozą a improwizacją często się zacierała.

Wiek temu nie istniała skuteczna szczepionka, nie mówiąc o działających lekach antywirusowych, które pojawiły się w klinikach w latach 60. XX w., a nawet antybiotykach przeciwdziałających infekcjom bakteryjnym. Te ostatnie dały o sobie znać po II wojnie światowej. Do dziś zresztą oko ludzkie nie widziało szczepionki działającej „stuprocentowo”, czyli na każdego zaszczepionego i na każdego zaszczepionego tak samo, bez odsetka mniejszych lub większych powikłań. Na początku XX w. ucho ludzkie nie słyszało natomiast o niezwykle dokładnych, bardzo drogich testach szczepionkowych, z grupą kontrolną „placebo”, o jakich mowa była wyżej. Nasi wyedukowani pradziadowie i dziadowie nie mieli większego pojęcia, jak dany lek wpływa na ludzką tkankę, ani o limitach dawkowania, po przekroczeniu których lek zamieniał się w truciznę.

By nie być gołosłownym, ówczesnym cudownym lekiem na wszystko była aspiryna. Stosowano ją w celach przeciwbólowych i przeciwgorączkowych. Leczyła więc skutek, nie przyczynę. Aspiryna, podobnie jak kręgarz, który majsterkując przy kręgosłupie swego pacjenta myląc się o jotę, był w stanie mu wyrządzić dużą krzywdę, mogła pokazać swoje brzydkie oblicze. A lekarze naówczas nie skąpili jej swym podopiecznym. Do tego stopnia, że, jak przypuszczają niektórzy badacze, walka z „hiszpanką”, w skutek przedawkowania aspiryny zabiła tysiące, jeżeli nie setki tysięcy, nieszczęsnych kuracjuszy. Już dwukrotna jej dawka powodowała, że płuca obłożnie chorego wypełniały się cieszą, zamieniając go wkrótce w topielca.

Zatruwano się nie tylko aspiryną. Lista związków chemicznych, które okazały się być lekiem gorszym od samej choroby, jest długa. Oto i chinina, lek stosowany podczas leczenia malarii i innych tropikalnych „gorączek”. W 1918 r. nie było żadnych przekonywujących dowodów, że przeciwpasożytnicza chinina działa przeciwgrypowo, czyli przeciwwirusowo. Mimo to lekarze przepisywali ją w mamucich wręcz dawkach. Powikłania były gorsze od objawów samej „hiszpanki”, poza zawrotami głowy, omamami i szumem w uszach, biegunka, wymioty, utrata włosów, problemy krążeniowe. Barwa twarzy kuracjuszy, zanim wyzionęli ducha, zmieniała się z właściwej dla H1N1, ciemnej, napuchniętej, w bliską bieli…

Chinina powróciła triumfalnie w dobie pandemii Covid-19. Ukryła nam się pod nazwami chlorochiny i hydroksychlorochiny, które są pochodnymi tejże, leków również malarycznych. Obydwa zyskały sobie wielu zwolenników pośród dziesiątek youtubowych „influenserów”, wreszcie dziennikarzy, a nawet polityków. Nie byle jakich polityków. Ameryka ma długą tradycję obwoźnych szarlatanów sprzedających mikstury na wszelkie dolegliwości, mniej lub bardziej wstydliwe. Zresztą ten swoisty element kulturowy gwałtownie dał o sobie dziś znać. Trafił na dogodny dla siebie moment, gdy nauka nie jest w stanie dostarczyć szybkich i spektakularnych rozwiązań.

W USA głównym propagatorem terapii za pomocą wspomnianych, silnych leków, okazał się być przywódca tego państwa, cieszący się 80 milionami śledzących go na Twitterze followersów. Niektórzy dziennikarzy dowodzili, że popularyzowanie leków antymalarycznych był zaledwie przejawem „biznesowego” instynktu prezydenta. Otóż poprzez fundusz inwestycyjny Sanofi, prezydent okazał się mieć drobne udziały we francuskiej spółce produkujące właśnie hydroksychlorochinę… Starsza amerykańska widownia miała okazję usłyszeć o podobno znakomitych efektach stosowania owych leków oglądając największą amerykańską kablówkę, Fox News. W drugiej połowie kwietnia ukazały się wyniki badań we Francji, Brazylii i w Chinach.  „Jeden z największych game-changerów w historii medycyny”, jak nazywał pochodną chininy prezydent, okazał się nie tylko nie pomagać w walce z koronawirusową grypą, ale wręcz poważnie nadwyrężył układ sercowy niektórych pacjentów. Hydroksychlorochina zaliczyła tym samym 70-procentowy spadek popularności na antenie Foxa, a ludzkość po raz kolejny odrobiła tę samą lekcję historii…

