Historia debaty o debacie

6 lutego 2016
Historia debaty o debacie 
Paweł Zyzak

Stało się. Debaty z Wałęsą nie będzie. Dyrektor IPN w Gdańsku prof. Mirosław Golon ugiął się pod presją jej przeciwników oraz Lecha Wałęsy, i wycofał się z organizacji przedsięwzięcia.

Zaczęło się tak. Skontaktował się ze mną rzeczony profesor i zapytał czy rozważę możliwość wystąpienia w dyskusji z Lechem Wałęsą. Odparłem, że rozważę i pewno się zgodzę, ale chciałbym, by uprzednio spełniono kilka moich drobnych warunków. Otóż, jako, że debata będzie połączona z widowiskiem, poprosiłem o możliwość nieskrępowanego zadawania pytań oferentowi debaty, Wałęsie.

Warunki te pokrywały się mniej więcej z warunkami, które potem prof. Golon zaproponował potencjalnym uczestnikom debaty. Były one z punktu widzenia panelistów dość atrakcyjne, co jakoś umknęło w debacie o debacie. Paneliści mieli czas na dłuższą wypowiedź, otwierali i zamykali polemikę z „legendą”. O jednym z warunków nie wspomniano wprost, ale go tam zawarto. Organizator obiecał mi, że dopilnuje, aby ani paneliści, ani Wałęsa, ani jego mityczni „esbecy”, których miał ze sobą przyprowadzić, nie sprowadzili debaty z Wałęsą do debaty wyłącznie o „Bolku”.

Czy był to tylko mój postulat? Nie musimy sobie na to pytanie już odpowiadać. IPN nie chce na tą chwilę negocjować zasad debaty z Wałęsą. Wałęsa „odmówił przyjęcia” pierwotnych. Oferował własne i optował za innym terminem. IPN stracił nerwy do dalszych negocjacji. W trakcie debaty o debacie odżył podział na „przeciwników” oraz zwolenników Wałęsy, ukrytych oraz jawnych. Wielkość „przeciwnika” mierzono skalą jego sceptycyzmu wobec debaty. IPN znalazł się w tym drugim obozie, aczkolwiek po debacie – dzięki Wałęsie – okazało się, że z powrotem jest w tym pierwszym.

Nie wiem, co sądzą paneliści – nie zwykłem wypowiadać się w imieniu całych panelów – ale ja za „bolkologa” albo „wałęsologa” się nie uważam. Zajmuję się historią najnowszą, do której Wałęsa jest jednym z kluczy. Kiedy wędrowałem po Polsce ze swymi książkami, prawie na każdym spotkaniu pytano mnie: „Czy jeśli Wałęsa zgodziłby się na spotkanie, skorzystałby pan z takiej oferty?”. „Jasne” – odpowiadałem bodaj za każdym razem. „Gotów jestem spotykać się z nim, w każdym wyznaczonym przezeń miejscu i czasie. Ja pokażę mu swoje papiery, on pokaże swoje, i będę go pytał, pytał i jeszcze raz pytał”. Bo są pytania, których nikt nie miał możliwości Wałęsie, poza panami Gulczyńskim i Wachowskim, zadać (tym bardziej publicznie) i nie dotyczą one „Bolka”. Nie wiem, czy każdy chciałby zadawać Wałęsie pytania. Mnie chciało się już przed wydaniem jego biografii. To on nie chciał.

Wiadomo, Wałęsa wciąż uprawia politykę i chyba można go nazwać super-lobbystą. Kim by zresztą nie był, nie można badać historii lat 80., nawet gospodarczej, nie wymieniając jego nazwiska. Nie moja wina, że jakieś 90% „działaczy” „pierwszego szeregu” i 40% „drugiego” poszło do polityki („trzeci” udał się na emigrację wewnętrzną bądź zagraniczną) i występują teraz w podwójnych rolach, legend i polityków. Czy mam w związku z tym zacząć badać faunę, a nie historię? Siłą rzeczy, a może nawet zrządzeniem sił nadprzyrodzonych, Wałęsa stał się wieloaspektowym podmiotem badawczym. Badacz-historyk opisujący lata 80. nie może przejść obojętnie nad „zaproszeniem od Wałęsy”. Nie może, niezależnie od tego, jaka by wiedza Wałęsy byłaby ułomna, a badacza wielka. Wiem z osobistego doświadczenia, że każda rozmowa ze świadkiem historii przynosi naukową korzyść, obojętne czy poznawczą, czy tylko porównawczą.

I oto pojawia się pierwsza od dekady, może od dwóch, okazja, żeby zadać Wałęsie kilka pytań. Wnet dzwonią do mnie znajomi i krewni i mówią, żebym nie szedł na debatę z Wałęsą, bo Wałęsa przyprowadzi „esbeków”, którzy mnie pobiją. Od moich „aniołów stróżów” dowiaduję się o budzeniu nieomal ruchu społecznego przeciwko „debacie z Wałęsą” oraz o tym, że to nie Wałęsa go zakłada. Wałęsa wciąż chciał debaty.

Niektórzy poczęli więc wietrzyć jeszcze większy podstęp. Uznali, że debata jest międzynarodową, chilijsko-polską kombinacją operacyjną. Zapytałem jednego z niezrzeszonych w panelu przeciwników debaty, skąd owo zwątpienie w debatę z Wałęsą. Otrzymałem e-mail, w e-mailu był załącznik. W załączniku znajdował się link. Kliknąwszy link, otworzyłem sekretne, acz publiczne wypowiedzi tegoż Wałęsy. W gąszczu słów wyczytałem deklarację „legendy”, że „miał agentów z tamtej strony”, że „agentów” tych „dwóch, trzech ludzi, może pięciu zabiorę ze sobą, ale tylko jako świadków, a nie jako dyskutantów”.

Wałęsa powiedział też – o zgrozo – że jest dobrze przygotowany do debaty. Ma w „rękawie” asy „czyli dokumenty, które zapewne świadczą o tym, że z SB nie współpracował”. No tak, kilka razy już takie „dowody” publikował i takich świadków przedstawiał. Włącznie z żoną. Śmiem wątpić, by kogoś wówczas do siebie przekonał lub zniechęcił. Bo nie wiem czy mamy tego świadomość, ale pomimo publikowanych od lat dokumentów, książek, świadectw i opracowań, które nam badaczom pozwalają stwierdzić dość pewnie, że Wałęsa był owym legendarnym „Bolkiem”, społeczeństwo pozostało raczej niewzruszone.

Sądzę, że gdyby zrobiono teraz sondaż, w optymistycznym scenariuszu pokazałoby się, że 50% nas dało się przekonać badaczom, a 50% Wałęsie. Lecz nawet i ta teza staje się ryzykowna. Sądzę, że gdyby nawet Wałęsa przyznał się, że był „Bolkiem”, uwierzyłoby mu 50% naszych rodaków. Niestety, szumne książki, szumne fakty nie zmieniają świadomości ludzkiej, tak jak emocjonalne impulsy i procesy. To badaczom wydaje się, że jedna, dwie, trzy książki mają moc łaski uświęcającej. Można samemu sprawdzić. Wystarczy wyjść z domu i zapytać sąsiada.

Pozwolę sobie zauważyć, że póki badacz nie zrzuci kostiumu badacza, ani jemu, ani faktom nie może się stać krzywda. Badacz dysponuje tzw. warsztatem, który strzeże jego i jego czytelników, przed pułapkami subiektywizmu. Od popularnego, ale dość ogólnego stwierdzenia: „Z faktami się nie dyskutuje” wolę swoje własne: „O faktach zawsze można dyskutować”. Fakt jest tylko cząstką nieskończonego zbioru. Historyk nie może napisać książki opartej na pięciu faktach. Musi znać ich więcej, musi znać procesy, po to, by odtwarzać ciągi przyczynowo-skutkowe. Sprawa „Bolka” jest tylko elementem życiorysu Wałęsy, elementem, na którym badacz wcale nie musi się koncentrować.

W przestrzeni publicznej debata o debacie była raczej spokojna. Jeden mainstream obawiał się o życie i zdrowie „panelistów”, drugi o to, czy Wałęsa przyparty do muru, nie będzie w stanie go przeskoczyć. W mediach dyskutanci perorowali w beznamiętny sposób: „Nie chcę ale muszę”. Ale pod spodem dyskusja była o wiele gorętsza. Dyskutując z tym samym jej przeciwnikiem spoza panelu otrzymałem poniższą wiadomość:

„Masz prawo do udziału [w debacie], ale pokrzywdzone przez niego [Wałęsę] ofiary donosów mają większe, a Twoja zgoda  je odbiera”.

Przez moment poczułem się, jak na seansie spirytystycznym w redakcji „Gazety Wyborczej”. Spirytysta mówi: teraz będą przemawiać przeze mnie głosy wielu. Niech no pomyślę. Mam prawo do udziału w debacie, ale jak się zgodzę na udział, to tak, jak gdybym skrzywdził ofiary donosów Wałęsy. Czyli, jak się nie zgodzę na debatę, nie zadam ofiarom Wałęsy dodatkowych mąk? No nie, to przecież nie może być moralny szantaż. Nie na „prawicy”.

Moim prywatnym zdaniem Lech Wałęsa skrzywdził o wiele więcej osób, niż grupa, na którą donosił. Skrzywdził setki, tysiące, a może nawet miliony osób. Spirytysta nie przypadkiem jednak wybrał okres 1970-1976. Powielamy wciąż pięcioetapowy schemat życiorysu Wałęsy: Leszka – sztacheciarza, stoczniowca – agenta, opozycjonisty – prowokatora, przywódcy „Solidarności” (?) i prezydenta „na jakiego zasłużyliśmy”. W skutek tego najważniejszy okres kariery Wałęsy, lata 80., pozostają nieusystematyzowane i nieodgadnione. Jaką politykę prowadził? Jakie były jej doraźne i długofalowe konsekwencje? Kto mu doradzał? Kto na niego wpływał? Jakie zagraniczne czynniki polityczno-finansowe prosiły go o radę i dawały swoje?

Osobiście, od bardzo dawna, bitwę o „Bolka” uznaję za rozstrzygniętą na niekorzyść Wałęsy. Ale teraz zapytałbym o coś innego. Mogę? Nie pojąłem jeszcze, dlaczego ktoś wmawia, a ktoś dał sobie wmówić, że debatować z Wałęsą należy tylko o „Bolku” i debata jako taka jest świętokradztwem albo obrazoburstwem.

Być może debata z Wałęsą skończyłaby się „zamętem” i pyskówką. Śmiem jednak twierdzić, że zamęt wokół sprawy Wałęsy istnieje permanentnie. Osobiście nie traktowałem debaty, jako okazji do udowodnienia czegokolwiek sobie, Wałęsie, środowisku elektryków, jego wrogom czy rzeszom jego fanów. Nie planowałem nikogo i niczego – żadnej prawdy przenajświętszej – bronić. Miałem i wciąż mam pytania. Jeśli ktoś ich nie miał, nie musiał przecież przychodzić. Nie musi bohatersko umierać z rąk „agentów” Wałęsy. Mógł gdziekolwiek powiedzieć Wałęsie, co myśli o nim, jego „agentach” i jego „asach”.

Wałęsa nie jest prywatnym tematem albo trofeum, ale – przepraszam za brutalny język – wciąż żyjącą szansą na wyjaśnienie kilku spraw. Nie uznaję żadnych monopolów w historii, podobnie jak nie uznaję rezerwowania sobie miejsc w kościele, jak w kinie czy w teatrze. Osobiście nie wiedziałem, jak zachowa się Wałęsa i co przyniesie. Wałęsa nie wiedział, jak ja się zachowam i co przyniosę. Miały być media, przez co Wałęsa mógł mieć opory, żeby uciec, a jego „esbecy”, żeby nas wszystkich pobić. Pozostawała jakaś niewiadoma.

Sceptycy debaty, ale i Wałęsa, zrealizowali swój cel i uchronili nas przed jej poznaniem. Wałęsa zdradził swój plan, a druga strona połączyła kropki i zdemaskowała gigantyczną pułapkę. Uff. Kiedyś na pewno będziemy jej za to dziękować. Niektórzy z nas już dziękują. Mnie proszę uznać za sceptyka sceptycyzmu wobec debaty. Albert Einstein wyjaśniał komuś kiedyś skąd biorą się odkrycia naukowe:

„Wszyscy wiedzą, że czegoś zrobić nie można. Ale przypadkowo znajduje się jakiś nieuk, który tego nie wie. I on właśnie robi odkrycie”.

Ostał się we mnie – podsycany owym nieuctwem i przekorą – skrawek nadziei, że kiedyś Wałęsa, człowiek-legenda, będzie chciał ze mną podyskutować. I kiedy już dojdzie do takiej debaty, zgodzą się na nią mainstream prawy, lewy i środkowy, pro-wałęsowy i anty-wałęsowy, bydgoski, warszawski i gdański, robotniczy, spożywczy i naukowy, obrońcy demokracji, jak i obrońcy demokratycznego rządu, wreszcie umysły chłodne, letnie i gorące. Na koniec mój krótki apel do Lecha Wałęsy: „Proszę Pana, proszę wpuścić mnie do swojej kombinacji operacyjnej i pozwolić na zadanie kilku pytań”.

Paweł Zyzak

(artykuł ukazał się w dzienniku „Rzeczpospolita” z dn. 6.02.2016 r.)

Dodaj komentarz