Eksodus

18 września 2015
migrants-hungary-austria-germany

„Europa powinna przyjąć więcej uchodźców i migrantów ekonomicznych – dla dobra świata i swojego” – czytamy w „The Economist”, który ostatni swój numer poświęcił problemowi uchodźców syryjskich. To tylko jeden przykład tekstu „sponsorowanego”. Tym podobne zalały całą zachodnioeuropejską prasę. Jak w tym zdaniu rozumieć pojęcie „Europa”?

„Zbyt długo Europa zamykała oczy na okropną i krwawą wojnę domową w Syrii – czytamy dalej – i próbowała odgradzać się od cierpiących rzesz ludzi”. Znowuż, o jakiej Europie mówimy? Jeśli idzie o zaangażowanie wojskowe i materialne Unii Europejskiej, czy NATO, najwięcej do powiedzenia mają największe i najzamożniejsze kraje: Niemcy, Francja, Włochy i Wielka Brytania. Jeśliby nawet Litwa postulowała obalenie kalifa Państwa Islamskiego, Bruksela, czyli Berlin uznałyby postulat zaledwie „za ważny głos w dyskusji”.

Dalej w artykule natrafiamy na zdanie, które wiele wyjaśnia: „Jako zamożne i pokojowy kontynent, otoczony wielkimi obszarami biedy i chaosu, Europa jest silnym magnesem dla wielu ludzi poszukujących lepszego życia”. Chwila. Jaki „zamożny” i „pokojowy”? Jaki „pokojowy”? Czy według elit dziennikarskich na Zachodzie, Ukraina należy jeszcze do Europy, czy już do Australii? A czy Bałkany, w tym Kosowo, są jeszcze przed Uralem czy już za? A czy państwa bałtyckie, nad którymi latają rosyjskie myśliwce i Bałtyk, po którym pływają rosyjskie statki, to jeszcze rejon Europy czy już Ocean Indyjski? Miałbym opory, by nawet kraje Grupy Wyszehradzkiej nazwać zamożnymi. Najbardziej zamożna z krajów strefy sowieckiej Estonia, ustępuje wciąż „najbiedniejszej” Grecji.

Warto przy okazji zadać pytanie czy imigranci to rzeczywiście „cierpiące rzesze ludzi”? Wydaje się, że uchodźcy wojenni stanowią w owej „wędrówce ludów” mniejszość, mniejszość stanowią nawet Syryjczycy. Wędrujący lud to – jak było napisane – imigranci zarobkowi z krajów afrykańskich oraz Azji Centralnej, młodzi mężczyźni, korzystający z okazji, jaką otwarła zachodnia polityka przyjmowania „uchodźców”.

Wiece i kontr-wiece

Zatem żniwa polityki prowadzonej przez rzeczony Berlin i ewentualnie Paryż, zbierać mają kraje, w który przeciętni obywatele żyją na skraju nędzy, kraje, w których istnieje olbrzymie rozwarstwienie społeczne, w których nie wykształciła się dotąd „klasa średnia”, a między biednymi i bogatymi rozwarła się wielka przepaść. Żniwa polityki uciekania od interwencji militarnej, czyli faktycznego ratowania milionów mordowanych chrześcijan, jazydów, kurdów i szyitów. Bruksela i Berlin wcale nie „przymykały oczu” na jakieś tam „wypaczenia” w Trzecim Świcie, ale godziły się na istny Holokaust. Tymczasem prasa austriacka i niemiecka przyrównuje decyzję rządu węgierskiego o budowie ogrodzenia przy granicy z Syrią, tamującego napływ imigrantów, do symptomów właśnie Holokaustu…

Równocześnie zachodnioeuropejskie dzienniki i tygodniki przedstawiają niemal cukierkowy obraz rozlewających się po Europie imigrantów. Piszą o tłumach przybyszów na dworcach niemieckich skandujących: „Niemny! Niemcy!” oraz o tłumach witających ich Niemców. Tylko w ostatnią niedzielę przybyło do tego kraju 13 tys. imigrantów, które wzmocniły listę już 450 tys., który przybyli od początku tego roku. Media rozpisują się o podobnie „ciepłych” przyjęciach w Hiszpanii, Danii, itd.

Wiarygodniejsza staje się kuwejcka Al-Dżazira. Stacja relacjonuje bowiem równocześnie przebieg „anty-imigracyjnych marszów” w Europie Środkowej, głównie w Polsce, ale także na „ciepłym” Zachodzie. Wspomina o tysiącach ludzi, którzy zgromadzili się w stolicach Danii i Wielkiej Brytanii, by oprotestować stanowisko swych rządów, czyli narzucony przez Brukselę-Berlin obowiązek przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu. Do podobnych protestów ma dochodzić w Niemczech, Hiszpanii, Francji, itd. Al-Dżazira wspomina o protestantach w Bratysławie i Pradze, którzy wznoszą banery z napisem: „Nie jesteście tu mile widziani”. Ale na pierwszym wymienia marsze „katolickie” w Polsce, na których skanduje się: „Islam niesie śmierć dla Europy”.

Marsze mają cechy ideowo-polityczne. W Wielkiej Brytanii hasła pro-imigracyjne znalazły się na sztandarach lewicy. Marsze sympatyków Partii Pracy wznoszą transparenty z napisem: „Refugees in, Tories Out”. Amerykanów oburzyła decyzja Baracka Obamy o przyjęciu 10 tys. Syryjczyków, chociaż na razie tylko tych „najbardziej zagrożonych”. Klucz tkwi w doborze grupy. Mieszczą się w niej na czołowej pozycji homoseksualiści, a potem ofiary tortur, samotne matki z dziećmi, ranni i chorzy oraz przedstawiciele prześladowanych grup religijnych, aczkolwiek nie podaje się jakich.

Asymilacja

Na naszych oczach odbywa się największa od II wojny światowej migracja. Wówczas przemieściło się ok. 15 mln. ludzi. Konflikt bałkański z lat 90. spowodował migrację rzędu 1,2 mln. Liczba uchodźców syryjskich ma wynieść 4 mln. lub więcej. Po raz pierwszy Europa przeżywa migrację tak wielu muzułmanów. Ma jednak spore doświadczenia jeśli idzie o muzułmanów, i to wcale nieodległe. Są to przede wszystkim doświadczenia postkolonialne Wielkiej Brytanii i Francji, zwłaszcza tej ostatniej. Problem leży w asymilacji muzułmanów, praktycznie bez znaczenia, skąd pochodzą.

Francja w ubiegłym stuleciu doświadczyła wielu fal imigracyjnych. Pod koniec XIX w. imigracji włoskiej, którą obudził werbunek taniej siły roboczej do hut lotaryńskich we wsiach włoskich. W latach 1920-1925 miała miejsce, również zarobkowa, zbiorowa imigracja polska. Polacy osiedlali się głównie na północy kraju przy kopalniach węgla. Po Polakach i Włochach, już po wojnie, przybywali Hiszpanie, Portugalczycy, Żydzi, „Jugosłowianie”, wreszcie mieszkańcy Maghrebu. Wszystkie narodowości, poza ostatnią, asymilowały się, a czasem wykazywały wręcz pęd do asymilacji.

Na prędkość asymilacji wpływa wiele czynników. W czasach recesji paradoksalnie przebiega ona szybciej. W okresie kryzysu gospodarczego lat 30. imigranci we Francji wykazywali silną wolę do asymilowania się. W okresie tzw. Trzydziestu Chlubnych Lat (1945- 1975), kiedy radykalnie poprawiły się warunki ekonomiczne, nastąpił dostrzeżono w tych grupach rozpad zdolności i woli do zasymilowania się. Niektóre do minimum ograniczały swe kontakty ze społeczeństwem miejscowym. Dotyczyło to przede wszystkim tzw. I imigracji maghrebskiej – do 1950 r. Byli to wyłącznie mężczyźni przybywający z kolonialnej Algierii. Przyjeżdżali na kilka lat, pracowali ciężko, większość swych zarobków wysyłali do rodziny.

W następnej fazie Algierczyk taki zaczynał korzystać z zarobionych pieniędzy i dostępnych dóbr – przejawiał więcej zachowań indywidualistycznych. Coraz częściej, przy okazji kontaktów ze społeczeństwem francuskim, spotykał się z przejawami rasizmu. W kraju bywał wyrzucony poza nawiać swego rodzimego środowiska. Zarobkiewicze po powrocie utrzymywali dystans wobec problemów swej dawnej grupy. Zachowywali się jak krewni na urlopie. Stawali się jednakowoż wzorcem dla młodzieży, która również pragnęła przedostać się do krainy „dobrobytu”.

Z wolna rodziła się imigracja rodzinna. Przybywały kobiety z dziećmi. Kobiety miały wszakże większe niż mężczyźni problemy z adaptacją. Z początku muzułmanki przejmowały nawet stroje francuskie. Zrzucały chusty, ale pozostawały w sukniach długich do łydki. Pod koniec lat 80. nastąpił odwrót. Kobiety powracały do chust. Rodziły się konflikty ze społeczeństwem francuskim. Życie rodzinne sprzyjało odrodzeniu się świadomości religijnej. Organizowano kursy języka arabskiego i Koranu. Organizowały je wyrastające z wolna meczety i stowarzyszenia. Odrodzenie religijne wyrażało się przede wszystkim w przestrzeganiu postu ramadanu.

Wśród muzułmanów poczęły pojawiać się roszczenia. Trudność w uzyskania urlopu w święta muzułmańskie stała się obrazą i dyskryminacją. Pojawił się lęk przed całkowitą asymilacją z kulturą francuską. Rodziny imigrantów muzułmańskich posiadały więcej dzieci aniżeli rodziny francuskie, nawet od 9 do 10 w pierwszym pokoleniu, choć liczba ta również ulega zmniejszeniu. Bogobojnemu muzułmaninowi nie wolno było poślubić chrześcijanki i odwrotnie. Dodatkowo asymilację utrudniał rozrost państwa opiekuńczego. Na obrzeżach miast powstawały więc swoiste getta muzułmańskie. Wzrastało napięcie międzykulturowe, którego zwieńczeniem były coraz częstsze zamieszki. Znamy te historie i obrazy płonących przystanków z przedmieść Lyonu czy Paryża…

 Muzułmanie, inaczej niż współcześni Żydzi, Polacy czy Ormianie, asymilują się w małym stopniu. Na dodatek kraje europejskie nie są dobrym podłożem do asymilacji. Narodami rządzą lewicowe, kosmopolityczne elity, ale w narodach, coraz bardziej wyzutych chrześcijańskiej moralności, odzywa się nacjonalizm, a nawet ksenofobia. Europa nie tworzy takich warunków do asymilacji, jakie tworzyły kiedyś Stany Zjednoczone. Zresztą nawet tam, Niemcom, Polakom, Włochom, Chińczykom czy mieszkańcom Ameryki Łacińskiej łatwiej było się rozcieńczyć w „społeczeństwie amerykańskim”, aniżeli byłoby potencjalnym setkom tysięcy imigrantów wiary mahometańskiej. Właśnie owa religia jest największą przeszkodą do asymilacji.

 Paweł Zyzak

Dodaj komentarz