Krótka ławka

26 grudnia 2015
Krótka ławka 
Paweł Zyzak

W kraju trwają wielkie porządki w administracji państwowej. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie czytając żółte i czerwone paski na kanałach informacyjnych, oglądając relacje z tłumnych demonstracji „obrońców demokracji” i jeszcze tłumniejszych wieców obrońców rządu oraz obserwując reakcje zachodnich korespondentów. Ostatni dostali jakiejś odmiany wścieklizny. W ręce wpadł mi niedawno komentarz niejakiej Barbary Wesel, korespondentki kanału Deutche Welle w Brukseli. Otóż Wesel, posługując się prusko-nazistowskim językiem swych przodków stwierdziła: „Jeżeli Jarosław Kaczyński uważa, że bezczelnie może postawić się ponad tymi regułami, trzeba go pouczyć. Niestety w UE prawie nie ma możliwości nałożenia oficjalnych sankcji finansowych. Ale może znajdą się błędy w przyszłych polskich wnioskach… Do tak grubego pnia, jakim okazuje się szef PiS-u, trzeba i grubej siekiery”.

Jakby to komicznie i groźnie zarazem nie brzmiało, nawet u naszych południowych sąsiadów rodzą się pewne obawy. Czescy znajomi mojej czeskiej sąsiadki mówią o „nieciekawych czasach” w Polsce i pytają ją, czy nie obawia się w niej mieszkać. Mówią to ludzie, którzy częściej, niż Belgowie odwiedzają Polskę, np. przyjeżdżając po zakupy, a nawet odbierają polskie kanały. Może i zabrałbym się za uspokajanie Czechów, Słowaków oraz samych Polaków, gdybym jeszcze wiedział przed czym mam ich uspokajać. Wielkich legislacyjnych batalii, poza tą dotyczącą Trybunału Konstytucyjnego, jeszcze nie było, zaś „czystki” dotyczą na razie kadry ministerstwa do cna skompromitowanego.

Mówimy więc na razie o jednej instytucji państwowej i jednym ministerstwie. To, że media krajowe i zagraniczne robią z tego istny „zamach stanu”, wcale mnie nie szokuje. Czy ktoś z państwa uważał, że będzie inaczej? Czy ktoś z państwa sądził, że będzie jakiś „miesiąc miodowy”? Wrzask „obrońców demokracji” jest głośny, ponieważ – z czego oni sami najlepiej zdają sobie sprawę – aktualny obóz władzy pozostał oblężoną twierdzą.

Powiedzmy sobie szczerze, że PiS dość przypadkowo zdobył większość parlamentarną. Gdyby nie podział i klęska obozu „lewicowego”, najpewniej większości by nie miał. Zwycięski PiS, przypomnijmy, zdobył ok. 37,6% wszystkich oddanych głosów. I nie licząc tworu Kukiz’15, z jego 8,81% i partii KORWiN, z jej 4,76%, front partii tzw. „systemowych”, czyli PO, PSL, Nowoczesna i obydwie „lewicowe”, zdobył w sumie 48%. W wyborach udział wzięło ok. 15,5 mln. Polaków, a drugie tyle do wyborów nie poszło… Zatem na PiS zagłosowało ok. 5,7 mln. obywateli, mnie więcej tyle, ile na PO przed czterema laty. Wynik dość przeciętny, jak na parlamentarną większość. W 2007 r. PO zdobyła 6,7 mln. głosów, zaś PiS ok. 5,2 mln. Przewaga partii „systemowych” była miażdżąca, frekwencja nieco wyższa, ale żadne z ugrupować większości nie uzyskało.

Reasumując i powtarzając się zarazem, PiS nie porwał za sobą narodu, nie dokonał żadnej rewolucji na miarę tej z Węgier. Swą bazę wyborców rozszerzył nieznacznie, pozyskując niewielu rozczarowanych, garstkę niezdecydowanych i symboliczną grupę wchodzących w dorosłe życie. Jednakże nie uszczuplił zasobów elektoratowych pozostałych partii, a przede wszystkim nie obudził „uśpionej” części społeczeństwa. Wzajemny stosunek sił dobrze obrazowały wybory prezydenckie, przypadające, pamiętajmy, na czas wielkiego kryzysu obozu władzy. Swe zwycięstwo, o ok. 500 tys,. głosów., kandydat PiS zawdzięczał przede wszystkim autodestrukcji głównego rywala, trzeciemu wynikowi muzyka Kukiza oraz niesnaskom na „lewicy”.

Powiew „zmiany”

„Obrońcy demokracji” znają o wiele bardziej pogłębione statystyki. Ich uliczne wołania mają, póki co, swe naturalne ograniczenia. Widać zresztą, że „na ulicy” czują się dość nieswojo. Partia rządząca jest w pozycji uprzywilejowanej. Panuje „na ulicy”, ale jeśli będzie chciała, to i w aparacie władze, skąd może skutecznie przekonywać społeczeństwo do swoich racji. Jest wciąż jednak twierdzą, czy też statkiem, dryfującym na niepewnych wodach, przez co stała się zakładnikiem swych obietnic i malowanego sukcesu. Większość parlamentarna jest silnym atutem, ale w razie niepowodzenia – przekleństwem.

Przechodząc wreszcie do meritum. Drogą do owego sukcesu są skuteczne i niepozorowane rządy. Niektórym moim znajomym wydaje się, że już teraz są świadkami sukcesu. Opowiadają z wypiekami na twarzy, jak bardzo się cieszą ze „zmiany”. Przechodząc do konkretów, szybko uświadamiają sobie, że z sukcesem wiążą ich emocje, a sukces jest rzeczą jeszcze odległo. Sukces dopiero będzie miarą „zmiany”. Jeśli ja mam być szczery, to z sukcesami jest na razie tak sobie.

Obserwuję natomiast dziwne prawidłowości m. in. tą polegającą na mianowaniu na stanowiska doradców ministerialnych pracowników własnych biur poselskich. W kompetencje nominatów nie wnikam, ale niestety nie wykluczam, że ministrowie, o których mowa, doradców w rzeczywistości nie potrzebują, bo wszystko lub prawie wszystko już wiedzą. Jeśli idzie o dwie najważniejsze ustawy otwierające wrota do „zmian”, najpierw personalnych, ustawę medialną i ustawę o służbie cywilnej, drugi już miesiąc „trwają nad nimi prace”. To prawda, nikt nie obiecywał „pełnych szuflad” ustaw, ale żeby przejęcie władzy było aż takim zaskoczeniem? Osiem lat opozycji to szmat czasu, żeby się nad rządzeniem dobrze zastanowić.

Rozumiem radość moich przyjaciół ze zwycięstwa wyborczego PiS. Niemniej jednak, by „zmiany” stały się odczuwalne także poza przestrzenią emocjonalną, zmiany muszą nastąpić na wszystkich poziomach administracji państwowej. Do bólu i „do kości”, niestety. Media sprzyjające „staremu” establishmentowi będą koncentrowały naszą uwagę wokół spraw krajowych, wiadomo trybunały, ministerstwa, IPN, CBA, itd. Trudno, by losy szefa urzędu skarbowego w Kostrzynie nad Odrą interesowały i „bulwersowały” całą krajową publikę. Jednakże to od tego właśnie urzędnika zależy, z perspektywy „szaraczka”, więcej aniżeli od „kontrowersyjnej wypowiedzi ministra”.

Przykład nie jest przypadkowy. Celowy jest też ton ostrzeżenia. Oto na forum strony skarbowcy.pl można przeczytać o próbkach aktualnej karuzeli „zmian” dyrektorów Urzędów Kontroli Skarbowej w Katowicach, Białymstoku, Rzeszowie, Krakowie, a nawet pod nosem jądra „zmian”, w Warszawie. Zasłużeni za czasów PO-PSL dyrektorzy wymieniają się miejscami ze swymi zastępcami lub naczelnikami. Ot i powiew zmiany w gronie „ekspertów” „starego układu” – dla jednego awans, dla drugiego hibernacja w „trudnych czasach”. Ale chwila. Czyż jedno z podprogowych haseł partii „zmian” nie brzmiało: PO i PSL przez osiem lat kradły – złodzieje precz? Sprytne. Niech rabusie nadzorują się sami, bo przecież sami najlepiej wiedzą co i gdzie ukryli.

Krótka ławka i ławka kar

Już z kilku „źródeł” słyszałem, że rządzący mają problem z obsadzaniem stanowisk w administracji państwowej, bo… mają „krótką ławkę”. Innymi słowy, brakuje im ludzi. Rzeczywiście, ustawa wymaga od urzędników apolityczności, zaś oni, ich asystenci i pozostali pracownicy ich biur to przecież najczęściej członkowie partii. Sprawdzone, nie ma ludzi. Ale chwila, a te tysiące sympatyków, które od lat przychodziły na marsze przeciwko nieprawościom PO i PSL? A te liczne stowarzyszenia, lokalne i krajowe, organizujące spotkania z politykami obecnej władzy? A te tysiące uczciwych i kreatywnych, młodych i starszych ludzi, poukrywanych na uczelniach, w oazach, Związkach Strzeleckich, harcerstwach, Klubach Gazety Polskiej, itd.? Nie znajdą się wśród nich „eksperci” i „fachowcy”? A może by tak dać szansę zostać któremuś z nich fachowcem, bo kiedy miał nim zostać.

„Krótka ławka” to świetne alibi dla niechętnych zmianom. „Krótka ławka” jest wstępem do każdej „grubej kreski”. Wszyscy czujemy się spadkobiercami/ofiarami „grubej kreski” narysowanej przez obozy polityczne Wałęsy, Geremka i Mazowieckiego. Pod tamtą legendarną „kreską” znaleźli się nie tylko potencjalni „fachowcy” z Solidarności Walczącej, KPN, PPN, NZS, MFW, NSZZ „Solidarność”, „Solidarność ‘80”, czyli obozów wykluczonych z procesu przemian systemowych. Pod „kreską” znalazło się całe niemal polskie społeczeństwo. Za to nad „kreską” znaleźli się główni beneficjenci transformacji ustrojowej, czyli nomenklatura, esbecy, wybrani konfidenci – w skrócie „fachowcy” po uniwersytetach amerykańskich oraz stażach w Banku Światowym – oraz garstka byłych opozycjonistów „umiarkowanych”. Ludziom spod owej „kreski” zaaplikowano „terapię szokową”, jedną z najbardziej bezmyślnych „reform gospodarczych”, pozornie służącą likwidacji zadłużenia zagranicznego. Beneficjentami „terapii szokowej” byli zaś nomenklatura, finansjera, itd. Słowem, opozycjoniści, którzy w czasie, gdy Balcerowicz kształcił się na Wyspach, gnili w „podziemiu”, równie dobrze mogli w swoich norach pozostać.

„Krótkiej ławce” może łatwo zaradzić. Kandydatów na nią jest więcej, niż sympatyków PiS. Wielu spośród nas zniewala złudzenie, że politycy tej partii, głównie ci, których oglądamy w mediach, są największymi „męczennikami” walki z reżimem PO-PSL. W przypadku posła jest to cierpienie za „miliony”, co należy rozumieć dosłownie. Oby po przejęciu po PO i PSL pewnych „narzędzi” sprawowania władzy, stawka za męczeństwo nie wzrosła do „dziesiątek” a nawet „setek milionów”. Osobiście znam dziesiątki „bojowników”, którym nie tylko nie płacono za ich walkę z „reżimem”, ale sami do niej dokładali. Po zwycięstwie, ani nie usłyszeli dziękuję, ani żadna „ławka” do nich nie zadzwoniła.

Najbardziej stratne, na rządach saskich PO i PSL, było i jest polskie społeczeństwo, zwykli ludzie. „Męczeństwo”, jako wyraz swoistego altruizmu społecznego, wolno przypisywać świadomej część tegoż społeczeństwa, świadomej krytycznie, która przez ostatnie lata stała na barykadach wojny z kłamstwem i korupcją. W odróżnieniu od „klasy politycznej”, ludzie ci niedojadali, a z nerwów i przemęczenia siwieli. Pobierali swe kilkusetzłotowe emerytury oraz żebracze pensje, wysupłując z nich kilkadziesiąt złotych na bilet do Warszawy lub na jakąś „patriotyczną” fundację. Kłębili się tu na placach, w mrozie i na wietrze, wznosząc narodowe flagi i skandując hasła protestu. Na co dzień borykali się z problemami, w jakie hojnie uposaża nas polska rzeczywistość, kolejkami w przychodniach, zaprowadzeniem dzieci i wnuków do przedszkoli, zakupami, gotowaniem, itd.

A poseł? Poseł krzyknął w studiu telewizyjnym, że łamana jest demokracja, wrócił taksówką do Sejmu, gdzie właśnie odbywało się głosowanie. Kilkanaście minut później już był w drodze „na lunch”. Na korytarzu sejmowym uścisnął jeszcze „prawą” dłoń Ryśkowi Kaliszowi – żeby sobie „komuch” nie myślał – i wrócił do czekającej nań taksówki. Wiozła go ona teraz na ważną wieczorną naradę „spiskowców”, którzy przy dobrym steku i wytrawnym czerwonym winie, „spiskowali”, jak „uwalić” X-a i Y-a, żeby stracili w oczach „wodza” i potem nie miał wpływu na „listy”.

Polityka oświecona

Psuję tu państwu smak „zwycięstwa” i smak „zmiany”, bo moim zdaniem, jeśli „zmiana” ma nastąpić, to zacząć się powinna od człowieka. Jeśli się go nie ma, trzeba go pożyczyć. Roztrząsałem po wielokroć problem jakości polityka polskiej „prawicy”, jego przypadkowość i nijakość. Rozwodziłem się nad selekcją negatywną, za którą stoją niewidzialni selekcjonerzy, za którymi stoi niewidzialna ręka suwerena. Pisałem o oderwaniu polityków od społeczeństwa, o instrumentalnym traktowaniu ludzi dobrej woli, manii intryganctwa i nieróbstwie, które kończą się potem „krótką ławką”. Myślicie państwo, że polityk musi być podły? Święty nigdy nie będzie, ale święty nie będzie nawet piekarz i kościelny. Akurat żyjemy w czasach, w których lansuje się antytezę racji. Racja należy nie do tego, kto mówi prawdę i podaje fakty, ale do tego, kto wygrywa i pokonuje. Zwycięstwo można okupić niezliczoną ilością świństw, innymi słowy: cel uświęca środki. „Wycięli cię”, „zwolnili cię”, „nie wybrali cię” – nie miałeś racji, nie nadawałeś, itd.

Alcide de Gasperi i Robert Schuman, „ojcowie założyciele” Unii Europejskiej, przed podjęciem każdej niemal ważnej decyzji dla kontynentu spotykali się i zmawiali razem różaniec. Obecni zarządcy UE – patrząc na bałagan i chaos, jaki panuje w Europie – chodzą najwidoczniej w podobnej chwili do burdelu. Chciałbym wierzyć, że politycy „prawicy” nawiedzają niedzielne Msze Św. dla czegoś więcej, niż tylko zaznaczenia swej „wielce szanownej” obecności. Wiem jednak niestety, że politycy mają problem nie tylko z trzecim przykazaniem, ale również z siódmym i dziesiątym, zwłaszcza ósmym, często szóstym i dziewiątym, nagminnie z drugim i pierwszym, a nawet czwartym. Wspaniale – niektórzy „wybrańcy” jeszcze tylko nikogo nie zabili. Nie zabili, ale „zniszczyli”, podłożyli „świnię”, „wycięli”, itd.

Podobieństwo od stanu struktur „Solidarności” na dwa lata przed „grubą kreską” jest uderzające. Poniżej list działacza akurat z Dolnego Śląska:

„To też wszyscy ludzie którzy ośmielają się mieć własne zdanie są »wycinani« w sposób bezwzględny i bez przebierania w środkach. Ulubioną bronią jest zniesławiające a nieprawdziwe pomówienie”.

Może przełożeni polityków, czyli arcy-politycy tego nie wiedzą? Może gdyby wiedzieli… Czesław Kiszczak, szef MSW, gdy przychodzili do niego różnej maści „artyści” skarżący się na nieprawości aparatu władzy i represji zwykł odpowiadać: „Proszę Pana, ja mam inne informacje”. Kiszczak, dzięki swej terenowej bezpiece, miał lepsze informacje, od owych „twórców”. Ale, jak to się mówi: uprawiał politykę. Nie chciał wyjść na nieomylnego, z czasem na pewno przyzwyczaił się do swej nieomylności. Jakżeby casus wszystkich „genialnych polityków” tego świata mógł ominąć polskie podwórko? Jeżeli głównym źródłem informacji „genialnego polityka” jest jego „zaufany” kolega-polityk, zakładając nawet, że ów kolega to sama czystość moralna, pozostaje zapytać, jak wysoko nad ziemią „genialny polityk” aktualnie się unosi? Ktoś, kto nie dotyka problemów zwykłych ludzi, nie przeżywa ich, a przeżywają go za niego inni, „koledzy”, staje się niewolnikiem zlepku miłości własnej i własnej wiedzy pozornej.

Właściwi ludzie

Niestety poza polityką też nie jest łatwo. Od nieomylności blisko jest już do boskości, a boskość jak wiemy nie zna granic. Czasem polityk z „prawicowego” kręgu ideowego, zabarykadowany na swym Olimpie, ciska w ciebie pioruny wydawałoby się bez powodu. Chcę uniknąć oskarżeń o nadużywanie statystyk i przefilozofowanie tematu, więc podzielę się przykładem, własnym, by ewentualnie być zeń rozliczonym. Niektórzy z państwa pamiętają, że wydalono mnie kiedyś z pewnej „pisowskiej” instytucji. Wkrótce potem zatrudniono mnie w „pisowskiej” gazecie. Stamtąd też mnie popędzono. Wysłannik tej pierwszej, tuż przed „egzekucją” oznajmił mi, że swą pracą magisterską o Wałęsie „popełniłem zawodowe harakiri”. Wysłannik drugiego pracodawcy stwierdził, że druga moja książka jest „obrzydliwa. Nasze drogi się rozeszły, proszę już nie posyłać swoich tekstów”. Więcej „pisowskich” miejsc pracy nie było – zresztą strach po takich doświadczeniach pytać o następne – a reszta, wiadomo, państwo „platformy”.

Poszedłem więc w sektor prywatny. Wraz z kolegami ze Związku Strzeleckiego, założyliśmy, jako „wykluczeni” na rynku pracy, Spółdzielnię Socjalną. W ramach spółdzielni, dzięki dotacji, stworzyliśmy legionowy pub tematyczny o nazwie Wieniawa. Spotykali się w nim później piłsudczycy, narodowcy, harcerze, wolnorynkowcy i różne bielskie stowarzyszenia. Sprawiliśmy sobie kuchnię polową do gastronomii wyjazdowej i przymierzaliśmy się do szkoleń paramilitarnych. Miałem biznes i pewność, że za trzecią książkę, z mojej własnej firmy, nikt mnie już wyrzucić nie może.

Wtem wypatrzył nas polityk partii obecnie rządzącej, bielski specjalista od „patriotyzmu”. Osądził w mediach lokalnych, że nasze działanie jest nie-patriotyczne i ogólno-szkodliwe, bo w pubie zamierzamy „rozpijać młodzież”. Przypadkiem lub nie, do podobnego wniosku doszła wspólnota mieszkaniowa kamienicy, w której mieścił się Bar Wieniawa. Wspólnota odmówiła nam zgody na prowadzenie sprzedaży alkoholu. Prosiliśmy, tłumaczyliśmy, chcieliśmy nawet ubezpieczyć kamienicę. Zarząd wspólnoty pozostał przy zdaniu: weźmie ktoś „po pijaku” szablę ułańską i kogoś potnie lub co gorsza, inny lub ten sam wjedzie do pubu na koniu… Miasto zaskarżyło decyzję wspólnoty do sądu, sąd decyzję wspólnoty uchylił. Wygraliśmy. Ale było już za późno. Na czekanie na wynik apelacji nie mieliśmy już środków. Lokal trzeba było zamknąć.

Koszmar polityka-patrioty częściowo się spełnił, bo pub utrzymywaliśmy wynajmując klientom kufle… Wspólnota mieszkaniowa radziła nam wychowawczo byśmy rozwijali inne działalności. W sezonie wędrowaliśmy po festynach z nasza kuchnią polową. Wspólnie z harcerzami postanowiliśmy uzyskać od Urzędu Miasta środki na współorganizację festynu majowego na bielskich błoniach. Ale w urzędzie czekał już na nas jednak kolejny polityk–umiarkowany patriota, ale z tego samego obozu. Radny ten przez lata był ofiarą szykan wspomnianego posła-patrioty. No, ale teraz to on był górą… nad nami. Oznajmił komisji obradującej nad naszym wnioskiem, że jest sceptyczny, co do możliwości naszej spółdzielni. Są w niej „podziały” – orzekł. Owszem, był podział, na zarząd i inne ciała, które wymuszała na nas ustawa. Najchętniej to byśmy się nie dzielili i radnymi i posłami. Oczywiście projekt nasz upadł, obeszliśmy się smakiem. Radny zaś wkrótce dzięki „przedsiębiorczej” kampanii wyborczej został posłem. Jego dawny dręczyciel, poseł-patriota, został wywindowany przez kierownictwo partii aż na drugie miejsce na liście. Obaj służą teraz swej społeczności i Ojczyźnie. My wyprzedajemy kufle po pubie tematycznym…

Kto by pomyślał, że słowa Trockiego: „Jeśli mówisz, że nie interesujesz się polityką, polityka zainteresuje się tobą”, mogą mieć bardziej skrajną wersję: „Nie ważne, co mówisz, polityka i tak się tobą zainteresuje”. No tak, ale czym mają się zajmować „zawodowi politycy” bez zawodów, skoro to nie zawód i zajęcie predestynuje ich do posłowania. Mogą np. być „bramkarzami” broniącymi dostępu do różnych „stołków” i „ławek”.

Mimo gorzkich doświadczeń własnych i sceptycyzmu, nie chcę zrównywać „państw” platformy i PiS-u. Nominalnie „państwo PiS-u” wciąż może się okazać państwem obywateli, bez „krótkich ławek” i prymitywnego nepotyzmu. Nie chcę też porzucać państwa z poczuciem beznadziejności. Podeprę się autorytetem Miltona Friedmana, który sprzedawał swe panacea na sukces gospodarczy różnym dziwnym przywódcom. „Ojca monetaryzmu” wzmiankowany Balcerowicz tytułuje ostatnio swoim „ojcem chrzestnym”. Ojcem chrzestnymi Balcerowicza jest George Soros, a świadkiem na jego bierzmowaniu Jeffrey Sachs, zaś rada Friedmana z 1975 r. brzmi tak:

„Nie wierzę, że wybór właściwych ludzi pozwoli nam rozwiązać nasze problemy. Bardzo ważne, by stworzyć taki polityczny klimat opinii, który spowoduje, że rzeczą opłacalną dla niewłaściwych ludzi będzie robienie właściwych rzeczy. Dopóki niewłaściwym ludziom nie opłaca się dobrze czynić, dopóty właściwi ludzie również nie będą czynić dobrze lub jeśli spróbują tak czynić, szybko stracą stanowisko”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz