Kilka luźnych spostrzeżeń na temat obecnej sytuacji na Ukrainie

13 marca 2014
Polwysep_Krymski

Triumf Majdanu i upadek Janukowycza to początek końca ładu geopolitycznego i równowagi sił w tej części świata. To początek końca Ukrainy w dotychczasowym kształcie terytorialnym, a tym samym to wielka klęska polskiej racji stanu.

Celem niniejszego artykułu nie jest analiza ukraińskiej racji stanu. Interesuje mnie w nim tylko polska racja stanu, w katolickim tego słowa znaczeniu. A ta jest właściwie antytezą, uprawianego dziś nagminnie przez polską pseudo-prawicę, oszołomstwa moralnego absolutyzmu. Polską racją stanu w chwili obecnej na linii wschodniej jest :

  • utrzymanie dotychczasowego przepierzenia z Rosją, w postaci zachowania niepodległych, suwerennych, integralnych terytorialnie państw post-sowieckich; nie mogą być one antypolskie, ani nie mogą destabilizować sytuacji politycznej w regionie;
  • w celu utrzymania powyższego, w polskim interesie leży utworzenie i/lub utrzymanie silnych systemów politycznych tych państw, a więc najlepiej monarchii lub dyktatur – jednym słowem: silną władzę autorytarną, zdolną oprzeć się anarchistycznym zapędom postsowieckiego, zatomizowanego motłochu, bez względu na jej konotacje polityczne, czy uwikłania moralne;
  • w sytuacji ewidentnej słabości tych organizmów względem Rosji, w polskiej racji stanu jest też istnienie tam takich elementów, które nie są otwarcie antyrosyjskie i realizują politykę utrzymania tych państw w formie pomostu pomiędzy Wchodem i Zachodem, bez prowadzenia konfrontacyjnej polityki względem Kremla;
  • w razie sprzyjających okoliczności – których obecnie nie ma – w polskiej racji stanu jest stopniowe, metodyczne dążenie do związania tych państw ze strukturami gospodarczo-politycznymi Zachodu, w celu utworzenia w jego ramach silnego kontrapunktu religijno-kulturowego, wobec toksycznej dominacji antychrześcijańskiego klucza post-protestanckiego (USA, UK, Niemcy, Holandia, Szwecja).

Ukraina w obecnym kształcie

Ukraina w swoich dzisiejszych granicach jest absolutnie sztucznym, postsowieckim tworem. Jej dzisiejsze granice to owoc radosnej twórczości towarzyszy Lenina i Chruszczowa, nie mającej żadnego uzasadnienia cywilizacyjnego. Obie części składowe Ukrainy, zachodnio-centralna i wschodnio-południowa, nie są oparte na wspólnych historycznym doświadczeniu państwa i prawa.

Część pierwsza, prozachodnia ma korzenie wywodzące się z doświadczenia dawnego Królestwa Polskiego, a mentalność jej ludności oparta jest na (dość powierzchownym) doświadczeniu cywilizacji łacińskiej. Druga część Ukrainy to obszary, które, niestety, nigdy nie dostały się w orbitę politycznych oddziaływań Rzeczypospolitej Obojga Narodów. To historyczne ziemie należące do dawnych azjatyckich, despotycznych imperiów: Sułtanatu Ottomańskiego i Chanatu Moskiewskiego.

Oba te obszary mają sprzeczne interesy religijne, kulturowe, gospodarcze, a w konsekwencji zupełnie przeciwstawne wektory geopolityczne. Dla takich sztucznych tworów najlepszym ustrojem politycznym jest, przynajmniej w obecnych realiach, system postsowieckich dyktatur. W świecie postsowieckim nie ma po prostu dla nich alternatywy, gdyż:

  • coś takiego, jak społeczeństwo tam nie istnieje, bo i istnieć nie może; społeczeństwo to wytwór wielowiekowej pracy Kościoła zachodniego, a takowe na obszarze postsowieckim znajdują się w krajach bałtyckich i w Galicji Wschodniej;
  • jeśli nie ma tam społeczeństw, to tym bardziej nie ma tam żadnej demokratycznej kultury politycznej, jedno bowiem wynika z drugiego; to łacińskie doświadczenie historyczne państwa i prawa tworzy społeczeństwa i ich kulturę polityczną;
  • wszelkie inne, niż katolickie, podglebia kulturowe zostały niemal doszczętnie zniszczone przez sowietyzm; ostały się tam jedynie zatomizowane ludzkie masy, niezdolne do jednoczenia się w formie konstruktywnej, w oparciu o moralne i intelektualne umiarkowanie, itd.

Casus Ukrainy jest powtórzeniem lekcji z Iraku, gdzie USA dokonały – w imię fałszywie pojętej własnej racji stanu – obalenia panującej tam bandyckiej dyktatury. W jej miejscu zamierzano zainstalować, w ramach systemu demo-liberalnego, własną agenturę, która miała utworzyć z Iraku protektorat amerykańskich koncernów naftowych i anty-irański przyczółek dla ewentualnej inwazji na Persję. Wszystko to oparto na poronionym pomyśle, że demokracja to jedyny słuszny ustrój, który można instalować w dowolnej części świata, bez liczenia się tego ewentualnymi konsekwencjami.

Nie uwzględniono sztucznego, post-kolonialnego charakteru tego państwa, ani braku jakiejkolwiek demokratycznej kultury politycznej tamtejszych nacji, niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania systemu demokratycznego, a które w Europie kształtowały się przez półtora tysiąca lat. W ramach umoralniania polityki zniszczono struktury jedynej organizacji, która scalała Irak w jednolity organizm polityczny, tj. neo-stalinowskiej, zbrodniczej partii Baas. Jedynym tego efektem był całkowity rozkład tego państwa na trzy wzajemnie się zwalczające sektory kulturowo-cywilizacyjne, stan permanentnej wojny domowej i umocnienie dominacji Teheranu nad połową ludności i terytorium tego, dotychczas anty-irańskiego, państwa.

Vladimir_Putin_and_Viktor_Yanukovych_in_2006

Wiktor Janukowycz i Władimir Putin, 2006 rok (źródło: k r e m l i n . r u)

Dzisiaj ten sam scenariusz powtarza się na Ukrainie na naszych oczach. Obalenie rodzącej się dyktatury prezydenta Janukowycza, w wyniku wspartej ad hoc przez „nieznaną“ agenturęrewolucji rozpoczęło proces, który doprowadzi do rozpadu państwa ukraińskiego i geopolitycznego triumfu putinowskiej Rosji, przeciwko której rzekomo owa rewolucja była wywołana. Dzisiejsza jedność polityczna Ukrainy jest pozorna, a wszystkie rozdzierające ją separatyzmy dopiero dadzą o sobie znać w momencie pogłębiania się kryzysu gospodarczego wywołanego konfliktem z Rosją.

Rosja wytworem Zachodu

Istotą uznania Janukowycza najlepszym gwarantem polskiej racji stanu, mógłby być realizm geopolityczny. Realizm ów opiera się na świadomości istnienia w tej części Europy silnej, agresywnej Rosji, przy jednoczesnym nieistnieniu obecnie w tej części świata USA i UE (Niemcy), jako jej przeciwwagi. Gorzej – dzisiejsza „dominacja” Rosji to, jak zwykle, wynik zgody Zachodu na taki stan rzeczy. Jest on rezultatem jego odwiecznych kalkulacji, według których na Wschodzie lepiej mieć kolosa na glinianych nogach, który nigdy nie pozwoli tej części świata na stworzenie realnej alternatywy cywilizacyjnej wobec Zachodu, niż normalne, zdrowe organizmy polityczne, mogące stanowić jako całość choćby hipotetyczne zagrożenie dla finansowej i kulturowej dominacji euro-amerykańskich państw protestanckich.

Otóż trzeba sobie powiedzieć wprost: Rosja to bękart Zachodu; jego własne wyrodne dziecko, stworzone i karmione od trzech wieków przez zachodnie oligarchie na pohybel Kościoła i katolicyzmu. To protestancki, antykatolicki Zachód przekształcił w epoce Piotra I jego Moskiewski Chanat, ów wegetujący wówczas na obrzeżach historii Europy stepowo-syberyjski bantustan, w pierwszorzędną siłę polityczną Wschodu Europy.

Uczynili to en masse protestanccy Holendrzy, Szkoci, Anglicy, Niemcy, Szwajcarzy, którzy stworzyli od podstaw nowe państwo, łączące w sobie protestancką – kalwińsko-kartezjanską – metodę polityczno-fiskalno-militarną, z mongolską, nie mającą nic wspólnego z prawosławiem, filozofią racji stanu, jaką jest panteistyczny imperializm. Silna, gigantyczna, patologiczna Rosja stała się wówczas nie tylko substytutem geopolitycznym upadłej cywilizacyjnie, zmasakrowanej przez protestancką Szwecję, quasi-katolickiej Rzeczypospolitej. Od tamtej pory neo-protestancki nowotwór, jakim jest Rosja, jest bardzo użytecznym narzędziem w rękach zachodnich koterii politycznych i finansowych. Rosja, kosztem gigantycznych ofiar wśród zniewolonych rzez siebie plemion i narodów, realizuje – nolens volens – zachodnie interesy w tej części świata. Tak było też w czasach ZSRR.

Angela Merkel i Władimir Putin (źródło: k r e m l i n . r u)

Angela Merkel i Władimir Putin (źródło: k r e m l i n . r u)

Stan ten trwa do dnia dzisiejszego. Europa, zwłaszcza Niemcy, nigdy nie pójdą na otwartą wojnę z Rosją, bo im to się nie opłaca finansowo i politycznie. Agresja Niemiec (lub wcześniej Francji) wobec Rosji zawsze skutkuje wsparciem dla Moskwy/Petersburga ze strony świata anglosaskiego, lub vice versa. Łatwiej jest zawsze zarabiać na handlu z dzikusami, grabiącymi i niszczącymi swój własny kraj, niż z normalnymi państwami, takimi jak np. Japonia czy Turcja. Rekatolizacja Rosji (sic!, Ruś była pierwotnie katolicka, w obrządku wschodnim; nawet dzisiejsza cyrylica to daleki potomek stworzonej przez podległych Rzymowi mnichów głagolicy), czyli jedyny skuteczny sposób na przekształcenie jej w normalne, silne cywilizacyjnie państwo, to byłby kres dominacji post-protestanckiej masońskiej mafii nad światem, i owa mafia zrobi wszystko, aby czasem do tego nie doszło.

Czyj Putin?

Dzisiaj istnienie imperialnej, putinowskiej Rosji jest integralną częścią racji stanu takich państw jak Niemcy, czy Francja i fundamentem ich projektów odzyskania dominacji w Europie, czyli uniezależnienia się od USA. Suwerenność polityczna i cywilizacyjna Ukrainy czy Polski jest sprzeczna z ich interesami i raczej nigdy do niej nie dopuszczą. Rosja albo zagoni te państewka do zagrody niemieckiej, albo sama je zniszczy. Inaczej jest z USA, dla których obecna Rosja stanowi poważne zagrożenie w polityce ujarzmiania i eksploatacji świata przez amerykańskie banki i wielkie korporacje. Ich obecnym celem jest nie „uzdrowienie“ tego państwa za pomocą teologii Pussy Riot, ale śmierć Rosji, poprzez jej rozsadzenie na strzępy i gospodarczą kolonizację Syberii.

Tymczasem Putin od 15 lat skutecznie krzyżuje te plany, niszcząc m.in. amerykańską agenturę wpływu w Rosji, w postaci „organizacji praw człowieka“, praw sodomitów, gomorytów, bluźnierców i wspierających to wszystko niektórych oligarchów. W takiej sytuacji Ameryka, nie mogąc zrealizować marzeń sennych Zbigniewa Brzezińskiego i neokonserwatystów, przeszła do bardziej realistycznej polityki używania imperium Putina, jako ważnego elementu utrzymania światowej równowagi, zwłaszcza w stosunku do Chin i Iranu. Tak, czy owak, nikt na otwartą konfrontację z Rosją sobie nie pozwoli.

Tutaj trzeba jeszcze zwrócić uwagę na kluczowy element natury psychologicznej, który determinuje po dziś dzień politykę zagraniczną Zachodu. To oczywiście casus Sarajewa 1914 r. Nikt na Zachodnie nie dopuszcza nawet myśli by mógł zaistnieć choćby cień ryzyka wpadnięcia w taką samą spiralę wydarzeń, do jakich doszło dokładnie 100 lat temu, a które w konsekwencji doprowadziły do największej katastrofy w historii ludzkości, którą w historiografii nazywa się ogólnie XX wiekiem. To wówczas raz uruchomione biurokratyczne procedury, nad którymi nikt w pewnym momencie nie był w stanie zapanować, doprowadziły do rozpętania pierwszej w epoce industrialnej europejskiej wojny domowej, która była początkiem końca dominacji Europy i Zachodu nad światem. Trauma ta, w połączeniu ze świadomością, że kolejna wojna mocarstw może być już tylko wojną atomową, wyznacza po dziś dzień kluczowy paradygmat wszelkiej aktywności politycznej mocarstw. Wszelkie możliwe zadrażnienia są dziś zawsze kanalizowane do rangi konfliktów lokalnych lub zupełnie wyciszane.

Intelektualiści z młodych państewek, takich jak Polska, nie mający zazwyczaj niemal żadnych przemyśleń w tej materii, kompletnie nie rozumieją tego wyczulenia Zachodu. Wbrew ich pobożnym życzeniom, nikt w Paryżu, Londynie, Berlinie, Tokio, czy Waszyngtonie, a nawet w Moskwie, nie zaryzykuje z powodu jakiejś Ukrainy wpadnięcia w drugą sarajewską spiralę. Nikt więc dla Ukrainy nie będzie ryzykował wojny nuklearnej z Rosją.

Taka sytuacja oznacza, że kraje takie jak Polska, a zwłaszcza takie jak Ukraina, są traktowane na Zachodzie jedynie jako taktyczne pola dywersji względem Rosji, które w razie radykalnych kroków Kremla można bez żalu poświecić i podać na tacy rosyjskiemu niedźwiedziowi, w imię zachowania pokoju i wysokich kursów akcji. I tak też się, póki co, stało na Ukrainie. Zachód najpierw wykarmił kijowską rewolucję, przyczyniając się od obalenia prorosyjskiego prezydenta, aby później, w osobie przybyłego do Kijowa amerykańskiego sekretarza stanu, Johna Kerry’ego, zaproponować nowemu rewolucyjnemu rządowi pomoc finansową rzędu… $1 mld. Dla postronnego obserwatora wygląda to tak, jakby Stany Zjednoczone gotowe były podpalić Putinowi Ukrainę tylko po to, aby utrudnić mu proces odtwarzania rosyjskiego imperium. O jakiejkolwiek interwencji militarnej USA, choćby w południowo-zachodniej części Ukrainy, nie ma rzecz jasna mowy (przynajmniej do momentu, kiedy Rosja nie zdecyduje się na formalną aneksję Krymu). I Putin o tym wie.

Janukowycz „mniejszym złem“?

Janukowycz, opowiadając się na ostatnim szczycie europejskiego partnerstwa wschodniego w Wilnie za Rosją, chronił – bez względu na kierujące nim intencje – swój kraj przed ewentualną bezkarną agresją Kremla. Realizował on w ten sposób, w realiach obecnej światowej polityki, ukraińską, a tym samym i polską, rację stanu.

Obecny upadek Janukowycza nie oznacza tylko utraty przez Ukrainę Krymu, który już dziś wydaje się przesądzony. To dopiero początek wielkiej operacji Putina, której celem będzie doprowadzenie do rozpadu państwa ukraińskiego i przejęcia przez Rosję – w wersji minimum – jego wschodniej i południowej części. Jeśli nie dojdzie do szybkiej interwencji NATO, z USA, UK i Turcją na czele, oraz UE i światowej finansjery – a na to się absolutnie nie zanosi – to Putin, w wyniku agresji gospodarczej, surowcowej, a być może i militarnej, całkowicie zdemoluje ten kraj.

Upiecze przy tym kilka pieczeni na jednym ogniu. Po pierwsze, skompromituje opozycyjne siły, które obecnie zdobyły władzę w Kijowie; po drugie, skompromituje w oczach Ukraińców Zachód. To, w połączeniu ze wspieraniem przez FSB ukraińskiej nacjonalistycznej ekstremy, doprowadzi do takiej polaryzacji sytuacji politycznej, że jej jedynymi zwycięzcami będą neobanderowscy faszyści na zachodzie i secesjoniści na wschodzie kraju. Dopiero wówczas ujawnią się realne sprzeczności, jakie istnieją pomiędzy dwoma ukraińskimi narodami. Celem Putina nie jest Krym, lecz minimum połowa Ukrainy; Krym jest do tego tylko środkiem. Obecnie mleko się rozlało. Triumf Majdanu i upadek Janukowycza to początek końca ładu geopolitycznego i równowagi sił w tej części świata. To także najprawdopodobniej początek końca Ukrainy w dotychczasowym kształcie terytorialnym, a tym samym to wielka klęska polskiej racji stanu na Wschodzie.

Widoki na przyszłość. Opcja minimum

Na dziś dzień opcją minimum dla polskiej racji stanu jest zachowanie dominacji Zachodu nad co najmniej trzema z pięciu kontynentalnych stref państwa ukraińskiego. Są to nie tylko strefy A i B, czyli obszary historycznej, „polskiej“ Ukrainy, ale także „małorosyjska“ strefa C, leżąca na zachód od linii dolnego Dniepru (vide: mapka na końcu tekstu). Tylko bowiem utrzymanie przez Ukrainę dostępu do Morza Czarnego, z portem w Odessie, będzie pozwalało zachować Kijowowi jakąkolwiek niezależność gospodarczą od Moskwy i zapobiegnie okrążeniu przez Rosję ukraińskich ziem z trzech stron. W przypadku eskalacji konfliktu Putin będzie dążył do uzyskania połączenia z Naddniestrzem, gdzie stacjonuje rosyjska 14 Armia. Jeśli ostatecznie dojdzie do próby okupacji i aneksji południowej i wschodniej Ukrainy przez Rosję, to właśnie w owej strefie C rozstrzygną się geopolityczne losy tego kraju. W przypadku inwazji wojsk rosyjskich na południowym wschodzie obecność wojsk amerykańskich w Odessie i Chersoniu może mieć decydujące znaczenie dla przetrwania niezależnego od Rosji państwa ukraińskiego.

Tymczasem jednak bardziej prawdopodobne wydaje się, że Zachód po prostu, po krótkim okresie teatrzyku z lotniskowcami i samolotami F-16, po prostu będzie się starał wrócić do status quo sprzed rewolucji. Będzie się starał zaproponować Rosji Ukrainę, jako formę strefy neutralnej, w zamian za zachowanie fikcji ukraińskiej jedności terytorialnej. Wszystko bowiem wskazuje na to, że w Waszyngtonie zwycięży, jak zwykle, narracja dla Polski i Ukrainy bardzo niekorzystna.

Ukraina z podziałem na strefy prozachodnie i małorosyjskie

Ukraina z podziałem na strefy prozachodnie i małorosyjskie

 

Filip Bauman
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim; interesuje się dziejami krajów bałkańskich i Turcji oraz problematyką etyki i kultury w ujęciu globalnym.

Dodaj komentarz

2 thoughts on “Kilka luźnych spostrzeżeń na temat obecnej sytuacji na Ukrainie