Jak zwizualizować moralność w polityce

19 maja 2021

Rok przed obchodami setnej rocznicy podpisania amerykańskiej Deklaracji Niepodległości w 1776 r., prezydent  Ulysses S. Grant, jeden z głównych architektów zwycięstwa Północy w krwawej „wojnie secesyjnej”, wypowiedział następujące słowa: „Jeśli w najbliższej przyszłości będziemy mieć kolejną taką rywalizację, przepowiadam, że linia podziału nie będzie przebiegała wzdłuż linii Mason-Dixona, ale między patriotyzmem i inteligencją z jednej strony, a przesądem, ambicją i ignorancją z drugiej. W stulecie naszego państwowego istnienia, uważam, że to dobry czas, aby rozpocząć prace nad umacnianiem fundamentów Ojczyzny, zapoczątkowanego sto lat temu przez naszych ojców-patriotów, w Concord i Lexington.

W 1875 r., gdy Grant wypowiadał te słowa, ku końcowi zbliżała się jego druga kadencja. Urząd prezydencki zdobywał w 1869 r. jako kandydat, rzecz jasna, republikanów. Stawał przed wówczas zadaniem odbudowy zniszczonego działaniami wojennymi południa państwa oraz  jeszcze trudniejszym zadaniem zabliźniania społecznych ran. Obejmował najwyższą konstytucyjną funkcję po zupełnie nieudanej, przypadkowej, antagonizującej prezydenturze Andrew Jacksona. Można rzec, że pierwszemu zadaniu, po trochu drugiemu.

Ale czy przyczynił się do uzdrowienia kultury politycznej młodego państwa? Wątpliwe. O reelekcję Grant walczył już z piętnem alkoholika i polityka skorumpowanego. W polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej, podobnie jak na froncie, nie brał jeńców. Był człowiekiem bezwzględnym i wiarołomnym. Na szczęście dla swych obywateli  nie starał się już o kolejną reelekcję, tylko wyruszył w podróż dookoła świata…

Zdarza się wcale rzadko, że osoby wybitne, z wiekiem chętniej oceniające świat również przez pryzmat własnych niedoskonałości, stają się autorami pięknych, uniwersalnych sentencji. Nie wiem, czy owa wypowiedź Granta jest wynikiem właśnie takiego, pogłębionego procesu myślowego i podniesienia się stanu empatii, czy też powiedział coś, co pięć minut wcześniej usłyszał od jednego ze swoich speechwriterów. Jeśli nawet to drugie, to i tak cytat przemawia na korzyść Granta. Od tyranów i prymitywnych megalomanów zwykle aż do momentu przykrycia ich grobową deską wieje brutalizmem, pychą i cynizmem tłumiącym wyrzuty sumienia.

Sposoby i metody uprawiania polityki na przestrzeni epok i pod każdą szerokością geograficzną mają swoje naturalne granice, które wyznaczają możliwości ludzkiego rozumu. Zmieniają się z pozoru narzędzia, ale i ich eksploatację ograniczają ludzkie zmysły oraz potrzeby i ograniczenia ludzkiego organizmu. Ponieważ żyły już do tej pory na świecie setki milionów polityków, niczym nas świat polityki nie jest nas w stanie zaskoczyć. Żeby nie szukać daleko, w cenie są niezmiennie skodyfikowane rady przedwiecznych już myślicieli-praktyków, choćby osławionego Niccolò Machiavellego oraz tajemniczego Sun Tzu. Można być niemalże pewnym, że nie były obce także Ulyssesowi Grantowi, studiującemu na przełomie lat 30 i 40 XIX w. w West Point. 

W ten sposób słowa Granta, doświadczonego wojskowego i polityka, który widział swój kraj w zgliszczach i w odbudowie, obserwował kształtującą się amerykańską scenę polityczną oraz przesuwającą się granice państwa, zyskują szczególne znaczenie. Także w odniesieniu do czasów współczesnych, które choć odległe od czasów „dzikiego zachodu”, nie są wcale – jeżeli idzie o uprawianie polityki – mniej dzikie. W historii świata, gdy po czasach spokoju, porządku, stabilizacji i względnego dostatku, przychodzą czasy niespokojne, postępuje również erozja kultury politycznej. Świat polityki przestaje kłaść nacisk na pielęgnowanie, a przynajmniej pozorowanie, własnych cnót i ideałów, bardziej zaś nastawia się na kojenie lęków oraz bytowych potrzeb społecznych. Paradoksalnie jednak zyskują na znaczeniu głośni performerzy i kuglarze, nie zaś skuteczni politycy, znani z „getting things done”. Ci pierwsi potrafią skutecznie nakarmić ludzką wyobraźnie, choć nie przyczyniają się do skracania czasu niepokoju. 

Współczesnym zabobonem, o którym mówił prze prawie dwoma wiekami Grant, określiłbym wszelkie formy ezoteryzmu i kultu ludzkiego ciała oraz świat teorii spiskowych, które z łatwością przekraczają granice wszelkich podziałów politycznych. Elektorat ludzi zabobonnych tak samo zagospodarowywany jest przez owych kuglarzy, którzy potrafią dostarczyć prostych odpowiedzi i skutecznie zwizualizować wroga. Porozumiewają się bowiem kodem językowym, trafiającym na podatny grunt emocji, nie zaś krytycznej analizy rozumowej. Kuglarzy moglibyśmy określić współczesnym mianem populistów. Jako, że od kilku lat przez całą naszą planetę okrążają kolejne fale populizmu, przy zejściu się kilku sprzyjających okoliczności, od czasu do czasu wypłynie taki kuglarz wprost do sterów władzy.

Nie oczywiście tak, że świat polityki doby spokoju i porządku pozbawiony jest wadliwych charakterów i moralnych robaczywych jabłek. Jest dokładnie odwrotnie. Skorumpowane jednostki czasów spokoju przyczyniają się do nadejścia czasów zgryzoty. Przygotowują grunt pod nadejście kuglarzy, którzy z kolei przyczyniają do pełnej katastrofy i dziejowego resetu. W czasach zaś skrajnego chaosu i pożogi szlifują się najlepsze charaktery, już nie wybitne, ale wielkie postaci, które później przywracają harmonię w świecie polityki. Czy możliwym jest odwrócić owo błędne, dziejowe koło? Sądzę, że tak. Sądzę, że to jest ultymatywny cel „dobrej” polityki – zatrzymanie lub spowolnienie zaklętego koła ludzkiej samodestrukcji.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz