Jaka jest polityka zagraniczna Trumpa?

4 lipca 2017
Źródło: http://www.zerohedge.com

Obserwując amerykańską scenę polityczną z odległości, wielu z nas odnosi się wrażenie, że jest ona spójna. Amerykańskie imperium, ponieważ jest imperium, musi działać „tip-top”. Amerykańskie administracje przechodzą po wyborach łagodne „fazy przejściowe”, nad kampanijnymi animozjami wygrywa interes państwa, zaś wyborcy z łatwością uznają zwycięstwo niechcianego kandydata, a jego samego za „swojego prezydenta”. W uproszczeniu – tak było dotąd. Od ostatniej elekcji jesienią ubiegłego roku jest inaczej.

Już sama kampania wyborcza była zupełną anomalią na tle poprzednich. Zwycięski później kandydat zdominował przekaz medialny swym niekonwencjonalnym zachowaniem, jak i krzykliwymi, ale chwytliwymi dla społeczeństwa hasłami. Mniejsza o sposób bycia, Ameryka to bezdenny rezerwuar najdziwniejszych osobowości. Niejaki Greg Gianforte, milioner i kandydat GOP na kongresmena w Montanie, pobił w maju dziennikarza brytyjskiego „Guardiana”, krzycząc: „Wynoś się stąd!”, a donieśli na niego dziennikarze… prawicowej Fox News. Tydzień później wygrał wybory. Na swoje szczęście, jego demokratyczny kontrkandydat, okazał się być nudystą…

To poglądy Trumpa burzyły klasyczne schematy. W polityce zagranicznej, która naówczas, w kwestii Rosji, jej zaborczej polityki prowadzonej w Europie Wschodniej oraz zaangażowania w konflikt syryjski, zjednoczyła obydwa obozy polityczne, Trump wyrażał poglądy wręcz rewolucyjne. Poglądy, których nie podzielał żaden, dokładnie żaden z jego republikańskich i demokratycznych kontrkandydatów, a nawet żaden z tzw. „third party candidates”. Znaleźli się natomiast amatorzy zaostrzenia polityki imigracyjnej czy ostrego, antychińskiego kursu.

Powiecie państwo, że „kampania rządzi się swoimi prawami”. Owszem z obietnicami wyborczymi bywało różnie. Otóż bywali prezydenccy kandydaci, którzy w czasie kampanii wyborczej obiecywali utrzymanie pokoju, a po zwycięstwie niemal od razu wprowadzili USA do światowej wojny. Mowa o prezydentach Woodrowie Wilsonie i Franklinie Roosevelcie. Tym razem jednak, to, co działo się w czasie kampanii, całkowicie zdominowało dyskurs polityczny w USA po wyborach. Społeczeństwo, zwłaszcza miejskiej, jest spolaryzowane, jak nigdy w ciągu kilku ostatnich dekad.

Jak relacjonowała mi ostatnio w Los Angeles znajoma – w jej szkole, w Santa Monica zatrudniono specjalnych terapeutów, których gabinety odwiedzały tuziny młodych ludzi, wpierw zdruzgotanych klęską Berniego Sandersa, a potem zwycięstwem Donalda Trumpa. Powszechne jest, zwłaszcza w elektoracie demokratów, zdanie, że Trump „nie jest moim prezydentem”, lecz Putina oraz ze „przegrał” 3 mln. głosów, a prezydenturę zwyczajnie „ukradł”. Nastroje te podsycają jeszcze media, czego m. in. efektem był ostatni zamach dokonany przez wyborcę Sandersa, który ostrzelał republikańskich polityków. Do niego najwidoczniej terapeuta nie dotarł…

Wracając do meritum, co się ostało z autorskiej wizji polityki zagranicznej Donalda Trumpa? Wolt milionera było tak dużo, że równie dobrze rządy mógł objąć których z jego konkurentów z GOP. Optymiści mają nadzieję, że „strategia Trumpa” dopiero się rodzi, pesymiści, że pogrąża się w chaosie.

W poniedziałek 19 czerwca Rosja zawiesiła „gorącą linię” między Moskwą a Waszyngtonem. Otóż w niedzielę, 18 czerwca, Amerykanie zestrzelili nad terytorium Syrii rządowy myśliwiec. To kolejny poważny incydent – nie licząc aktów zestrzelenia dwóch syryjskich dronów – po tym, jak w kwietniu amerykańskie niszczyciele wystrzeliły 59 pocisków samosterujących Tomahawk, które, w niepełnej liczbie, spadły na syryjską bazę lotniczą Shayrat. Był to pokaz siły, powodowany atakiem gazowym na syryjską ludność, podobno dokonany przez reżim Baszara al-Asada.

Ostrzał, który skutkował śmiercią ok. 100 osób, niósł za sobą kluczową woltę Trumpa. Ta zaś pociągnęła za sobą następne. Trump przez rok, w czasie kampanii, akcentował swój sprzeciw wobec interwencji w Syrii, mimo iż wojna domowa rozpoczęła się właśnie od ataków chemicznych przypisywanych Asadowi. W czasie październikowej debaty z Hillary Clinton, Trump mówił nawet o sojuszu Waszyngtonu z Damaszkiem, czyli także Rosją, przeciwko ISIS. Stanowisko to mocno kontrastowało ze zdaniem Mike’a Pence’a. Znowuż, Trump nie był nigdy, z zasady, przeciwnikiem takich interwencji. Jeszcze w 2011 r. Trump popierał interwencję Obamy w Libii. Później oczywiście zdanie zmienił.

Inną kontrowersją związaną z Trumpem była jego „antyislamska” ponoć retoryka. Retoryka dość mglista, by nie rzec wybiórcza. Podczas jego majowej wizyty w Arabii Saudyjskiej, mówiło się więc w USA o „resecie z muzułmanami”. Ale Trump nigdy nie czynił Arabii przedmiotem swych ataków. W państwie tym bowiem rozwijał bardzo udane interesy, które w grudniu 2016 r., oficjalnie począł zamykać. Zresztą tak zwany „Muslim travel ban”, nie dotknął większości państw Półwyspu Arabskiego, a tylko te, w których toczyła i toczy się wojna. Stąd Saudowie nie mieli raczej powodów obaw. Koncentrowali się więc na tym, by olśnić Trumpa. Znaleźli na to wyborny sposób: Trump jadąc z lotniska Rijadzie mógł oglądać gigantyczne, rozpostarte na wieżowcach, hologramy ze swą podobizną.  Wizytę Trumpa zwieńczył olbrzymi kontrakt zbrojeniowy z Saudami, opiewający na ok. $110 miliardów.

„Ociepleniu” relacji z Arabią Saudyjską, towarzyszyło ich ochładzanie z Iranem. Arabia i Iran toczą swą nieustanną „proxy war” w Syrii i Iraku, a także w Jemenie, jak i walczą o wpływy m. in. w Libanie, Pakistanie i Azji Centralnej. Iran zaś znajduje się w tradycyjnym sojuszu z Rosją. Sojusz Teheranu z Moskwą próbowała podważyć administracja Obamy, ocieplając relację wpierw z Rosją, potem z Teheranem. W mimo obydwu „resetów” – bezskutecznie.

Co na to Trump? Nieprzyjazny stosunek Trumpa do Iranu bierze się m. in. z jego proizraelskich poglądów, jak i biznesowo-przyjacielskich relacji. Przyjacielem rodziny Kushnerów, w którą wżeniła się Ivanka Trump, jest Benjamin Netanjahu. Jest to zasadnicza przeszkoda, przeszkadzająca unormowaniu relacji z sojuszem rosyjsko-szyickiej czwórki: Rosji – Iranu – Iraku – Syrii.  Sojuszu oprotestowanego w gronie państw sunnickich. Właśnie pro-teherańskie sympatie reżimu w Katarze były przyczyną kryzysu, który spowodował ostatnią blokadę i oskarżenia ze strony Trumpa, że Doha to „wiodący sponsor terroryzmu”. Dodajmy, że w szeregu sponsorów sunnickiego ISIS, poczesne miejsce, tuż obok Kataru, zajmuje Arabia Saudyjska.

To, na ile wiążące są enuncjacje Trumpa, pokazuje interes, jaki Waszyngton ubił z Katarem 14 czerwca, czyli już po ogłoszeniu blokady. Ów główny „sponsor terroryzmy” zakupił od Amerykanów, a Amerykanie sprzedali, zestaw myśliwców, wartych $12 miliardów. Z uczestnictwa w blokadzie okrakiem począł się wycofywać Departament Stanu, zaniepokojony faktem, że państw blokujące nie podają pretekstu blokady…

Opuszczając Bliski Wschód przenieśmy się do Brukseli, gdzie Trump w maju miał sposobność uczestniczyć w szczycie NATO. W czasie kampanii wyborczej nazywał sojusz „przestarzałym”, podważając jego zasadność, powielając toczka w toczkę retorykę zaszczepianą przez Kreml w Zachodniej Europie. Chciał nie chciał, Sojusz Północnoatlantycki zrodził się z potrzeby zatrzymania ekspansji ZSRS, przejawiającej się m. in. w finansowaniu przez Moskwę irredenty komunistycznej w krajach na zachód od Łaby i na północ od Bałtyku. Aktualna Moskwa czyni to znowu, tyle, że dzisiejsza irredenta ma posmak narodowego populizmu, opartego na nastrojach antyimigracyjnych (m. in. antypolskich, jak na Wyspach Brytyjskich). Znowuż w kwietniu 2017 r., już po wykonaniu głównej wolty, Trump ogłosił, że NATO „nie jest już przestarzałe”, a nawet nazwał sojusz „bastionem światowego pokoju i bezpieczeństwa”.

