Historia i dyplomacja – patrzymy w przeszłość, myślimy o jutrze!

20 stycznia 2014
Historia i dyplomacja – patrzymy w przeszłość, myślimy o jutrze! 
Paweł Nowakowski

Data, którą wybraliśmy na prezentację portalu „Historia i dyplomacja” większości współczesnych Polaków nie mówi zupełnie nic. Jeszcze kilka dni temu środowiska patriotyczne przeżywały okrągłą rocznicę Powstania Styczniowego i przypominały ofiarność jego uczestników. W tym samym czasie inni podważali jego sens i argumentowali brak realizmu, czy uleganie prowokacjom. Polska żyła sporem o powstanie. Dziś obchodzimy rocznicę Traktatu Andruszowskiego z 1667 r., który nie budzi takich sporów. Poza historykami mało kto o nim w ogóle słyszał, a i zawodowcy nie zwracają uwagi akurat na 30 stycznia. Tymczasem historia tego traktatu pozwala na istotne i żywe wnioski tym, którzy myślą o polityce poważnie, a nie jedynie w kategoriach uniesień lub doraźnych korzyści.

Czy konieczny kompromis?

Po latach walk ze Szwedami, wojny domowej na Ukrainie i wreszcie przerywanych zmagań z Moskwą, wobec wzrastającego zagrożenia ze strony Turcji, postanowiono zawrzeć rozejm z groźnym sąsiadem ze Wschodu. Dokonano tego na początku 1667 r. podpisując traktat w Andruszowie. Na jego mocy Moskwie przyznano Smoleńsk, Czernichowszczyznę i Siewierszczyznę oraz inne ziemie, stanowiące przede wszystkim lewobrzeżną część Ukrainy. Z terenów prawobrzeżnych najważniejszym rozstrzygnięciem była decyzja o zatrzymaniu przez carat Kijowa na dwa lata, dla uspokojenia sprawy kozackiej.

Podpisując rozejm Polska spodziewała się poprzez zawarty kompromis uzyskać możliwość działania przeciw Turcji. O takim sojuszu z Moskwą mówił jeden z punktów traktatu. Przekazanie Kijowa nie wydawało się specjalnie groźnym zapisem, w perspektywie rychłego odzyskania tych ziem po upływie dwuletniego terminu. W pewien sposób powstawały też nadzieje na zabezpieczenie się przed problemem kozackim, który stawał się wspólną kwestią dwóch państw.

Kompromis andruszowski wydawał się być tym, co można było uzyskać w ówczesnej sytuacji politycznej Polski. Wyniszczenie wojnami i ciągłe zagrożenie kraju z kilku stron wymuszało wybór jakiegoś kierunku w polityce zagranicznej, a zarazem chociaż tymczasowego rozwiązania problemów w innym jej punkcie. Dodatkowo, w okresie rokowań andruszowskich, doszło do tzw. rokoszu Lubomirskiego. Hetman polny koronny Jerzy Lubomirski wystąpił zbrojnie przeciw wojskom królewskim i pokonał je pod Mątwami. Zanim do tego doszło, zwolennicy magnata zrywali sejmy i utrudniali pracę ustawodawczą. Niewątpliwie wpływało to na atmosferę rozmów polskiej delegacji z Moskwą.

Sukces mierzony skutkami

A jednak trudno było uznać wynik rokowań za sukces. Z perspektywy historycznej raczej nikt już tak tego wydarzenia nie określa. Powodem negatywnej oceny rozejmu są jego konsekwencje. Do realizacji zakładanego sojuszu przeciw Turcji nie doszło. Rosjanie już nigdy nie oddali Kijowa, a jego przynależność do Rosji Polska potwierdziła w zawartym z nią w 1686 roku pokoju wieczystym.

Ponadto upadły żywe wciąż tendencje wśród znaczącej części Kozaków, by budować autonomiczne państwo w oparciu o Rzeczpospolitą. Wobec podziału Ukrainy Kozacy zwrócili się w stronę Turcji. Wszystkie nadzieje, które wiązano z zawartym kompromisem okazały się płonne. W półtora roku po zawarciu rozejmu abdykował król Jan Kazimierz, a jego następca nie okazał się politykiem wielkiego formatu.

Powstaje pytanie po co dziś przypominać ten smutny wynik naiwności i bezradności dyplomatycznej naszych przodków. Jaki jest sens analizowania dawnych kompromisów, doszukiwania się w nich elementów koniecznych i tych, które mogły się jedynie takie wydawać. Jest to pytanie zasadne, a odpowiedź na nie wyjaśnia wybór tej właśnie daty, 30 stycznia, na otwarcie naszego portalu „Historia i dyplomacja”.

Po co nam dzisiaj pamięć o Andruszowie?

Przykład rozejmu andruszowskiego zdaje się bowiem przypominać o Traktacie Reformującym Unię Europejską (Traktacie Lizbońskim). Podobnie jak w Andruszowie, mówiło się o nadziejach na wspólną politykę zewnętrzną, tym razem realizowaną w stosunku do Rosji, która przyniesie Polsce korzyści. Czasowo pozostawiono kompromisowy system głosowania w Radzie Unii Europejskiej. Zagwarantowano Polsce ograniczenie w stosowaniu Karty Praw Podstawowych. Czas kompromisu głosowań dobiega jednak końca, a zapisy KPP wprowadzane są tylnymi drzwiami. Polska polityka zagraniczna odbywa się tymczasem jedynie przy pomocy Twittera, a istotne decyzje pozostają poza wpływem Warszawy.

Z dzisiejszej perspektywy podobieństwa w okolicznościach i skutkach podpisania Traktatu Lizbońskiego do Andruszowskiego wydają się oczywiste, a położenie Andruszowa niedaleko Smoleńska jawi się jako wyjątkowo smutny zbieg okoliczności. Ale większość tych zbieżności można było dostrzec już w okresie jego negocjowania i podpisywania, ponad 6 lat temu. Tak też wówczas zrobiliśmy, a to krótkie porównanie okazało się nadspodziewanie trafne.

Perspektywa czasowa i dystans geograficzny pozwalają czasem lepiej dostrzec złożoność naszych własnych problemów i nie ulegać chwilowemu podnieceniu słusznością jakiegoś promowanego rozwiązania. Spoglądajmy więc poza nasze granice, patrzmy w przeszłość, dokonujmy odniesień do współczesności. Wówczas z pewnością będzie trudniej nam wmówić, że doraźna doktryna polityczna jest „jedynie możliwa” lub „konieczna w danej sytuacji”. Czas na to, by uświadamiać sobie, że zarówno kierowanie się dogmatyką w polityce zagranicznej, jak i nadzieją tymczasowości są zgubnymi drogami i mamy na to dowody nie tylko z własnej przeszłości.

Takie metody i cele przyświecają naszemu portalowi i z tych właśnie powodów otwieramy go symbolicznie w rocznicę Traktatu Andruszowskiego. Wszyscy dziś wspominają Powstanie Styczniowe, ale mało kto pamięta o Andruszowie. To błąd i powieleniem błędu będzie jedynie przeżywanie fenomenu „Solidarności”, przy zatarciu w pamięci mniej wyrazistych wydarzeń. Nie chcemy tych błędów mnożyć, zapraszamy więc do lektury i współpracy wszystkich, którzy również chcieliby ich uniknąć.

Dr Paweł F. Nowakowski
Autor jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie; wykłada w Akademii Ignatianum w Krakowie. Zajmuje się problematyką Dalekiego Wschodu.

Dodaj komentarz