Impeachment po amerykańsku

3 kwietnia 2017
impeach

W  środę, 22 marca senacka Komisja Sprawiedliwości przesłuchiwała Neila Gorsucha, kandydata prezydenta Donalda Trumpa na sędziego Sądu Najwyższego. Przesłuchanie przebiegało spokojnie, a Gorsuh dał się poznać, jako sympatyczny, otwarty człowiek, merytorycznie przygotowany do sprawowania tej funkcji. Nie dał się wciągnąć lewicowej części senatorów w narrację, demonizującą jego pryncypialnie konserwatywne poglądy. Potrafił werbalnie wpisać swój światopogląd w porządek konstytucyjny USA. Republikański senator Lindsey Graham żartobliwie pogratulował Trumpowi wyboru Gorsucha. Aczkolwiek przyznał – już mniej żartobliwie – że zrazu obawiał się, że Trump może nominować jakąś telewizyjną osobowość. Jeszcze mniej żartobliwe było zapytanie Grahama o potencjalny impeachement Trumpa…

Został więc pierwszym senatorem, który publicznie przywołał procedurę, która kiedyś niechlubnie wieńczyła prezydenturę Billa Clintona. Izba Reprezentantów wszczęła ją na podstawie dwóch zarzutów postawionych Clintonowi: krzywoprzysięstwa i utrudniania działań wymiaru sprawiedliwości. Graham posłużył się dość naiwnym przykładem. Mianowicie, zapytał Gorsuha, co by było, gdyby Trump przywrócił „waterboarding”, torturę zakazaną jeszcze przez George’a Busha… Graham naiwny oczywiście nie jest. Każdy, względnie zorientowany w amerykańskiej polityce, widz pojął natychmiast, że „waterboarding” to figura retoryczna, a w istocie chodzi o śledztwo, dotyczące ingerencji Kremla w wybory prezydenckie. A precyzyjniej mówiąc – powiązań sztabu i rodziny Trumpa z wysokimi oficjelami reżimu panującego w Rosji.

TCD20 marca, czyli w poniedziałek, tym razem przed Komisją Służb Specjalnych Izby Reprezentantów stanął James Comey, dyrektor FBI. Wystąpienia Comey’a wzbudziło nadspodziewanie duże poruszenie. Szef amerykańskiego kontrwywiadu zaprzeczył, iżby istniały dowody potwierdzające udział administracji Obamy w podsłuchiwaniu Wieży Trumpa i samego Trumpa w czasie wyborów. Potwierdził zarazem, również po raz pierwszy publicznie, że FBI prowadzi śledztwo, w którym do głównych należy wątek współpracy sztabu Trumpa z Rosjanami. W trakcie rzeczonego przesłuchania Trump napisał na Twitterze, że: „NSA i FBI poinformowały Kongress, że Rosja nie ingerowała w proces wyborczy”. Jeden z kongresmenów odczytał wpis, a Comey zaprzeczył, iżby coś takiego przed chwilą stwierdził. I on, i szef NSA, Michael Rogers, mówili coś odwrotnego…

Trump nie ma oporów w rozmijaniu się z faktami, zaś republikanie nie mają oporów, by kategorycznie stwierdzać, że są przekonani, że Rosja ingerowała w wybory w USA. Przykładowo, Paul Ryan, Speaker of the House, czyli trzecia osoba w państwie, nie potrzebuje nawet czasu do namysłu. Neil Gorsuch na wspomniane pytanie o impeachement odpowiadał wręcz z uśmiechem na twarzy: „Żaden człowiek nie jest ponad prawem”. Natomiast dwaj senatorowie, McCain i Graham, nie dają Trumpowi nawet jednego dnia spokoju. Oni to, wraz z demokratą Chuckiem Schummerem i szefem mniejszości senackiej, odpowiadają za wszczęcie przez wyższą izbę śledztwa w sprawie ingerencji Rosji w wybory prezydenckie. McCain i Graham nie dają Trumpowi wytchnienia także w kwestiach polityki imigracyjnej i współpracy handlowej.

Ataki na Trumpa są mniej rozpaczliwe, aniżeli mogłoby się to z pozoru wydawać. Bo faktem jest, że pętla jednak zaciska się na szyi Trumpa i jego prezydentury. FBI otrzymało wolną rękę w śledztwie, o którym mówił Comey. Jeff Sessions, szef Departamentu Sprawiedliwości, zwierzchnik Comey’a, pod naciskiem republikanów, publicznie ogłosił swą separację ze sprawą. Sessions, który w czasie kampanii wyborczej opowiedział się po stronie Trumpa, spotykał się z rosyjskim ambasadorem w USA. I mimo, że spotkania senatorów, czyli przedstawicieli stanów, których budżety przewyższają często budżety średnich państw, z ambasadorami są rzeczą codzienną, w tym klimacie politycznym, współczesnej trzeciej Red Scare, nie mogło stać się inaczej. Dość powiedzieć, że były wiceprezydent Dick Chaney, nazwał ingerencję Kremla w proces wyborczy „aktem wypowiedzenia wojny”. Opcją alternatywną była dymisja Sessionsa.

