Impeachment II

26 stycznia 2021
Źródło: Wikipedia

Już mniejszym, ale wciąż żywym zainteresowaniem cieszy się druga odsłona impeachmentu Donalda J. Trumpa. Energicznie do pracy zabrała się już nowa administracja Josepha R. Bidena, i to o niej czas mówić i pisać, my jednak lubimy spoglądać na bieżące sprawy ze świata polityki przez pryzmat historyczny analogii. Stąd nie sposób obojętnie przejść obok tak bezprecedensowej sytuacji, w której przeciwko jednemu prezydentowi dwukrotnie otwarto procedurę „impeachmentu”. Co więcej, senacki „proces” w ramach drugiej w nich odbywa się już po odejściu tegoż z urzędu. Trump w ostatnich tygodniach swego urzędowania naginał rzeczywistość do granic możliwości. Niczym szalony naukowiec, na którego pracę, postronni patrzą z zainteresowaniem i niedowierzaniem, testował limity wytrzymałości amerykańskiego systemu konstytucyjnego. Wpierw wywierał naciski na republikańskie legislatury w stanach „wahających się”, by te nie certyfikowały stanowych wyników wyborczych. Potem, co należy podkreślić, osobiście, naciskał na republikańskich gubernatorów w Georgii i Arizonie, by ci nie podpisywali owych certyfikacji. Kiedy obydwaj postanowili jednak nie złamać prawa, spróbował jeszcze w Georgii namówić tamtejszego sekretarza stanu Brada Raffenspergera do „znalezienia” mu jakoś 11,780 głosów. Niczym wytrawny dealmaker, abstrahując od przestępczej natury czynu, zredukował swe oczekiwania prawie do minimum. Chciał tylko kilka głosów więcej do Bidena…  Jak twierdził w rozmowie telefonicznej, analizowanej teraz przez stanowych prokuratorów, przecież okradziono go z dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy głosów.

Wybory prezydenckie w USA odbywają w poszczególnych stanach. Nie występują tam wybory ogólnopaństwowe, organizowane przez jakąś federalną agendę. Warto o tym wspomnieć, bo kolejnym „crash testem” dla amerykańskiego ustroju było wywołanie batalii sądowej między poszczególnymi stanami. Republikański Teksas, powołując się na odpowiednie zapisy konstytucji, pozwał do Sądu Najwyższego Wisconsin, Michigan, Pensylwanię i rzeczoną Georgię, kwestionując tamtejsze wyniki wyborcze. Za Teksasem, po tym jak w awanturę entuzjastycznie włączył się Trump, podążyły inne republikańskie stany. Mimo, iż republikańscy politycy w kuluarach nazywali pozew czystą głupotą, a republikański w swej większości Sąd Najwyższy go odrzucił, gdyby nie to, że wszyscy pozywający doskonale zdawali sobie sprawę, że uczestniczą w farsie opierającej się na mistyfikacji, powiedzieć by można, że wojna plemienno-partyjna zamieniła się w klasyczną secesję. Wojnę secesyjną zapoczątkowały właśnie słabe wyniki Lincolna na „południu”…

Na koniec Trump przetestował wytrzymałość republikańskich reprezentantów i senatorów, naciskając na nich, by wyłamali się z kongresowej certyfikacji. Wreszcie przetestował nerwy samego Mika Pence’a, który długo zbierał się na odwagę, by poinformować prezydenta, że jednak zamierza podpisać certyfikację. Nim to ostatecznie uczynił, Trump dał mu jeszcze czas na zmianę decyzji. Kiedy Pence tego nie uczynił, imiennie napuścił nań rozemocjonowany miesięczną manipulacją tłum ściągnięty do stolicy na „wojnę” w obronie konstytucji… Wydarzenia, które nastąpiły później spowodowały, że ów Pence, dotychczas wzór lojalności wobec Trumpa, zupełnie na poważnie rozważał wdrożenie sekcji pierwszej 25 poprawki do konstytucji US, mówiącej o usunięciu prezydenta przez jego zastępcę i część gabinetu…

Podstawą pierwszego impeachmentu Trumpa w 2019 r. były zarzuty nadużycia władzy dla osobistych korzyści oraz obstrukcji władzy Kongresu. Przedmiotem drugiego, przegłosowanego w Izbie Reprezentantów 13 stycznia 2021 r., jest wzniecenie insurekcji przeciwko rządowi USA. Obydwie procedury różnią się w treści stawianych Trumpowi zarzutów, ale różnią się również i okoliczności, w jakich zarzuty są stawiane.

Trump nie jest już prezydentem. Nie może więc, tak jak to poprzednio czynił, utrudniać przebiegu procedury. Wcześniej koncentrowała się ona na Izbie Reprezentantów, gdzie większość, czyli demokraci, przesłuchiwali świadków i przedstawiali dowody. Otoczenie Trumpa, powołując się na interes władzy wykonawczej, zabraniało aktualnym i były urzędnikom administracji zeznawać przed prowadzącymi przesłuchania komisjami. Ich szefowie zaskarżali te obostrzeni i w sądach zwykle wygrywali, ale działo się to już poniewczasie. Nie wszyscy świadkowie słynnej rozmowy Trumpa z Zełeńskim ugięli się pod ciężarem gróźb. Ci zeznający, ich chodź zostali później zwolnieni, pomogli w zbudowaniu solidnego materiału dowodowego. Demokratyczna Izba Reprezentantów partyjnym głosem dokonała impeachmentu. Republikański Senat prędko przeszedł do głosowania i, partyjnym głosem, „uniwinnił” Donalda Trumpa od zarzutów stawianych mu przez demokratycznych „prokuratorów”.

Działo się to wszystko na dwa lata przed wyborami. Ba, działo się to wszystko przed pandemią, kiedy szanse Trumpa na reelekcję wydawały się, mimo skandali, jeszcze solidne. Za chwilę wraz z nim o swe mandaty, i o reelekcję, mieli się ubiegać republikańscy kongresmeni. Jak analizowaliśmy poprzednio, nad dyscypliną w szeregach GOP pomagała zapanować nie tyle wiara w zwycięstwo Trumpa jesienią 2020 r., ile strach przed jego wpływem na republikańską „bazę”. Ściślej, przed jego więzią z ową bazą, podtrzymywaną przez stałą komunikację za pomocą mediów społecznościach. Zapewne gdyby senatorowie republikańscy otrzymali skądś widzenie przyszłości, tego jak potoczy się cały 2020 r. i pierwsze dni następnego, niektórzy, zwłaszcza ci walczący o reelekcję dopiero za dwa czy cztery lata, być może nie uniewinniliby Trumpa 5 lutego 2020 r. z obydwu zarzutów. Choć trudno wyobrazić sobie skuteczny impeachment, zakończony odwołaniem prezydenta, można poćwiczyć wyobraźnię i umiejscowić na fotelu prezydenckim, jak i w siodle naczelnego wodza na wojnie z nadciągającą pandemią, właśnie Pence’a.  Jak wyglądałaby Ameryka i – co za tym idzie – świat?

Skutki społeczne, gospodarcze i geopolityczne rządów Trumpa w 2020 r. nie są centralnym przedmiotem naszym rozważań. Tym niemniej skutki polityczne dla GOP były wymierne i zarazem bolesne. Republikanie stracili Biały Dom, mimo przewagi w postaci urzędującego prezydenta; nie odzyskali Izby Reprezentantów i finalnie stracili również Senat. Właśnie w tymże Senacie mieści się obecny punkt ciężkości procedury impeachmentu. Nieznaczną przewagę, inaczej niż w 2019/2020 r., posiadają w nim demokraci, co daje im możliwość przeprowadzenia faktycznego „procesu”, m. in. wzywania świadków. Otwierając procedurę, i przeprowadzając głosowanie nad impeachmentem w izbie niższej, jeszcze za kadencji Trumpa, zapewnili jej procesową ciągłość. Prawnikom byłego prezydenta trudniej będzie, choć będą to czynili, podnosić  jej bezzasadność, zwłaszcza wobec historycznych precedensów. Wspomina się przypadek XIX-wiecznego sekretarza wojny Williama Belknapa, impeachowanego w Izbie Reprezentantów już po złożeniu przezeń dymisji na ręce prezydenta Ulyssesa Granta. W Senacie większość zagłosowała za jego „skazaniem”, ale „oskarżenie” nie uzyskało 2/3 większości.

Nie może również Trump stosować swego ulubionego narzędzia „zachęty” wobec republikańskich kongresmenów, czyli Tweetera. W ten sposób hi-tech, pod naciskiem polityków, przerwało jego stałą łączność z „bazą”. W niebyt poszły konta społecznościowe jego najbardziej zapalczywych zwolenników, jak Steve Bannon. Wypadki na Kapitolu same w sobie ostudziły zapał opiniotwórczych zwolenników Trumpa na prawicy oraz pro-trumpowych dotąd mediów, nawet tych super-skrajnych. Fox News reorientując się na rzeczywistość już post-trumpową i z obawy przed procesami o transmisję dezinformacji, poczęła z wolna dystansować się od „trumpizmu”. Znowuż wiatr w żaglach poczuli prezenterzy segmentu informacyjnego, na nieco zbitych z tropu wyglądają ci z segmentu opiniotwórczego.

Ale to są okoliczności. W kreśleniu prognoz odpowiadających na pytanie, jak zakończy się „drugi impeachment” oraz związanej z nim kwestii przyszłości GOP, decydujące znaczenie będą miały pragmatyka, a więc kalkulacja i twarde liczby. W 2022 r. gra wyborcza toczyć się będzie o 14 demokratycznych i 20 republikańskich  miejsc w Senacie. Nie wszyscy spośród republikanów będą starali o reelekcję, jak choćby Rob Portman z Ohio. Oni też będą bardziej skłonni, by „skazać” Trumpa i w osobnym głosowaniu – tu do głosu dochodzi 14 poprawka – zakazać mu ponownego ubiegania się o miejsce w Białym Domu lub na Kapitolu. Tym bardziej, że zarzut próby obalenia wyników wyborczych, podżegania do ataku na konstytucyjne instytucje, celem bezprawnego utrzymania władzy wzorem Białorusi, jest dla konserwatywnych konstytucjonalistów argumentem najcięższym. W Senacie, wśród republikanów, nie ma w ścisłym tego słowa znaczeniu „trumpistów”. Są senatorowie umiarkowani, jak Lisa Murkowski i Susan Collins, jest cieszący się dużym poważaniem Romney, są wreszcie przyjaciele Pence’a i McConnella. Wszyscy oni nie mają powodu, by Trumpa lubić, co więcej, mają powody by chcieć, z wielu względów, przerwać pępowinę z „trumpizmem”.

Były szef większości McConnell zapowiedział, że nie wprowadzi tym razem dyscypliny klubowej. Senatorowie mają zagłosować zgodnie ze swym sumieniem. Jeśli nawet odejmiemy senatorów, którzy walczą o reelekcję za dwa lata, wciąż aż 30 może zagłosować za „skazaniem”. Ostatecznie do „skazania” wymagana jest większość 67 głosów. Mówi się w tej chwili o 10 republikanach gotowych na taki ruch. Krytycy są głośniejsi, bo już teraz walczą o reelekcję. Należący do nich Marco Rubio będzie walczył o nią na Florydzie, gdzie przeprowadził się tam ze swą córką Trump… A Ivanka ma ambicje. W Izbie Reprezentantów aż 10 republikanów poparło impeachment Trumpa. „Aż”, ponieważ było to najlepszy ponadpartyjny wynik w historii w głosowaniu w takiej sprawie. Nadto, umownie wszyscy zasiadający w izbie posłowie stają do wyścigu w 2022 r. W trakcie „procesu” w Senacie prezentowane będą dowody, które dostarczą niespętane tym razem agencje. One również wpłyną na stanowisko senatorów. Tych niezdecydowanych.

Wreszcie o rezultacie impeachmentu zadecyduje chłodna kalkulacja liderów GOP. Jeśli zadecydują oni o brutalnym zerwaniu z „trumpizmem”, będzie on bezlitosny. Przygoda z „trumpizmem” kosztowała GOP utratę Białego Domu, Kongresu i, pomimo relatywnie dobrego wyniku w wyborach stanowych, ok. 400 miejsc w tamtejszych legislaturach. Kosztowała reputację. „Trumpizm” okazał się trucizną. GOP o swego powstania przechodzi perturbacje tożsamościowe. Tylko w ostatnich trzech dekadach ścierała się od środka z fenomenem Pata Buchanana, którego sztandar przejął „na zewnątrz” Ross Perot. Przechodziła etapy „odrodzenia” intelektualno-ideologicznego Williama Buckley’a, neokonserwatystów pokroju Williama Kristola, potem gorączkę „tea party”, a ostatnio ofensywę „alt-right movement”. „Trumpizm” nie jest nawet ideologią, a jedynie kultem jednostki obszytym różnymi przekonaniami i destylatem społecznych frustracji. Nie ma prawa przetrwać.

Pytanie tylko, jak bolesna ma być kuracja odwykowa. Bo od tego zależy jej skuteczność.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz