Kto zabił Niemcowa?

6 marca 2015
Kto zabił Niemcowa? 
Paweł Zyzak

Zabójstwo Borysa Niemcowa wyraźnie zdumiało zachodnich polityków. Pękła kolejna bariera szoku. Wydarzenie zyskało rozgłos, na jaki nie zasłużyło dotąd żadne z dziesiątek „kontrowersyjnych” zabójstw politycznych w Rosji, popełnianych od ponad dekady. Zawdzięcza to nowemu paradygmatowi, opisującemu stosunek Zachodu do władz na Kremlu. Wszyscy chcą teraz dopaść sprawców tego mordu. Wszyscy, włącznie z rezydenturą na Kremlu.

Przez ponad dekadę w Rosji zginęło bardzo wielu dziennikarzy, polityków, a nawet pracowników administracji rządowej, oligarchów i agentów różnych służb specjalnych, głównie wojskowych. Wątpliwe, by śmierć dziennikarzy, takich jak Jurij Szczekoczichin (otruty), zastępca redaktora naczelnego pisma „Nowaja Gazieta czy też działaczy na rzecz praw człowieka, jak Natalia Estemirowa (zastrzelona), była konsekwencją porachunków mafijnych. Mafia została ponoć przez reżim polityczny zdławiona bądź zawłaszczona. Jeśli wciąż działa, to tylko w symbiozie z reżimem.

Po co mieliby zresztą ginąć? Wymienione kategorie to przecież ludzie nie mający realnego wpływy, ani na politykę, ani na gospodarkę, ani nawet na opinię publiczną. Stwierdził to zresztą sam Władimir Putin, komentując śmierć dziennikarki Anny Politkowskiej. Dlaczego więc ci „bez-wpływowi” giną?

Normalne służby a KGB

Władzę na Kremlu tworzą dziś ludzie związani z bardzo szczególną służbą, w bardzo szczególnym czasie i w bardzo szczególnym państwie. KGB, z której wywodzi się Władimir Putin, nie była w czasach sowieckich odpowiednikiem FBI. Była policją polityczną, strzegącą, za pomocą terroru i inwigilacji, władzy komunistycznej. Na Zachodzie zaś miała przygotowywać grunt, pod ekspansję wpływów sowieckich.

Sensem istnienia ZSRS była ogólnoświatowa rewolucja, czyli permanentna wojna. Wojna z kapitalistycznym, chrześcijańskim Zachodem, z wykorzystaniem wszelkich dostępnych metod. „Zimna wojna”, mimo, iż nie wypowiedziana, była wojną. Reżim sowiecki wykorzystywał owo niedopowiedzenie. Mamił zachodnich polityków, dziennikarzy, aktorów, itd., swym „pokojowym” obliczem. Wmawiał im, że panuje pokój.

ZSRS miał też drugie oblicze. Znały je służby wywiadowcze USA i innych państw zachodnich. Wszak „zimna wojna” skoncentrowała się właśnie na odcinku wywiadowczym. Tutaj „krew się lała, a trup słał się gęsto”.

KGB stanowiła fundament państwa totalitarnego. Była jego immanentną częścią. Służby zachodnie, w odróżnieniu od sowieckich, operowały w warunkach nominalnej kontroli społecznej. Kontrolerami natomiast, z poręki obywateli, byli politycy i dziennikarze. Służby stanowiły więc swoistą osłonę, którą w każdej chwili można było popsuć lub nawet zdjąć.

Skoro zatem Moskwa prowadziła permanentną wojnę, KGB stanowiła awangardę jej wojsk. Wojna uświęca każdy mord polityczny. Na wojnie jest się skutecznym, albo martwym. KGB uczyła się zabijać, doskonaliła techniki mordu. Nie szczędziła na to ani czasu, ani pieniędzy, ani ludzi.

Jednym z podstawowych celów służb jest zbieranie i przetwarzanie informacji. KGB stosowała mord, by nadawać własne. Stanowiła elitę zabójców, ale działa niejako w zastępstwie. Chwilowo bowiem wyręczała wojska regularne i głowice atomowe. Agent KGB był zabójcą, bo był żołnierzem. Był nim „duszą i ciałem”, nawet jeśli jego aktualne zadania polegały na researchu.

Stan niepokoju ducha

KGB-iści, stanowiący ruchomy fundament dawnego imperium sowieckiego, przetrwali jego rozpad z całym dorobkiem służby-matki. Nowością, z jaką spotkali się w nowych realiach, była legalna opozycja w rzeczywistości post-totalitarnej czy quasi-totalitarnej. Realia natomiast kształtowała era Internetu, „globalizmu” i względnie otwartych granic. Izolacja stała się zupełną mrzonką, chyba że w formie skrajnie ludobójczej, jak w Korei.

Dla pracownika dawnej KGB obecność legalnej opozycji to stan ciągłego napięcia. Napięcie to nie znika, wraz ze wzrostem realnej władzy. Nie da się wymazać prawdopodobieństwa przejęcia jej przez ową opozycję, nawet jeśli aktualnie wydaje się to mało realne. Były KGB-ista wie, jak łatwo o niespodziewaną rewoltę, zamach stanu, rewolucję i wojnę domową, które pociągają za sobą nagłą zmianę polityczną. Zwłaszcza KGB-ista, który obserwował rozpad ZSRS: rzecz z gatunku niemożliwych.

W nowych realiach legalna opozycja, z perspektywy wrogiej jej KGB-FSB, zajęła miejsce dawnej emigracji i dawnego ruchu dysydenckiego. Wróg był jednak groźniejszy. Legalny, aktywny i tuż za murami Kremla. Emigracja i dysydenci nie stanowili dla reżimu sowieckiego poważnego zagrożenia. Sowieci izolowali, infiltrowali i rozbijali obie grupy skutecznie. Dlaczego skutecznie? I jedni i drudzy nigdy już Rosją nie rządzili.

Jak zabijać

Morderstwa dokonywane przez służby, takie jak KGB, dziel się na ciche i huczne. Stalinowskie MWD, już w latach 40. potrafiło zabijać tak, by okoliczności śmierci wyglądały na naturalne. O takich mordach wiemy tylko dzięki temu, że na Zachód zbiegli sowieccy agenci, czasem nawet zabójcy.

W 1961 r. z ZSRS zbiegł jeden z takich egzekutorów KGB, Bogdan Staszynski. Szef tej służby, Aleksandr Szelapin, kierując się wytycznymi KPZS, zlecił mu zabicie ideologa ukraińskiej emigracji, Lwa Rebeta. „Wyrok” Staszyński wykonał w Monachium w 1957 r. Rebet, po ataku kwasem pruskim, zmarł na atak serca. W podobny sposób, dwa lata później w Monachium, Staszynski zlikwidował Stepana Banderę.

Mordy „głośne” służyły nadaniu pewnej wiadomości, adresowanej do wąskiej lub szerzej grupy. Emigranci polityczni – dysydentów wówczas jeszcze nie było – stanowili, podkreślmy, główny cel sowieckich akcji uprowadzenia i zabójstw. Zabijając ich w sposób spektakularny formułowano przekaz: reżim sowiecki może dopaść każdego i wszędzie. Akt terroru miał wywoływać strach, niepokój, zamęt i tarcia w łonie emigracji, odstraszać Rosjan od wchodzenia w jej szeregi.
Powody, dla których KGB, decydowała się kogoś zlikwidować były najróżniejsze. KGB-owscy uciekinierzy, jak Anatolij Golicyn, wskazywali na cały ich wachlarz, od dekompozycji grupy politycznej, po umożliwienie jednemu agentów zawładnięcia całą organizacją. Mordując czasem chciano kogoś postronnego ostrzec, a czasem był to kaprys komunistycznego decydenta, który eliminował swego komunistycznego rywala.

Ostatni spacer Niemcowa

Powróćmy do zabójstwa Borysa Niemcowa. Mord na Dużym Moście Moskworeckim był na pewno huczny. Mordem dyskretnym mogła być przykładowo tajemnicza śmierć Anatolija Sobczaka. W lutym 2000 r., w czasie kampanii prezydenckiej, Putin poprosił byłego mera Petersburga i swego „przyjaciela”, by pomógł mu w kampanii prezydenckiej i spotkał się z wyborcami w obwodzie kaliningradzkim. Sobczak poleciał do Kaliningradu w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Trzy dni później już nie żył. Skonał na atak serca, w szpitalu na obrzeżach miasta.

Putin był w petersburskim ratuszu zastępcą Sobczaka, odpowiedzialnym za finanse i kontakty z Zachodem. Ówcześni rajcowie oskarżali Putina o liczne skandale korupcyjne i defraudacje, toczące miasto w latach 90. Sobczak go krył. Wiedział, że ma u swego boku agenta KGB-FSB, i akceptował go, jako przedstawiciela „tamtej” strony. Wiedział dużo i za dużo o „ciemnych stronach” Putina, a poza tym był dość emocjonalny i gadatliwy. Mógł wstrząsnąć fundamentami rodzącego się reżimu. Lecz znów, czy Borys Niemcow był porównywalnych zagrożeniem?

O śmierci działacza rosyjskiej opozycji wypowiedziało się już grono wybitnych Rosjan i kremlinologów. Zdaniem legendarnego dysydenta, Władimira Bukowskiego, zabójstwo Niemcowa to wyraz słabości Putina, bo „to człowiek mały, i zabija z kompleksów, by udowodnić, że jest silny”. Przez Bukowskiego przemawia wyraźna niechęć, jaką nosi w sercu każdy były dysydent rosyjski do ludzi pokroju Putina. Wywodząca się nie tylko z czasów sowieckich.