Jedną z przesłuchiwanych obecnie przez FBI osób jest gen. Michael Flynn, były National Security Adviser Trumpa. Flynn tuż przed tym, jak dołączył do sztabu wyborczego Trumpa, był stałym korespondentem… „Russia Today” i miał częste kontakty z Putinem i jego otoczeniem. Teraz grożą mu bardzo poważne zarzuty, w tym zarzut zdrady stanu. Pod koniec marca amerykańskie media poinformowały o „plotkach”, że generał ratując władną skórę poszedł z FBI na współpracę i zaczął składać obfite zeznania. Potwierdził ponoć, że Trump aprobował jego rozmowy z Kremlem tuż po wyborach, których to przedmiotem było zniesienie sankcji gospodarczych nałożonych na Rosji po inwazji na Krym. Piszą więc media, że zeznania te mogą „być gwoździem do prezydentury Trumpa”. Impeachement, słowo naprawdę ważone w USA, którego w kontekście Trumpa używali dotąd co bardziej sfrustrowani demokraci, dziś jest na ustach dziennikarzy i polityków wywodzących się także ze środowiska prawicy.

Mielibyśmy więc krzywoprzysięstwo. Odkąd Sessions odsunął się od śledztwa FBI otoczeniu Trumpa trudniej jest wpływać na to, co się dzieje wokół śledztwa FBI w sprawie „rosyjskich łączników”. Aczkolwiek próbuje ono wpływać na przesłuchania w Kongresie, zwłaszcza na to toczące się w Izbie Reprezentantów. Szefem tamtejszego Intelligence Committe jest republikanin David Nunes, stronnik Trump jeszcze z okresu kampanii wyborczej. Nunes łamiąc obowiązujące, dobre standardy, zanosił informacje, które przekazały kongresmenom FBI i NSA, wpierw do Białego Domu, miast podzielić się nimi z kolegami z komisji. On też, jak poinformował „The Washington Post”, starał się zablokować przesłuchanie Sally Yates, w administracji Obamy szefowej Departamentu Sprawiedliwości, wtajemniczonej w charakter kontaktów obozu Trumpa z Rosjanami.

Osób z tego obozu, które miały takowe jest od groma. Głośny jest przypadek byłego szefa kampanii wyborczej Trumpa, Paula Manaforta, który zanim nim został pracował potajemnie dla… rosyjskiego oligarchy Olega Deripaski, zwanego „oligarchą Putina”. Kontrakt Manaforta u Deripaski opiewał na sumę $10 milionów. Innymi słowy: pośrednio pracował dla Putina. Warto wszystkich potencjalnych „łączników” z Kremlem omówić przy następnej okazji, bo jest to lista długa i ciekawa.

Sprawa jest tak poważna, że rzutuje na wszystkie inne, zdawałoby się ważniejsze. Choćby na losy republikańskiej ustawy reformująca służbę zdrowia, mającej zastąpić tak zwaną „Obamacare”. Otóż połączono w niej wodę z ogniem, czyli Trumpowe „ubezpieczenie dla wszystkich” z konserwatywną próbą decentralizacji systemu opieki zdrowotnej. Ustawa pisana była za zamkniętymi drzwiami, pospiesznie, a więc byle jak. Republikanie oskarżali kiedyś demokratów o to, że ich ustawa jest nietransparentna, pisana pod niejasne interesy, teraz ich przebili. „Obamacare” znajdowała się w procesie legislacyjnym przez 14 miesięcy, natomiast republikańska przez kilka tygodni… Tę ostatnią krytykowali eksperci, dziennikarze, wreszcie sami republikańscy kongresmeni.

Tempo prac ustalał Trump. On też, jako ponoć najlepszy negocjator w kraju, lobbował za ustawą wśród republikanów. Kiedy doszło do katastrofy i okazało się, że nie ma dla niej zwykłej większości, winę zrzucił na Paula Ryana. Sugestywnie i pośrednio wezwał go do dymisji… Sam zaś, również pośrednio, oświadczył, że wobec tego, że republikanie nie poddali się jego urokowi, zwróci się o wsparcie dla nowej ustawy do demokratów.

Jaki to ma związek ze śledztwem rosyjskim? Trump najpewniej i najpewniej słusznie zakłada, że republikanom ufać nie może i że bez oporów, wręcz z ulgą, podniosą rękę za impeachementem. Paradoksalnie jedynym jego ratunkiem są demokraci. Trumpowi rzeczywiście ideologicznie jest do nich bliżej. Z drugiej strony ferment w Partii Republikańskiej, podziały które tam Trump tworzy, są demokratom  zwyczajnie „na rękę”. Im słabsza konkurencja tym bliższa perspektywa odwojowania Kongresu.

 Paweł Zyzak

Dodaj komentarz