Kot Prot zagrożony

23 marca 2021

Amerykańska debata publiczna zmaga się z wstrząsami wtórnymi istnego trzęsienia, jakie w pierwszych dniach marca wywołała decyzja Dr Seuss Enterprise o zaprzestaniu wydawania sześciu książek dla dzieci. Szalenie popularną serię stworzył Theodor Geisel, który tworzył ją w czasach administracji Roosevelta. Na swoje nieszczęście nie sięgał wyobraźnią w XXI w. Wówczas obcując ze „poczuciem dobrego smaku” pokolenia swoich wnuków, których zresztą w latach 30. XX w. na planecie Ziemia jeszcze nie było, wiedziałby jakich słów nie należy dobierać.  

Książki Geisela wydawane są na całym świecie, także w Polsce. Kojarzymy je, lub kojarzą je nasze dzieci, z postacią Kota Prota. Ponieważ nie to bajki są anonimowe dla świata, mogli się z nimi zetknąć Chińczycy, zarówno ci z ChRL, jak i ci z Tajwanu, Singapuru, Malezji, lecz również Amerykanie pochodzenia chińskiego. To Chińczyków wszakże zaniepokoiły treści zawarte w publikacjach autorstwa „Dra Seussa”. Jakie to gorszące słowa? Mowa np. o niepoprawnym dziś za Oceanem, uważanym tam za obraźliwe, jeśli padło w stronę skośnookiego obywatela, określeniu „Chińczyk” („Chinaman”) lub „chiński chłopiec” („China boy”) oraz o rysunkach przedstawiających stereotypowy obraz tychże: ubranych w tradycyjne mandaryńskie stroje, z charakterystycznym kucykiem, przygarbionych, skośnookich, z miską ryżu i pałeczkami. Otóż bajki Geisela nie oburzyły Xi Jingping, nie skutkowały zatem groźbą sankcji ze strony komunistycznej potęgi. Zaniepokoiły owszem lewicowych, ale amerykańskich aktywistów.

W ten oto sposób wypełnia się kolejny rozdział historii postępu tzw. „politycznej poprawności” lub, jak kto woli, historii „wojen kulturowych” czy precyzyjniej pisząc, wojny przeciwko kulturze rozumianej w kategoriach spuścizny. Wojna, której końca i granic nie widać, że zaczerpnę z pojęć, których Amerykanie używają w określania swej obecności w Afganistanie i Iraku. Bo im głębiej będziemy sięgać w przeszłość, posługując się współczesną miarą, lekceważąc ówczesne różnorakie konteksty i ignorując wszystkie te aspekty, którymi zajmuje się np. epistemologia, zwana też teorią poznania, tym więcej znajdzie się powodów do ekspiacji i publicznej samokrytyki. Wspomniani aktywiści, proponujący wsteczną analizę dziejów, nie mają często podstawowej wiedzy na temat tego chronologicznego, czyli determinowanego wielkością fizyczną o nazwie czas, rozwoju cywilizacji człowieka.

Jest w tym zapale usuwania treści „rasistowskich”, bo za takie uznano wyżej przytoczone określenia, pewna niekonsekwencja. Jeśli bowiem są rasistowskie, czyż pierwej ich autor,  w tym wypadku  Theodor Geisel, nie powinien być zdemaskowany jako rasista? Wszak to jego ręka, którą wprawił w ruch świadomy umysł popełniła te – napiętnowane współcześnie – bezeceństwa? Czyż firma nie powinna zmienić nazwy? Czy nie wszystkie, a nie tylko sześć jego książek, powinno się wycofać z druku?

Załóżmy, że aktywistom, czy szerzej prądowi „politycznej poprawności” lub jak woli prawica amerykańska, zjawisku „cancel culture” („kultura wykluczania”) chodzi o uchronienie dzieci przed wulgarnymi i rasistowskimi treściami. Moglibyśmy pójść na łatwiznę i zapytać po prostu, czy jesteśmy realnie w stanie uchronić nasze pociechy przed podobnymi treściami, albo wyzłośliwić się i zapytać, czy zwolennicy postępu „politycznej poprawności” są w związku z tym przeciwnikami postępu technologicznego, który ułatwia dostęp do atakujących dziecięcą niewinność treści? Zapytajmy inaczej. Zapytajmy, ile swego czasu owi aktywiści poświęcają na walkę z wulgaryzmami i określeniami rasistowskimi w amerykańskim tzw. show businessie, np. z analogicznymi do owego „Chinamana” określeniami, czyli „negro” i „nigger”, nadużywanych szczególnie w środowisku czarnoskórych muzyków.

Nadwrażliwość rasowa w USA ma naturalnie swoje uwarunkowania historyczne. Zatem podejmując się oceny tego zjawiska, nie wolno patrzeć wyłącznie przez pryzmat rodzimych doświadczeń. Jednakże zarówno Polacy, Amerykanie – i ci białoskórzy, i ci czarnoskórzy – oraz Chińczycy, każdy indywidualnie, w życiu codziennym kierują się przecież tzw. zdrowym rozsądkiem, mówiąc inaczej – rozumem. Czy jeśli osoba „A” nazwie w Polsce osobę „B” „Żydem”, natychmiast powinniśmy tę pierwszą uznać za Niemca i antysemitę? Najczęściej osoba „A”, odwołując się do pewnych stereotypowych wyobrażeń, będzie chciała przezwać osobę „B” po prostu „skąpcem”, „dusigroszem”, „chytrusem”, „centusiem”, itd., a nie premierem Izraela albo miliarderem-filantropem. „Ofiarami” tego stereotypu padają zresztą i inne grupy narodowościowo-etniczne oraz etnograficzne, dla przykładu Szkoci – i nie tylko w Polsce – oraz Poznaniacy i Krakowianie. Dostaje się również góralom podhalańskim.

Przez swój śniady kolor skóry i skośnawe oczy lub też powiedzmy ogólnie – oryginalny wygląd, byłem przezywany przez kolegów: Cyganem, Wietnamczykiem, Żydem czy Rumunem. Jedyny miły epizod jaki pamiętam, to gdy ktoś, nie pamiętam kto, za dzieciaka przezywał mnie Ernie, na cześć bohatera serialu telewizyjnego „Sidekicks” emitowanego w TVP. Najbliżej celu byli ci od „Rumuna”, a to ze względu na wołoskie pochodzenie polskich górali. Do głowy mi nie przyszło, ani wówczas, ani obecnie, że moi „dręczyciele” są zwolennikami holocaustu i innych „porządków” etnicznych czy ksenofobami. Po prostu, albo chcieli sprawić, bym to ja się źle poczuł, a oni sobie ewentualnie ulżyli, albo też, zupełnie neutralnie, chcieli się podroczyć. Tak to już jest, że ludzi bardziej bawią negatywne stereotypy, a nie walory ciała i umysłu. Dlatego nigdy nie byłem Włochem i Hiszpanem, z wyjątkiem wspomnianego Erniego – Amerykanina filipińskiego pochodzenia…

Wracając na moment do poważnej „wojny kulturowej”. Rychło wysypał się worek publicznych ekspiacji. Idąc w ślady Dr Seuss Enterprise, Disney postanowił usunąć ze swej platformy DISNEY+ kilka kultowych bajek, jakoby promujących rasistowskie stereotypy, m. in. „Dumbo”, „Arystokratów” i „Piotrusia Pana”. Nie przypominam sobie, bym oglądając ten ostatni tytuł – ucząc się go prawie na pamięć, bo była to jedna z dwóch bajek na jedynej kasecie VHS dostępnej na świetlicy szkolnej – i widząc postać wodza indiańskiego na tle wigwamów, uległ przeświadczeniu, że wszyscy Indianie są otyli, a współczesna Ameryka to świat rodem z filmowych westernów.

Paweł Zyzak   

Dodaj komentarz