Bukowski i jemu podobni, predystynowani do przejęcia władzy w Rosji po komunistach, nawet się o tę władzę nie otarli. Ich miejsce zajęli ludzie służb, mafii oraz oligarchowie, jak Borys Bieriezowski. Dysydenci zostali przez nich wymanewrowani. Nawet u boku „demokraty” Sobczaka znalazł się KGB-ista.

Profesor Włodzimierz Marciniak mniej psychologizuje, co nie oznacza, że Bukowski się myli. Pewno się nie myli. Marciniak sugeruje, że za zabójstwem Niemcowa stoi Putin i podległe mu służby. Zauważa, że to pierwsze zabójstwo na takim szczeblu: zabito byłego wicepremiera. Strzały zaś padły w święto rosyjskich służb specjalnych. Widzi w tym styl dawnej KGB i „nowej” FSB. Pod śmiercią Politkowskiej też się podpisały służby. Zabito ją w dniu urodzin Putina. Zdaniem Marciniaka, reżim wysyła sygnał, że jest w stanie zabić każdego i wszędzie…
Ważka uwaga. Szczytem zuchwałości, za czasów sekretarzy generalnych, było dopadnięcie przeciwnika politycznego w USA czy w Meksyku. Obecnie jest nim uśmiercenie delikwenta pod oknem zleceniodawcy… u stup Kremla.

Jak na wojnie

Rosja toczy wojnę na Ukrainie i toczy wojnę z Zachodem. Znów jest to wojna niewypowiedziana. W wojnie uczestniczą rosyjscy żołnierze, to i biorą w niej udział służby specjalne. Na wojnie są rosyjskie media: wystarczy na nie spojrzeć. Niemcowa już dawno ogłosiły „zdrajcą” numer „1”. Na wojnie jest nawet patriarcha moskiewski, który przewodzi anty-Zachodniej krucjacie. Na wojnie zdrada i dezercja karane są śmiercią. Czyż nie?

Wypowiedź Marciniaka wzbogaćmy o jeszcze jeden szczegół, jeszcze jednego adresata „wiadomości”. Do kogo jeszcze miało przemówić huczne zabójstwo Niemcowa? Ano do potencjalnych lub, podkreślmy, aktualnych „zdrajców” w łonie samej administracji. Nie wiemy, co prawda, co się w niej aktualnie dzieje, ale wątpliwe, by Putin nie miał swoich krytyków.

Zysk z pognębienia opozycji wydaje się być niewielki. Przecież Rosja od dawna żyje mordami politycznymi. Jaka jest więc szansa na to, że zabójstwo odstraszy opozycjonistów, mających coraz mniej do stracenia? Opozycjonistów coraz bardziej zdesperowanych, którzy na dodatek odebrali morderstwo, jako wyraz bezradności reżimu? Opozycja pod osłoną uwagi Zachodu może się wszak jeszcze mocniej skonsolidować. Zabójstwo nawet uczłowieczy jej oblicze, wykrzywione w reżimowych mediach. Stworzy męczennika, itp., itd.

Oczywiście spekulujemy, jednak znając charakter władz Kremla, sposoby działania służb specjalnych, możemy snuć dość precyzyjne hipotezy. Trudno, by zmąciły je kremlowskie listy gończe za zabójcami Niemcowa, opiewające nie na 3 miliony dolarów, nawet gdyby „zwycięzcy” oferowano połowę tego majątku, którego Putin ponoć nie ma. „3 miliony za głowę zabójcy? Aż tak pewni, że go nie złapią?” – żartuje się pewno na moskiewskiej ulicy.

Kreml w swoim stylu wszczął błyskawiczną akcję dezinformacyjną, relatywizując mord i mnożąc hipotetycznych sprawców. Włącznie z samym Niemcowem, który jakoby planował zamach na samego siebie, żeby zanotować wzrost poparcia. Skąd my to znamy? O sprawcach wiele powie dalszy rozwój wypadków. Może być tak, że winę za zamach zrzuci się na Ukraińców, może nawet na Waszyngton. Tych pierwszych oskarżano o zestrzelenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego, tych drugich o staranowanie łodzi podwodnej „Kursk”.

Może być też tak, że wnet zdekonspirowana zostanie rządowa klika, która chciała skompromitować Putina, i to ona odpowiada za tę „prowokację”. Grupa jakichś „ekstremistów” lub „twardogłowych”. Skąd my to znamy? Ano znamy z czasów Jaruzelskiego, który wraz z Kiszczakiem wykrył taką klikę, po zabiciu księdza Jerzego Popiełuszki. Ona to postanowiła postawić Jaruzelskiego w niekomfortowej sytuacja. Istnienie takiej kliki – której nikt nigdy dobrze nie poznał i nie osądził – potwierdzili zgodnie przywódcy „Solidarności” i Zachód.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz