John „Rozbrojenie” Kerry

17 sierpnia 2014
John Kerry przed komisją senacką w 1971 roku.

Idea rozbrojenia w warunkach pokoju to stosunkowo młody wynalazek. Zrobiła zawrotną karierę w latach 70. dzięki tzw. „polityce odprężenia” czyli détente. Do rozbrojenia konieczna była zgoda głównych mocarstw; w gruncie rzeczy tylko jednego z nich – USA. ZSRS z zasady uprawiał politykę rozbrojenia (przeciwnika), prowadząc jednocześnie tzw. pokojowe wojny, wojny o pokój i wojny obronne. Traktaty rozbrojeniowe podpisywane z ZSRS musiały wiązać się samorozbrojeniem.

Słaba strona Reagana

Jak się rzekło, Ameryką rządzi obecnie polityk pokroju Jamesa Cartera. Jak na prawie idealną kopię przystało słaby merytorycznie, słaby osobowościowo, w pełni uzależniony pod potężnej amerykańskiej finansjery, człowiek któremu posada wystarcza do realizacji choć skrawka swych osobistych poglądów, dla skrawka osobistej satysfakcji. Na tym tle William Clinton, beztroski imprezowicz w Białym Domu, wydaje się być lekką czkawką po względnie stabilnych i okraszonych tryumfem zimnowojennym rządach Republikanów. Można ówczesnym Amerykanów zrozumieć: „Zwyciężyliśmy, dlatego rozbrajamy się i idziemy z Clintonem na imprezę”. Jednak reelekcja Obamy, plus jego polityka, to pistolet przyłożony do własnej głowy. Carter był karą za Wietnam, Obama jest karą za Bliski Wschód.

W rzeczywistości odprężenie i rozbrojenie z czasów „clintonowskich” było kontynuacją procesu rozpoczętego przez samego Ronalda Reagana. Procesu, jak każde détente zrodzonego z poczucia słabości; z osłabienia politycznego, dyplomatycznego i moralnego. W przypadku Reagana naczelnym demotywatorem była afera Iran-Contras, która wybuchła w listopadzie 1986 r. Była to afera zawiła, pokazująca mało estetyczną płaszczyznę walki z komunizmem, nie łatwa do obrony za pomocą pięknych słów.

Rząd z pomocą Izraela realizował plan sprzedaży broni „umiarkowanym” Irańczykom, w zamian za nakłonienie Hezbollachu do uwolnienia amerykańskich zakładników. Działo się to wszystko w pierwszym półroczu wojny irańsko-irackiej, gdzie Amerykanie sprzyjali raczej tym drugim. W wyniku transakcji Izrael miał zostać dozbrojony, a pieniądze winny były trafić do antykomunistycznych bojowników nikaraguańskich, tzw. Contras.

Irangate niemal znokautowała administrację i tylko ogromne poparcie, jakim cieszył się Reagan w narodzie ocaliło jego przywództwo. Aftera ciągnęła się przez następne dwa lata, będąc przedmiotem wnikliwej pracy mediów i Kongresu. Pociągnęła za sobą szereg dymisji, a czołowi politycy płacili za nią zdrowiem – Reagan, a nawet życiem – dyrektor CIA William Casey, który zmarł dzień po rozpoczęciu jawnych przesłuchań w Kongresie, w maju 1987 r.

W dobie swej największej słabości Reagan począł rewidować swą dotychczasową politykę względem ZSRS. Uchylono sankcje gospodarcze, jakimi objęte były PRL oraz Sowiety, przerwano wojnę ekonomiczną i wyścig zbrojeń. Rozpoczęto negocjacje rozbrojeniowe.

W grudniu 1987 r. Reagan i Gorbaczow podpisali układ o całkowitej likwidacji pocisków pośredniego i małego zasięgu, takich o zasięgu od 300 do 3400 mil. Traktat INF miał bronić przede wszystkim sojuszników USA w Europie i na Dalekim Wschodzie.

Na barykadach defetyzmu

To właśnie ten układ, który, jak stwierdził ostatnio Departament Stanu, pogwałciła putinowska Rosja. Gwałci go od… 2009 r. Dokładnie w 2009 r. nowy demokratyczny prezydent, Barak Obama, rozpoczął swą politykę rozbrojeniową z Rosją. Otwarł ją gestem rezygnacji z tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Negocjacje nad „Resetem” prowadozno dalej, aż do 8 kwietnia 2010 r., kiedy w pozbawionej „tarczy” Pradze podpisano nowy traktat START. Czyli, podczas gdy Rosja łamała jeden traktat, negocjowano frasobliwie następny. Dwa dni później w Smoleńsku „zresetowany” został samolot prezydenta Polski…

Oto co dzieje się, gdy słabi politycy realizują wizerunkowe, krótkowzroczne i krótkotrwałe cele, czyniąc z nich dogmat. Jednym z takich celów, formułowanym od początku przed Baraka Obamę, są cięcia w arsenałach wojennych mocarstw. Cel, wydawałoby się, zwłaszcza dziś skompromitowany. Wydawałoby się.
W zeszłym roku tekę Sekretarza Stanu w administracji Obamy objął John Kerry, weteran amerykańskiego rozbrojenia. Przynajmniej po to, by zrozumieć niemoc Amerykanów w negocjowaniu „pokoju” na Ukrainie, należy mu przyjrzeć.

O Kerrym było na prawdę głośno w czasie wyborów prezydenckich w 2004 r. Wówczas nie powiodło się. W okresie pierwszej kadencji Obamy sprawował nieco mniej eksponowane, za to bardzo wpływowe stanowisko przewodniczącego senackiej Komisji Spraw Zagranicznych. Za to po raz pierwszy Ameryka usłyszała o Kerrym w 1971 r., kiedy stanął przed ową komisją, lecz jako świadek. Jej przewodniczącym był wówczas demokrata James Fulbright, krytyk zaangażowania USA na frontach walki z komunizmem, przeciwnik wojny w Wietnamie, ale też i finansowania polskojęzycznym rozgłośni RWE i Voice of America. Przywitał przyszłego senatora ciepło.

Kerry, porucznik marynarki, reprezentował grupę weteranów wojny w Indochinach. W ich imieniu zeznawał przeciwko administracji prezydenckiej, oskarżając ją o zbrodnie wojenne. Inicjatywa Kerry’ego nie cieszyła się jednak popularnością wśród ogółu weteranów ani wtedy, ani nawet po 33 latach, zresztą przyczyniając się do jego klęski wyborczej. Kiedy słucha się 40-minutowego wystąpienia Kerry’ego przed komisją, wiedząc to, co już napisano i nakręcono o komunizmie i ZSRS, wcale ta klęska nie zaskakuje.

Kerry przekonywał w 1971 r. senatorów i społeczeństwo, że USA zagraża „zbrodnia (wojenna) a nie »czerwoni« i komunistyczne wojska”, że dziesiątki tysięcy Amerykanów zginęły „for biggest nothing in history”, wreszcie, że „nie ma zagrożenia. Komuniści nie są zainteresowani obleganiem placówek McDonalda”.

Właśnie rozpoczynała się epoka détente, więc kariera Kerry’ego mogła tylko nabrać tempa. Zaopiekowały się nim elity partii demokratycznej. Okrzepł nieco, i w 1983 r. sprawował już funkcję wicegubernatora, a dwa lata później senatora. W drugiej połowie lat 80. Kerry udowodnił, że pozostał Kerrym. Jako senator krytykował namiętnie reaganowską koncepcję Strategic Defense Initiative, tzw. „gwiezdnych wojen” oraz zbrojenia NATO. Sprzeciwiał się desantowi na Grenadę, zagrożonej komunistycznym puczem, nazywając działania Reagana “pokazem siły szkolnego osiłka”, podobnie odnosząc się do aktów wspierania sił antymunistycznych w Ameryce Środkowej. W okresie Irangate, ten weteran z Wietnamu, stał w awangardzie oburzonych wspieraniem Contras.

Ostateczne rozbrojenie

Co charakterystyczne dla współczesnych elit liberalnych w USA, i dotyczy to także Kerry’ego, nie widzą one w polityce zagranicznej „zła” i „złych” ludzi. Zupełnie jak w polityce krajowej, gdzie obok rozdziału Kościoła od państwa, istnieje coś takiego, jak rozdział „ja” prywatnego od „ja” publicznego. Kerry na przykład przedstawia się jako gorliwie wierzący katolik, a zarazem opowiada się za prawem kobiet do aborcji. Dla Kerrego katolika nie „zło” czy też opętani przez to „zło” ludzie odpowiadają za terror i mordy, ale „skomplikowana sytuacja w regionie”…

Kiedy Ronald Reagan rzucał w stylu Rambo: “We win — they lose”, nie miał na myśli siłowania się na rękę z Czernienką czy Gorbaczowem, czy wykradzenia trupa Lenina z kremlowskiego mauzoleum, ale walkę z ideologią komunistyczną, jako źródłem światowego „zła”. Kerry i nowe pokolenie Partii Demokratycznej, w komunizmie widziało zaledwie konkurencyjną ideologię, która zamiast niezdrowych fast foodów preferuje model życia na diecie bezmięsnej. Oczywiście mylili się fatalnie. Jednakże „trwoży i przestrasza” refleksja, że ludzie ci odpowiadają wciąż za politykę zagraniczną mocarstwa, które wbrew Kerremu zwyciężyło w „zimnej wojnie”.

Dlaczego trwoży? Zwykli oni powielać te same schematy, ku zgubie następnych pokoleń. Na przykład w odniesieniu do radykalnego islamu. Skrajny islam to takie KGB, działające czasem bardziej prymitywnymi metodami. A do czego dąży? Szczerze i spokojnie opowiedział o tym ostatnio w programie radiowym The Mark Levin Show Mosab Hassan Yousef, przebywający na emigracji syn współzałożyciela Hamasu: po zabiciu wszystkich Izraelczyków, nie będzie już przeszkód, by założyć „światowy kalifat”.

„No dobrze – powie ktoś – ale Żydzi rządzą światem”. Może i jacyś rządzą. Jednak gdyby rządzili ci izraelscy, na pewno prezydentem gwaranta ich istnienia nie został by Barack Obama, a John Kerry nie negocjowałby teraz „pokoju” w Strefie Gazy…

Paweł Zyzak
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz doktorantem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się dziejami USA oraz Wielkiej Brytanii.

Dodaj komentarz