Również prezydent jakby zapomniał o swoim ulubionym leku. Dla niektórych było już za późno. W międzyczasie wielu Amerykanów zdążyło zaufać jego intuicji. „Co macie do stracenia?” – pytał ich niedawno retorycznie. Znajoma, osoba niemłoda, powiedziała mi niedawno, że kiedyś obcowała z hydroksychlorochiną. Tylko przez chwilę. Spojrzała na listę ewentualnych skutków ubocznych leku i uznała, że woli umrzeć na coś innego. Na nic zdały się komunikaty rządowej CDC i nawoływania ekspertów udzielających się głównie na antenie mainstreamowych, „tradycyjnych środków masowego przekazu”. Cudowny lek rozszedł się w wielu miejscach jak świeże bułeczki, do tego stopnia, że brakło go dla chorych, którym faktycznie jest w stanie pomóc. Przez USA przetoczyła się fala zatruć w skutek przedawkowania. Wciąż niezliczona, ale zrobiła wrażenie, skoro CDC i branża chemiczna zareagowały wręcz panicznie na kolejne wywody głównego aptekarza kraju, dotyczące między innymi walorów naświetlania wirusa oraz do-płucnych zastrzyków z podchlorynu sodu…

Nasi przedstuletni przodkowie, którzy akurat zmuszeni byli polegać na swej intuicji, eksperymentowali z różnymi substancjami. W modzie wciąż były lekarstwa na bazie arszeniku, znane z właściwości rozluźniających i uśmierzających ból. Chętnie stosowano, popularny także dziś, olejek z kamfory, którym leczono nie tylko obrzęki, ale również płytki oddech. Z kolei naparstnica i silnie toksyczna strychnina miały poprawiać krążenie. Olej rycynowy miał właściwości przeczyszczające, a cała gama pochodnych jodyny – a propos wybielacza – sprzyjać miała  „wewnętrznej dezynfekcji”. Jeśli środki chemiczne nie pomogły, bezradni zwykle lekarze odwoływali się nierzadko do metod o średniowiecznym czy wręcz starożytnym rodowodzie, włącznie z upuszczaniem krwi, co też miało mieć właściwości oczyszczające.

Spoglądając teraz za wschodnią granicę i na tamtejszego prezydenta, niezliczone legendy krążyły na temat ozdrowieńczych właściwości alkoholu pod różnymi postaciami. W USA to obecnie mniej medialne lekarstwo, może dlatego, że głowa państwa jest akurat abstynentem, ale zły „timing” miała również „hiszpanka”. „Hiszpanka” wstrzeliła się akurat w czasy prohibicji. Mimo to, jedni lekarze zalecali jednak alkohol, jako środek stymulujący, inni, zgodnie z linią polityczną, zalecali abstynencję. Niezależnie od zaleceń, pacjenci, podobnie jak dzisiaj, wiedzieli swoje, i często z przesadą odkażali swe przełyki i żołądki. Byli i medycy, które przypisywali bakteriobójcze właściwości dymowi papierosowemu, mającemu rzekomo zabijać zarazki. Namawiali więc do palenia tytoniu. Branża ta zawsze miała silne lobby…

Legendą owiane były również właściwości niektórych metali. Doświadczenia w leczeniu chorych na syfilis, kazały zastanawiać się nad granicami leczniczych właściwości rtęci. Zdarzali się lekarze, mający swych współczesnych naśladowców, jak choćby pewien wiedeński medyk, który wnioskując, że skoro jego quasi-eksperyment z rtęcią nie zabił żadnego z 21 pacjentów, ogłosił wszem i wobec, że rtęć skutecznie zwalcza „hiszpańską grypę”. Gama powikłań zatrucia rtęcią jest obfita, od biegunki i utraty koordynacji ruchowej, przez szczególne doznanie polegające na przemieszczaniu się małych mrówek pod skórą…

Nasi zrozpaczeni przodkowie uciekali się do charyzmatycznych, pewnych siebie uzdrowicieli. Czasami nie tracili czasu na uczonych lekarzy… Nieświadomie, w najlepszym wypadku mogli odnaleźć placebo. Szarlatani mieli bowiem mniejsze pojęcie o chorobach, aniżeli lekarze konwencjonalni, często jednak nikczemne intencje. Świadomość zwykłych ludzi nieznacznie odstawała od tej, jaką mieli obywatele XIV-wiecznej Europy, przekonani, że „morowe powietrze” wywołują „wyziewy” odoru rzecznego. Ci nie wiedzieli o istnieniu bakterii, zaś ich potomkowie 550 lat później nie mieli z kolei świadomości, że za trapiącymi ich pandemiami nie stoi bakteria, ale wirusy. Apteki i gabinety lekarskie przełomu XIX i XX w. najeżone były miksturami z pogranicza chemii i zielarstwa. Im bardziej człowiek zapuszczał się na prowincję, tym z tym większym się spotykał synkretyzmem „nowoczesnej” medycyny i miejscowego przesądu.

W świecie panteistycznym, Indiach i Chinach, gdzie w XIX w. w mentalności społeczeństw świat duchowy przenikał się z materialnym, jeszcze trudniej było zetknąć się z uniwersytecką medycyną. Substytutem nowoczesnych form leczenia było zielarstwo łączone z zaklęciami. W Indiach, mimo silnych wpływów Imperium Brytyjskiego, wciąż dominował starożytny para-naukowy system Ajurweda. Nawet w Japonii, najbardziej „skażonej” bakcylem cywilizacji łacińskiej, wszechwładny pozostawał system Kanpo, wywodzący się z chińskiej medycyny, a będący kombinacją zielarstwa oraz magicznych de facto praktyk akupunktury oraz termopunktry. Obywatele Chin, podobnie jak prezydent zza wschodniej granicy i ten zza Oceanu, byli przekonani, że oczyszczająco na zakażony organizm (i na duszę) działają wysokie temperatury. Masowo zatem w dobie pandemii „hiszpanki” pwędrowali do publicznych łaźni wypacać „złe wiatry”, paląc opium i zażywając sproszkowane formuły ziołowe, takie jak Yin Qiao San.

Te i inne panacea mogły wywołać w najlepszym wypadku efekt placebo. Zjawisko wcale potężne dla zdolności ozdrowieńczych organizmu. Wpływ psychiki ludzkiej na jego „postawę” w walce z chorobą oraz na późniejszą regenerację, jest niezmierzony, ale też raczej niepodważalny. Szacuje się, że 35-40 procent współczesnych medykamentów to po prostu wariacje placebo. Za efekt ten odpowiada nie tyle nawet sam cudowny „lek”, ile osoba przepisująca go, lekarz lub szarlatan, cieszący się uzdrowicielskim autorytetem. Jeżeli pacjent zwątpi w swego lekarza, placebo zamienia się w nocebo. W skutek załamania się autorytetu uzdrowiciela podminowana zostaje motywacja „walczącego” pacjenta.  

Pacjent w sytuacji beznadziejnej chwyta się każdej deski ratunku. Jeżeli nie pomaga tradycyjna, naukowa medycyna, gotów jest często porzucić rozum, a nawet – w afekcie i z rozpaczy – sprzedać duszę. W próżnię, której nie jest w stanie zapełnić ani nauka, ani wiara, wypełniają szarlatani podążający za pieniądzem lub pragnący podnieść swój status społeczny. Szczególnie podstępną dziedziną była i jest XVIII-wieczna homeopatia. O ile sama teoretyczna obudowa, przelewanie i potrząsanie, dająca efekt placeba, wygląda wręcz uroczo, mniej jest nam do śmiechu, gdy staje się substytutem medycyny konwencjonalnej. Co więcej, homeopatia przenika się z guślarstwem. Twórcy „leków” homeopatycznych „ulepszają” swoje leki, wprowadzają do swego placebo element magiczny, okultystyczny. Jak wiadomo, ponieważ miłe krasnale i uprzejme elfy nie istnieją, nie istnieje również „biała magia”. Chrześcijaństwo rozdziela sacrum od profanum, ale nam chrześcijanom nie wypada zaprzeczać, że świat duchowy potrafi skutecznie mieszać się w ziemskie, ludzkie sprawy.

Właściciele niektórych megakościołów w USA uznali z kolei, że ich własna wola dorównuje tej boskiej. Starając się nadrabiać potencjalne straty finansowe spowodowane obostrzeniami wdali się w handel cudownymi specyfikami anty-koronowirusowymi. W taki oto sposób rozbłysła raz jeszcze, na chwilę, gwiazda Jima Bakkera, świecąca najjaśniej w l. 80. Wtedy też gwałtownie zgasła, w niesławie, za sprawą skandalu seksualnego z udziałem „króla tele-ewangelistów”. Bakker zabłysnął współcześnie za sprawą leku Silver Solution, leku zabijającego o dziwo nie tylko SARS, ale i HIV. Ba, zabijającego każdy patogen, jaki napotka na swej drodze, nawet ten, którego Bakker jeszcze nie zna.

Rynek zalewają produkty mniej i bardziej anonimowych postaci. W biznesie koronawirusowym dobrze odnalazły się organizacje przestępcze, spekulujące, produkujące i zapewniające transport. Branża organizacyjnie zaczyna przypominać „narkobiznes”. Mnożą się oszuści lekowi, maseczkowi, a nawet handlujący fikcyjnym sprzętem medycznym. Nabierają zwykłych ludzi, renomowane instytucje, a nawet rządy lokalne i centralne. Oszukani bezwiednie wprowadzają w błąd następnych. Nowy Jork zapłacił ok. $69 milionów szemranemu producentowi respiratorów, teraz to pieniądze próbuje odzyskać. Oszusta polecił Biały Dom. Biały Dom zaś dowiedział się o jego istnieniu z Twittera głowy państwa. Głowa państwa nie może oderwać oczu od Fox News, gdzie Laura Ingraham, przezywana „królową hydroksychlorochiny”, przekonuje wciąż o wyższości hydroksychlorochiny nad Remdesivirem stręczonym przez Fauciego. „Koniec świata!” – chciałoby się wykrzyknąć, gdyby nie błysk świadomości, że przecież na „końcu świata” można zarobić najlepiej…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz