Iran: na własne oczy

19 stycznia 2014
Jeden z tysięcy murali rozsianych po Irańskich miastach - Najwyższy Przywódca Ajatollah Ruhollah Chomeini w momencie skupienia. Fot. Felix Schmid

Iran. Kraj postrzegany jako niebezpieczny, dążący usilnie do uzyskania dostępu do energii atomowej, wróg Izraela i Stanów Zjednoczonych. Państwo ajatollahów, uważane za ksenofobiczne, przepełnione fanatykami religijnymi, gdzie kobiety noszą zakrywające ciało od stóp do głów burki, tak, że często przypominają chodzące niebieskie worki ziemniaków. Państwo skrajnie opresyjne wobec kobiet, poddanych wszechwładzy mężów i ojców. Zaś na arenie międzynarodowej kraj mniej lub bardziej izolowany i traktowany nieufnie, jako skrajnie nieobliczalny. Tego obrazu dopełnia zaliczenie Islamskiej Republiki Iranu przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Busha w 2002 roku do państw tzw. „osi zła”. Jaki jednak naprawdę jest Iran? Jak wygląda od środka? Kim są naprawdę zamieszkujący ten kraj ludzie?

„Przypinanie metki”

W od połowy XX wieku, ogromną rolę w tym, jak postrzegamy świat odgrywa przede wszystkim telewizja. Programy telewizyjne codziennie dostarczają widzom sensacji, widzowie zaś w swej większości nie sprawdzają uzyskiwanych informacji, w pełni ufając dobrej woli i rzetelności warsztatu dziennikarzy. W tym kontekście, mogę sobie wyobrazić, jakie skojarzenia wywołuje słowo „Iran” w umysłach większości czytających te słowa osób.

Zanim wyjechałem obserwowałem jak na pomysł dotyczący wyjazdu do Iranu reagują moi znajomi. „Wariat”, „głupota”, „szaleństwo” – mówili. „Jesteś szalony” – to reakcja kolegi ze Stanów Zjednoczonych. Najlepszym podsumowaniem były jednak słowa-sugestia przyjaciółki, bym „uważał, żeby mi tam głowy nie ścięli, bo jej nie chce dostać pocztą”. Skojarzenia pozostałych również zmierzały w kierunku zakapturzonych fanatyków ścinających głowy zagranicznych dziennikarzy. Wszyscy znamy te materiały. Szeroko rozpowszechniała je swego czasu telewizja. Oczywiście nie były to filmy z Iranu.

Tytułem roboczym niniejszego artykułu mogłyby być stereotypy, w szczególności dotyczące ludności Iranu. O stereotypach napisano już wiele książek. W skrócie można powiedzieć, że stereotypy są wykształconym w procesie ewolucji narzędziem, które ułatwia przetrwanie w ciągle zmieniającym się świecie. Z drugiej strony znajdują się ujemne strony stereotypizacji, czyli diametralnie wykrzywiony obraz rzeczywistości. W każdym razie – wszyscy je stosujemy i to niemalże bez przerwy. Poglądy, które mamy o pewnych zbiorowościach rozciągamy na tworzące je jednostki i odwrotnie.

Przygotowania do drogi

Moje zainteresowanie wyprawą na Środkowy Wschód zrodziło się z dziwnej mieszanki: nieufności w stosunku do informacji serwowanych przez telewizje, fascynacji starożytnymi perskimi imperiami, o których każdy z nas słyszał już od podstawówki, w reszcie z ogromnego zaskoczenia jakim było dla mnie odkrycie, że język perski jest tak bardzo podobny do języków europejskich.

Już pierwsze informacje o Iranie i jego mieszkańcach, jakie znalazłem, były niezmiernie obiecujące – blogi osób, które wybrały się na wyprawę do Azji, zakupione przeze mnie książki podróżnicze spisane przez „podróżujących za grosze”, czy wreszcie artykuły z różnych czasopism. Wszystko, czego się dowiedziałem różniło się od obrazu wyłaniającego się z relacji telewizyjnych w jaskrawy sposób. Z przeświadczeniem, że stereotypy nie równają się rzeczywistości, a władzę trzeba oddzielić od irańskiego społeczeństwa, ruszyłem w drogę.

Pamiętam dobrze to uczucie, gdy po raz pierwszy przekraczałem granicę państwa, w którym większość stanowili muzułmanie. Małe przejście graniczne w okolicach miejscowości Sveti Naum w Macedonii, a po drugiej stronie niewielka tablica z czarnym dwugłowym orłem – Albania. Co czułem? Przede wszystkim obawę o to, czy zapamiętałem, jak powinienem się zachowywać, żeby nikogo nie urazić, żeby nie naruszyć licznych w tej kulturze tabu. W Albanii obawę zwyciężyła ciekawość nieznanego. W przypadku Iranu te wątpliwości nie zdążyły się nawet zrodzić. Wszystko dzięki Irańczykom.

Na granicy

Szukając przejścia granicznego w Meghri, w południowej Armenii, zagaduję, trochę od niechcenia, do dwóch, wyglądających na biznesmenów mężczyzn ciągnących wielkie walizy. Zrozumieli, o co mi chodzi. Machnięciem ręki każą za sobą iść. Nie możemy się dogadać – żaden z nich nie mówi ani po angielsku, ani w jakimkolwiek znanym mi języku. Kieszonkowe ”rozmówki” też niespecjalnie zdają egzamin – zbyt wolno idzie wyszukiwanie odpowiednich fraz. Wreszcie starszy z moich kompanów, wykręca jakiś numer na swojej komórce. Wręcza mi telefon. Rozmawiam z jego synem. „Przyjeżdżasz do Teheranu? – mówi – Świetnie. To musisz też do nas przyjechać choć na dzień lub dwa. Pokażemy ci miasto, możesz się u nas zatrzymać.”. Nie zdążyłem jeszcze nawet przekroczyć irańskiej granicy, a już mam się gdzie zatrzymać w stolicy… Informacje o fenomenalnej gościnności Irańczyków znajdują pierwsze potwierdzenie.

W trójkę przekraczamy granicę i idziemy na obiad do małej kantyny. Jakoś nie czuję na razie tego fundamentalistycznego zamordyzmu, o którym tyle się słyszy. Zamawiają ryż z kurczakiem. Jedną porcję dla mnie. Jemy. Do końca ramadanu zostało około tygodnia. Szyby kantyny zakryte są gazetami, chyba po to, by nie „kusić” podróżnych a może wojskowych z obsady punktu granicznego, którzy mogliby chcieć dochować postu. W okresie ramadanu (w Iranie „ramazanu”) muzułmanie zobowiązani są powstrzymywać się od spożywania jakichkolwiek płynów i pokarmów od wschodu do zachodu słońca. Podróżni, kobiety w ciąży, czy chorzy są zwolnieni z zachowania postu. Biorąc jednak pod uwagę „renomę”, jaką ten kraj ma, jeśli chodzi o fundamentalizm religijny, można by pomyśleć, że w Iranie każdy ściśle trzyma się zasad islamu. Nic bardziej mylnego. Kilka dni później, gdy przebywałem w Teheranie, poszedłem do firmy, w której pracowali moi znajomi poznani na granicy. I tutaj spotyka mnie kolejne zaskoczenie – jest ramadan, środek dnia, nie obejmuje ich „dyspensa”, bo nie są w podróży, a oni w najlepsze jedzą… Więcej – przy kolejnym spotkaniu, nasza rozmowa kończy się wznoszeniem toastów za pomyślność Irańczyków, gdy jeden z moich kompanów wyciąga butelkę whiskey, którą schował w biurku na specjalną okazję.

Zaczynam się zastanawiać, czy to jedna z tych sytuacji o których słyszy się w anegdotach – jak w tej o Turkach pijących alkohol gdzieś za granicami Turcji. Na pytanie jednego z biesiadników, czy czasem islam im tego nie zabrania, z lekkim uśmiechem odpowiadają, że „Allah za granicą nie widzi”. Zadaję sobie więc pytanie, czy Allah nie widzi również w Teheranie czy może po prostu Irańczycy już niespecjalnie dbają o to, co Allah zobaczy…

Islam po irańsku

Alkoholem byłem w Iranie poczęstowany kilka razy. Oficjalnie jest on nielegalny, nie można go kupić w żadnym sklepie. Zamiast tego dostępne jest tzw. „Irańskie piwo”, jak żartowaliśmy z irańskimi przyjaciółmi, czyli po prostu gazowany napój w różnych smakach, sprzedawany w butelkach przypominających te od piwa.

Oczywiście poza czujnym wzrokiem Ajatollaha, który patrzy z gigantycznych billboardów i murali znajdujących się na każdym skrzyżowaniu, alkohol kupić można. I to w szerokim wyborze. Whisky, tequila czy piwo. Ceny oczywiście kilkakrotnie wyższe. Butelka whiskey kosztuje kilkadziesiąt dolarów, bo to towar z przemytu. Mówi się, że proceder na największą skalę uprawiany jest w okolicach nadmorskiego miasta Bandar Abbas, gdzie okoliczni mieszkańcy nocą przepływają małymi łodziami przez cieśninę Ormuz i na plażach wyładowują kontrabandę. Towar następnie trafia wgłąb kraju. Jak powiedział mój znajomy Irańczyk: „Jeden telefon, dwie godziny i masz jaki chcesz alkohol, za odpowiednią cenę oczywiście”. Na marginesie warto wspomnieć, że ta cena odzwierciedla ryzyko, jakie ponoszą przemytnicy (ale również i „konsumenci”!) – przyłapanie z alkoholem w ręku po raz trzeci oznacza często karę śmierci. Przy pierwszej i drugiej wpadce grożą „tylko” baty. Poza markowym alkoholem dostępny jest również bimber, z tym, że to już produkt lokalny.

Tak więc dla sprytnego Irańczyka zakazy ustanowione przez Najwyższego Przywódcę nie stanowią przeszkody. Część z nich, dla Europejczyka może wydawać wręcz absurdem, bo na przykład zakazany jest również taniec, ale tylko dla kobiet. Jak się okazuje, i to nie jest problemem. Sam z resztą udzielałem podstawowych lekcji salsy kochance (sic!) pewnego młodego Irańczyka, który zaprosił nas do swojego mieszkania, gdy zwiedzaliśmy wyspę Qeshm. Oficjalnie dziewczyna była tylko „studentką opiekującą się mieszkaniem” podczas jego wyjazdów zagranicznych w interesach. I tej wersji oboje – ona i on – się trzymali. Dziwnym trafem, mimo jego powrotu do Iranu, dziewczyna mieszkaniem nadal się opiekowała, więc zarówno dla mnie, jak i dla mojego przyjaciela, Niemca z Bawarii, z którym akurat wtedy podróżowałem, było jasne jak się sprawy rzeczywiście mają. Nie muszę dodawać, że tego typu „relacje międzyludzkie” również podpadają pod paragraf.

W północnym Teheranie organizowane są ponoć wielkie, nielegalne imprezy – i tu niestety muszę bazować na informacjach z drugiej ręki – na których alkohol leje się hektolitrami i często dostępne są narkotyki Młodzi Irańczycy mogą potańczyć, spotkać się ze znajomymi, a co bardziej „wyzwolone” dziewczyny mają okazję pozbyć się chust z głowy i pokazać innym rozpuszczone włosy.

Ajatollah w garderobie

No właśnie – owe chusty na głowach. Jest to chyba element najbardziej, poza ścinaniem głów zagranicznych dziennikarzy, kojarzący się z krajami islamskimi. W Iranie musi je nosić każda kobieta, ponoć już od momentu, gdy zaczyna dojrzewać płciowo. Noszą je więc zarówno małe dziewczynki, jak i stare kobiety.

Przy wjeździe do Iranu sporych rozmiarów tablice informacyjne oznajmiają wszem i wobec, że każdego przekraczającego granicę obejmuje wymóg noszenia odpowiedniego stroju zgodnego z islamem. Wbrew powszechnemu myśleniu HIDŻAB, bo o nim tu mowa, nie jest ani jakimś konkretnym elementem garderoby, ani nawet wymogiem zarezerwowanym jedynie dla kobiet. Hidżab oznacza po prostu strój skromny, „islamski”, który w przypadku kobiet zakrywa całe ciało z wyjątkiem dłoni i twarzy, od mężczyzn natomiast wymaga się noszenia długich spodni, ale dopuszczalne są t-shirty. Wydawałoby się, że taki nakaz jest czymś skrajnie ograniczającym, namiastką niewoli i ucisku. I zapewne tym jest. Przy czym podejście do tego wymogu może być różne – od pełnej akceptacji, po próby nieposłuszeństwa i naginania reguł. Bardzo popularnym strojem kobiecym w Iranie jest czador. Jest to czarny płat materiału, który po zarzuceniu na głowę wygląda trochę jak peleryna przeciwdeszczowa bez rękawów Kobieta przytrzymuje go ręką na wysokości szyi, tak, by szczelnie okalał twarz (czasem, gdy niesie zakupy z bazaru i obie ręce ma zajęte, przytrzymuje go również w zębach); nomen omen w języku perskim „czador” oznacza również namiot. W Iranie czador nosi bardzo wiele kobiet, również w miastach. Strój ten, zdaniem władzy, jest dla kobiet najbardziej „odpowiedni”, bez znaczenia jest to, że w upalne dni można się w nim ugotować.

Na drugim biegunie znajdują się kobiety noszące się po europejsku – gustowne kolorowe płaszcze, modne okulary przeciwsłoneczne, drogie buty. Do tego oczywiście obowiązkowe chusty w najmodniejszych wzorach – jednak już nie zakrywające całych włosów, a tylko zarzucone gdzieś w połowie głowy, odsłaniające włosy, jakby dla ochrony modnej właścicielki przed słońcem, nie zaś ze względu na nakaz religijny. Do tego niesamowicie wyrazisty makijaż. Mały prztyczek w nos fundamentalistycznej władzy.

Perska gościnność

„Europejski” strój niektórych kobiet można uznać za symbol tego, co cechuje chyba wszystkich Irańczyków – otwartości na obcych. Co druga mijana osoba wita zachodniego turystę swojsko (bo tak powszechnie używanym!) brzmiącym: „Hello, Mister!”. Irańczycy nie mają najmniejszych oporów przed rozmawianiem z ludźmi, których widzą po raz pierwszy w życiu – bez znaczenia, czy chodzi o innego Irańczyka, czy o zagranicznego turystę. Podróżując w kierunku Morza Kaspijskiego z moim dobrym znajomym z Teheranu, chłopakiem w wieku ok. 24 lat, zatrzymaliśmy się przy pewnej piekarni. Mój kompan wdał się w dość długą rozmowę z właścicielem. Byłem przekonany, że to jakiś jego znajomy, bo rozmawiali żywiołowo, jakby się znali od zawsze. A on widział piekarza pierwszy raz w życiu.

Inny przykład. Pewien sprzedawca dywanów w Esfahanie zaprosił mnie na obiad. Krótka rozmowa i odniosłem wrażenie, jakbyśmy się znali całe lata. Wiedział, że mi nie sprzeda żadnego ze swych produktów, a mimo to spędził godzinę na tłumaczeniu, czym się różnią perskie dywany wytwarzane ręcznie przez plemiona nomadów, od tych „miejskich”, skąd pochodzą barwniki oraz jaką historię opowiada każdy dywan. Bo traktował te dzieła sztuki z pasją, niemal jak poezję, której każdy element ma ogromne znaczenie i którą należy poddać odpowiedniej interpretacji. A swoją obowieść zilustrował rozwijając przede mną chyba 30 różnych dywanów.

Ta otwartość nabiera dodatkowego znaczenia, gdy popatrzy się na nią przez pryzmat panującego w Iranie fundamentalistycznego zamordyzmu. Władza dość twardo okopała się na swoich pozycjach obrony „islamskiej rewolucji”. Jakiś czas temu pojawiły się głosy o zabójstwach co bardziej niezależnych zwolenników liberalizacji kursu. Co kilka lat brutalnie tłumione są protesty, które wybuchają najczęściej w kontekście sfałszowanych wyborów prezydenckich, jak to miało miejsce w 2009 roku, czy też z powodu ciężkiej sytuacji ekonomicznej i bezrobocia.

W takiej afmosferze państwa na poły totalitarnego, które dałoby się przyrównać do „Polski Jaruzelskiej” końca lat 80., zaskakuje otwartość wielu Irańczyków w krytykowaniu władzy w rozmowach z ludźmi z Zachodu. Jest w tych ludziach ogromna ufność, a zarazem przekonanie, że ich żal spotka się ze zrozumieniem turysty z Europy.

Reżim

I tak – już pierwszego dnia pobytu w Iranie, w mieście Tabriz, spotkałem młodego mężczyznę, w wieku około 25-30 lat. Na moje pytanie, czy może mi powiedzieć, gdzie mógłbym skorzystać z Internetu. zaoferował, że zaprowadzi mnie do kawiarenki internetowej, która znajdowała się kilka ulic dalej. Od razu począł rozprawiać na temat polityki i w jednym z pierwszych zdań podkreślił, że „ludzie w Iranie są dobrzy, tylko władza (w tym miejscu zrobił nad głową kilka kółek wskazując, że chodzi mu o turban ajatollaha Chamenei’ego – Najwyższego Przywódcy państwa) jest zła”.

Z podobnym nastawieniem spotykałem się powszechnie. Często rozmowa od razu schodziła na politykę. Był w tym element pewnego wstydu, próba usprawiedliwienia się przed przedstawicielem Zachodu. Chęć podkreślenia, że ludzie nie czują się z tą władzą związani, że są świadomi „złej prasy” swoich przywódców i w pełni zgadzają się z opiniami, które o ajatollahu Alim Chamenei ma Zachód. Sprzeciw wobec wrzucania do jednego worka władzy i uciskanego przez nią społeczeństwa.

Ten ostatni akapit byłby chyba najlepszym podsumowaniem rozważań o stereotypach, które zawarte zostały we wstępie, a które zniewalają nasze myślenie o innych, nawet bardzo odległych państwach, narodach czy grupach etnicznych. Iran nie jest państwem homogenicznym, a w szczególności nie można postawić znaku równości pomiędzy społeczeństwem a władzą.

Widać coraz wyraźniej, że fundamentalistyczna władza, rządząca państwem już od prawie 35 lat, nie spełnia oczekiwań znacznej części społeczeństwa, zaś system zakazów i nakazów już dawno utracił legitymację. Obraz fundamentalistycznego Iranu, Iranu niczym monolit stojącego na straży czystości islamu, który władza zawzięcie stara się sprzedać wewnątrz kraju, jak i na arenie międzynarodowej , to jedynie zestaw pobożnych życzeń, fasada, w którą już nikt nie wierzy, a przynajmniej nikt w Iranie. Tamtejsza władza się bogaci, zaś społeczeństwo nadal jest ubogie i zapewne za jakiś czas po raz kolejny na ulicach głośno wykrzyczy swoje żądania, a w stronę Strażników Rewolucji posypią się kamienie.

W tę fasadę wierzy się już chyba tylko na Zachodzie, gdzie taki obraz lansują media karmiące swoich widzów informacjami o kraju pełnym fanatyków religijnych w turbanach. Media robiące to, czego obawiał się najbardziej mój rozmówca z Tebrizu – zdające się krytycznie osądzać i stawiać pod jedną ścianą władzę wraz ze społeczeństwem.

Kornel Kwiatek
Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz aplikant radcowski. Zajmuje się historią państw Bliskiego Wschodu.

Dodaj komentarz