Grand Prix na zachętę

19 maja 2014
Eurowizja 2014. Reprezentacja Rosji (źródło: pomorska.pl)

Nie zaskoczę oryginalnością tematu. Tekst będzie o „kobiecie z brodą”, innymi słowy babo-chłopie, który ostatnio zawojował na scenie muzycznej Europę. Intuicja podpowiedziała mi, że impreza w Kopenhadze będzie częścią znacznie większego przedstawienia. I nie zawiodła.

Z tegorocznego festiwalu Eurowizji uczyniono jeden długi przekaz polityczno-ideologiczny, w którym nowomowa stanowiła tylko skąpą część elewacji. Niepokojące na tej imprezie było wszystko, włącznie z aspektem czysto estetycznym i duchowym.

Scenarzystom ewidentnie zależało na zawojowaniu zdrowego rozsądku widzów propagandowym atakiem na „stary porządek”. Sam w sobie, atak za pomocą brodatego faceta w spódnicy nie mógł być przekonywujący, bo nachalny. Jednak połączono go z atakiem na Rosję, symbolizującą jakoby „konserwatyzm” w jego brylantowej postaci. W sobotę oglądałem więc bezwstydną promocję brodacza spod znaku LGTB, z drugiej zaś, ewidentnie zaplanowaną akcję wybuczania dwóch ślicznych reprezentantek Rosji.

Jakość „konserwatyzmu” kremlowskiego można mierzyć poziomem stabilności osobowościowej Wursta. Wybór rosyjskich śpiewaczek na konkurs Eurowizji przez rodzimą komisję pewno nie różnił się zbytnio z postępowaniem komisji eurowizyjnej. Nie widzę tu stron sporu. Za scenarzystami kremlowskimi i kopenhaskimi stoi ten sam „zły duch”. Gdybym natomiast badał kulisy Eurowizji, pewno postawiłbym hipotezę, że tu i tam działały te same ręce.

Wydarzyła się bowiem historia, o jakiej śnią rosyjscy scenarzyści ze spec-umiejętnościami. Historia w sam raz nadająca się do wyświetlania manipulowanym widzom telewizyjnym: piękne Rosjanki, płciowy dziwoląg symbolizujący Antychrysta, buczenie, czyli atak zdeprawowanej Europy na dobro i piękno, niesprawiedliwa rywalizacji i krzywda wyrządzona jasnowłosej kobiecości. Przekaz, pod którym podpisałby się sam car Aleksander III.

Słowiańskie oburzenie

W polskich mediach decyzja jury z Kopenhagi wywołała oburzenie oraz iście „słowiański” patriotyzm. Czy owa, już pozasceniczna część spektaklu odbywała się tylko u nas? W krajach Europy Zachodniej miała inne oblicze, najtragiczniejsze bodaj w Austrii, gdzie wciąż katolickiemu społeczeństwu zafundowano prawdziwie „alpejską” terapię.

Rodzimy, „słowiański” patriotyzm polegał na przekonywaniu społeczeństwa, iż gdyby w konkursie głosowali sami Europejczycy, bez udziału antypolskiego jury, polski tandem Donatan i Cleo zająłby miejsce w czołówce, a nie w środku tabeli. Zapytam: a jeśliby to Polacy decydowali, kto pojedzie na Eurowizję, wysłaliby tam Donatana i Cleo? W Polsce tę dziejową decyzję podjęła jak zwykle komisja. Tym razem w składzie: Maria Szabłowska, Artur Orzech, Krzysztof Szewczyk, Marek Sierocki i Paweł Sztompke.

Oburzeni komentatorzy podkreślali, że pomylona Europa wolała babo-chłopa od zdrowych i pięknych polskich dziewczyn. Śmiem twierdzić, że występ trupy Donatana większą przysługę uczynił „pro-słowiańskiej” propagandzie Kremla i pop-neopogaństwu, aniżeli pięknym polskim kobietom czy, jeszcze lepiej, Polsce. O wartości artystycznej utworu nie wspomnę, bo ta był niemal żadna.

Witold Czamara ps. Donatan, opowiada się po stronie neopogańskiej alternatywy dla Zachodu i katolicyzmu, który zresztą za swój drugi dom uważa Rosję, stoi z LGTB i Kremlem na tej połowie boiska, bo innej dla niego nie ma. Warto zdawać sobie sprawę, że pop-neopogaństwo, LGTB-pogaństwo i postsowieckie pogaństwo, grają do tej samej bramki. Solidarnie na tym etapie walczą o zgon katolicyzmu i zindywidualizowanego człowieczeństwa.

Tak samo szanują wolę i samodzielność obywatela. Wybitnie pokazują to „separatystyczne” referenda na Krymie i w Donbasie, czy przebieg konkursu Eurowizji, gdzie „wielka piątka”: Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Francja, mają zagwarantowany udział w finale…

Skutki przebiegunowania

We wszystkich tych typach współczesnego pogaństwa różnice sprowadzają się do pewnych zewnętrznych form. Mechanizm pozostaje ten sam. Narzędzie stanowi osoba o rozdartej tożsamości, i czy to będzie uprawiająca wyuzdany okultyzm Luxuria Astaroth, czy uwięziony we własnym ciele brodacz, zależy od gustu zakulisowego demiurga. Miejscem żeru będzie też pogubiona w swoim jestestwie ludzkość.

Jak będzie wyglądał świat, jeśli się temu atakowi nie oprzemy? Nie wiem, raczej wszystko zależy od nas. Niemniej pamiętajmy, że od czasów ZSRS zmienił się on do niepoznaki. Kiedyś, w starciu biegunowym, to świat zachodni symbolizował cywilizację klasyczną i wolny rynek, a Sowiety barbarzyński i totalitarny ateizm plus niewydolny socjalizm. W latach 70. i 80. Afgańczykom czy Irańczykom, ze względów czysto estetycznych, ciężko było się sprzymierzać z komunistami. Upłynęły niespełna trzy dekady, a bieguny się odwróciły,

Teraz mocarstwa azjatyckie łączy wspólna awersja do Zachodu, jeśli nie do moralnej „zgnilizny” i ateizacji, to do swoistego kultu demokracji, która jest tej „zgnilizny” nosicielem. Jeśli nie przestraszył nas Wurst brodacz, to może chociaż widmo azjatyckiej krucjaty przestraszy.

Paweł Zyzak
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz doktorantem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się dziejami USA oraz Wielkiej Brytanii.

Dodaj komentarz