Komentarz do wydarzeń w Turcji

17 lipca 2016
Źródło: www.independent.co.uk

Nieudana próba zamachu stanu to ewidentna klęska stronnictwa amerykańskiego w Turcji i widmo dalszego zacieśniania się współpracy Rosji i Turcji na Bliskim Wschodzie.

W nocy, z 15 na 16 lipca br., doszło do próby zamachu stanu. Część elit wojskowych próbowała obalić obecnego prezydenta kraju, Recepa Tayyip Erdogana, oraz posłuszny mu rząd i zahamować dalszy proces islamizacji kraju. Pucz ten zakończył się całkowitym niepowodzeniem. Zginęło ponad ćwierć tysiąca ludzi, około półtora tysiąca zostało rannych, aresztowano już ponad 3 tysiące osób podejrzanych o spisek, w tym wielu generałów i pułkowników. Rozpoczęła się gigantyczna czystka personalna w tureckim sądownictwie, będąca przygotowaniem przed ostateczną zmianą konstytucji kraju.

Wbrew licznym – w istocie kuriozalnym – głosom pojawiającym się w polskich mediach, za zamach na pewno nie jest odpowiedzialna Rosja. Owszem, Rosja to od trzech stuleci tradycyjny wróg Turcji, ale obecnie mamy do czynienia z kolejnym, taktycznym, odwróceniem sojuszy na Bliskim Wschodzie. Jeszcze niedawno istniała groźba wybuchu wojny pomiędzy Rosją a Turcją, teraz mamy do czynienia z ewidentnym porozumieniem Moskwy i Ankary ws. podziału wpływów w Syrii. Po tureckiej stronie granicy już funkcjonuje marionetkowy rząd dla Aleppo, który ma za zadanie objąć rządy w kraju. Ma się to dokonać w sojuszu z dotychczasową generalicją assadowską, będącą ekspozyturą wpływów rosyjskich w tym kraju. Sojusz wymierzony jest w politykę amerykańską, dla której opanowanie Syrii – klucza do geopolitycznej układanki w tej części świata – ma znaczenie priorytetowe.

To już nie pierwsza tego typu próba obalenia Erdogana przez zakulisowe działania Waszyngtonu. Wcześniej próbowano tam rozpętać kolejny kolejną kolorową rewolucję w Duchu Arabskiej Wiosny. Gigantyczne poparcie, jakim cieszy się obecny turecki prezydent wśród islamskiej ludności spowodowały, że były to jedynie mrzonki. Obecny próba polegała na powrocie do tradycyjnej formuły wojskowego, odgórnego zamachu stanu. Jak widzieliśmy, ona również zakończyła się spektakularnym blamażem USA.

Dlaczego do niego doszło?

Po pierwsze, zamach najpewniej został przeprowadzony z podpuszczenia inspiracji Waszyngtonu, a jego nieoficjalnym sprawcą był Fethullah Gulen. Ten duchowy przywódca znacznej części tureckich elit ma także swoje wpływy w armii. Raczej nie przypadkiem mieszka w amerykańskim stanie Pensylwania. Tylko ktoś naiwny może sądzić, że tak wpływowa postać znajduje schronienie w Ameryce bez „ochrony” amerykańskich służb. Potwierdzeniem tego może być niezwykle, jak na standardy dyplomacji, agresywne ultimatum postawione przez Erdogana rządowi USA ws. wydania Gulena, jako warunku sine qua non dalszego uznawania Ameryki za tureckiego przyjaciela.

Po drugie, zamach był przeprowadzony w sposób bardzo nieudolny. Spowodował wzmocnienie pozycji prezydenta Erdogana. Świadczy to o tym, że albo został zawczasu poinformowany przez własne, albo nawet i rosyjskie służby, o planowanym zamachu i dobrze się do niego przygotował, albo sam go zainspirował swoimi zakulisowymi prowokacyjnymi działaniami. Stawiam na możliwość pomocy ze strony Rosji, gdyż kraj ten – wbrew opiniom pojawiającym się w polskich mediach – nie ma żadnego interesu w przejęciu władzy w Ankarze przez tradycyjne świeckie – i bardzo proamerykańskie – skrzydło tureckich sił zbrojnych. Taki scenariusz oznaczałby bowiem koniec porozumienia ws. Syrii i groźbę zaistnienia porozumienia właśnie z Amerykanami.

Najważniejszym jednak wnioskiem z ostatnich wydarzeń jest to, iż kluczem do klęski puczu są głębokie podziały polityczno-religijne wewnątrz samej armii tureckiej. Gdyby generalicja tego kraju była zjednoczona i zdeterminowana, to żadna siła by jej nie powstrzymała w przeprowadzeniu skutecznego puczu. Symboliczne było to, że biorący udział w zamachu wojskowy śmigłowiec, który ostrzeliwał pozycje wierne rządowi, został zestrzelony przez własne lotnictwo. W takiej sytuacji droga do władzy absolutnej stoi dla Erdogana właściwie otworem.

Filip Bauman

Dodaj komentarz