Trump równie gwałtownie począł ocieplać swoje relacje z Chinami, które oskarżał o „dokonywanie gwałtu na naszym kraju” poprzez manipulacje juanem. Ba, jeszcze początkiem kwietnia nazwał Chiny „światowym liderem” manipulacji walutą. Ale już półtorej tygodnia później oznajmił w rozmowie z „The Wall Street Journal”, że Chiny „nie są manipulatorem walutą”. Podobnie ewoluował, od gniewu do niemalże sympatii, jego stosunek do reżimu północnokoreańskiego. Wpierw Trump nazywał Kim Dzong Una „maniakiem”, by pod koniec kwietnia, w programie Face the Nation, wyrażać doń sympatię, a nawet współczucie:

„Przejął władzę w bardzo młodym wieku. Wielu ludzi, jestem tego pewien, chciało mu ją odebrać, czy to jego wujek czy ktoś inny. I on ją utrzymał. Więc to oczywiście dość twarda sztuka”.

Swego wujka, przypomnijmy, Un – wedle oficjalnych przekazów – polecił rozstrzelać bądź wrzucić do klatki z wygłodzonymi psami.

„Nigdy nie poświęcę swoich zasad. – powiedział w maju Sekretarz Stanu Rex Tillerson w programie Meet the Press – Jestem oddany prezydentowi w realizacji jego celów. Chcę by odnosił sukcesy”.

W niniejszym artykule pytamy: jakie to są cele? Trump zrezygnował nawet z autorskiej polityki wyjścia z NAFT-y. Na przestrzeni tygodnia zmienił narrację o 180°, porzucając „katastrofalną” retorykę na rzecz retoryki umacniania sojuszu Kanady, USA i Meksyku, by „wszystkie trzy kraje były silniejsze i miały się lepiej”.

Niewątpliwie na kwietniową, gwałtowną jak widzieliśmy, zmianę geopolitycznej optyki Trumpa, miały wpływ wydarzenia na scenie krajowej, a ściślej „rosyjskie śledztwo”. Ostrzał lotniska na przedmieściach Damaszku poprzedziło kilka kluczowych dla Trumpa dymisji. Dokładnie dzień wcześniej, 6 kwietnia, od „śledztwa rosyjskiego” w Kongresie, na pewien czas, odsunął się Devin Nunes, szef House Intelligence Committee i zadeklarowany stronnik Trumpa. 5 kwietnia doszło do bardziej nawet doniosłej zmiany. Ze składu National Security Council usunięty został przez generała Herberta MacMastera Steve Bannon, zwolennik sojuszu bilateralnego z Rosją, do niedawna stronnik ówczesnego szefa NSC, gen. Michaela Flynna. Ponadto, 6 kwietnia, „New York Times” opublikował rewelacje, iż CIA jest przekonana, że Rosjanie pomagali Trumpowi w kampanii wcześniej, aniżeli dotychczas sądzono. Co jeszcze się wydarzyło, o czym nie usłyszeliśmy?

Trump, godząc się na przygotowywaną od tygodni operację militarną Pentagonu uciekł, krótko mówiąc, swoim politycznym przeciwnikom, którzy oskarżali go o uległość względem Kremla, do przodu. Na czas jakiś, podporządkował się doktrynie firmowanej przez kręgi wojskowe, zbliżone do jądra Partii Republikańskiej. Pamiętajmy, Trump nie uronił jeszcze nawet słowa krytyki pod adresem Kremla czy personalnie Putina. O tym ostatnim wciąż wypowiada się z dużą estymą. A o przykłady pro-kremlowskich sympatii wcale nie trudno. Najczytelniejszym było majowe spotkanie w Oval Office z Siergiejami Ławrowem i Kislakiem, ambasadorem Moskwy w Waszyngtonie. Trump oznajmił na nim Rosjan:

“Właśnie wyrzuciłem z pracy szefa FBI. Zwariował. Prawdziwy wariat”…

Szefowi kontrwywiadu nie dane było zatem dokończyć „rosyjskiego śledztwa”, a Rosjano nie trzeba było mówić, kto to i za co został wyrzucony…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz