Groźby na Twitterze

24 marca 2016
Źródło: fusion.net

Ameryka ma wiele zalet. Mało kto o tym pamięta, zwłaszcza gdy taki Raul Castro poucza publicznie prezydenta USA. Jedną z zalet mieszkańców USA jest to, że się nie obrażają. Mogą się gniewać, żachnąć, czy oburzyć, ale nie bardzo nawet wiedzą co to jest obrazić się, w sensie strzelić komus focha czy nadąć się. Jest oczywiście czasownik „to take offense”, ale w niczym nie oddaje on naszego wschodnio europejskiego  zwyczaju.

Inną jeszcze zaletą mieszkańców USA jest, że nie „dają do zrozumienia”. Normalny pragmatyczny Amerykanin mówi wprost to, co ma na myśli. Można dać do zrozumienia (kijem czy klapsem) psu, że nie należy sikać na dywan, ale dorosłemu człowiekowi mówi się po prostu nie i dzięki temu zmniejsza się ilość niedorozumień i nieporozumień, z których mogą wynikać obrażania się. Angielskie „to give a hint” w niczym nie oddaje naszego wschodnio europejskiego  zwyczaju („bez słowa wyszedł z pokoju, czym dał do zrozumienia, że być może zwolni go z posady”).

Cały ten przydługi wstęp obyczajowo-lingwistyczny jest czysto polityczny. Od mniej więcej listopada coraz to słychać, że Waszyngton czegoś chce od Polski, że Waszyngton jest na coś zagniewany, zaniepokojony, że Waszyngton odwoła a to manewry, a to szczyty, a to nie da broni czy czegoś tam jeszcze, bo rząd w Warszawie jest be.

Nie wypowiadam się tu na temat tego, czy rząd w Warszawie jest a czy be.  Twierdzę natomiast, i to od dziesięcioleci, że nie ma czegoś takiego jak „Amerykanie uważają”: coś może uważać prezydent, co innego Departament Stanu, co innego jeszcze poszczególni członkowie Kongresu, a czasem jeszcze polityk z silną pozycją, jak przedstawiciel USA w ONZ Samantha Powers, która jest radykalniejsza w obronie Ukrainy, niż inni aktorzy polityki amerykańskiej. Władza jest konstytucyjnie rozdzielona i w różnych momentach w historii następuje przesunięcia, a nawet przepychanki między władzą ustawodawczą i wykonawczą.

Istotnym jest też, że Stany prowadzą czynną politykę zagraniczną z prawie dwustoma państwami i często nikt w Waszyngtonie może nie mieć żadnego zdania na jakiś tam temat. Na przykład czy któryś z ministrów w Polsce jest semitą czy antysemitą, czy też  ilu powinno być członków Trybunału Konstytucyjnego.  Polska nie jest priorytetem polityki amerykańskiej. Polska jest na dalekim miejscu za Indiami, Irakiem, Iranem i  Izraelem, że wezmę tylko przykłady z jednej litery alfabetu.

 Oczywiście zainteresowanie danym krajem można wywołać. Artykuły nie biorą się znikąd. To zainteresowanie „zamachem stanu w Polsce” wydaje się nieproporcjonalne do wszystkich prawdziwych zamachów, fałszowanych wyborów i wojen na świecie. Zwykle takie gęste zainteresowanie jest wynikiem lobby, jawnego lub nie.

Kiedyś, gdy byłam młodsza, a IDEE nie zostało jeszcze rozgrabione, udawało nam się przeprowadzać w Kongresie (niewiążące) rezolucje, organizować listy senatorów czy artykuły prasowe na temat Polski, Białorusi, czy Czeczeni na przykład. To nie jest trudne. Trzeba chcieć. I znać i język angielski i polityczne obyczaje w USA.

Od początku wydaje mi się, że, nie podważając autentycznego gniewu wielu uczestników, ruch protestu w Polsce jest sterowany przez niewidzialne, ale zręczne ręce. Są posunięcia (np. w polityce personalnej) i wypowiedzi (nacechowane arogancją) PiS-u które podsycają protesty, ale nie ma się to nijak do fali oburzenia w prasie anglojęzycznej, ani do atmosfery wytwarzanej na temat rządów w Polsce.

Komentarze w gazetach amerykańskich, że Stany sa niezadowolone z Polski i próbują wpłynąć na rząd by zmienił swoje postępowanie są  o tyle zadziwiające, że nie pojawiło się ani jedno nazwisko amerykańskiego polityka, który by się pod tym podpisywał. List McCaina „wyrażał zaniepokojenie”, normalny zwrot w języku polityki, ale wywołał oczekiwany skutek: obrażone i nie merytoryczne odpowiedzi.

Gdy były ambasador Daniel Fried, specjalny wysłannik Departamentu Stanu do spraw sankcji przyjeżdżał w styczniu do Polski, GW trąbiła: „Nieoficjalnie ma ostrzegać rząd PiS, by nie demontował fundamentów państwa prawa i nie dążył do konfliktu z UE…”.

Fried nie potwierdził, że przyjechał do Polski utrzeć rogów prezesowi Kaczyńskiemu. Nikt nie potwierdził, że USA nawet myśli o odwołaniu szczytu NATO w Warszawie. Nikt nie „ostrzegał” rządu w Warszawie. Należy pamiętać, że USA to poważne państwo, które nie grozi swojemu rządowi poprzez twitter Eugeniusza Smolara.

Irena Lasota

Zob: http://wyborcza.pl/1,75478,19508274,warszawska-misja-ostrzegawcza-daniela-frieda-byly-ambasador.html#ixzz43hX3yL3I

Dodaj komentarz