Dzień sądu wyborczego

3 listopada 2020
Źródło: Wikipedia

Pośród komentatorów tegorocznej elekcji prezydenckiej w USA pojawiają się głosy, że rezultat wyborczy może się okazać życzliwy dla urzędującego prezydenta, bowiem wybory przypominają te z 2016 r. W rzeczywistości tegoroczne wybory w niczym niemalże nie przypominają tych sprzed czterech lat. Po pierwsze, tym razem wybory są swoistym referendum w sprawie Donalda Trumpa. Po drugie, Donald Trump stał się dzisiejszą Hillary Clinton.

Co o tym świadczy? Jesienią 2016 r. w wyścigu o urząd prezydencki starło się ze sobą dwoje najmniej popularnych kandydatów prezydenckich w najnowszej historii. Sztab Clintonów od początku swojej kampanii „grał” na Trumpa, który jako jedyny spośród wszystkich 16 kandydatów GOP (Partii Republikańskiej), przegrywał z byłą Sekretarz Stanu we wczesnych sondażach i dawał jej pewne, jak się zdawało, szanse na zwycięstwo. Trump ostatecznie wygrał. Zmęczone ośmioma laty rządów demokratów oraz klinczem między republikańskim Kongresem i demokratycznym Białym Domem społeczeństwo, dalej rosnące niezadowolenie z sytuacji społeczno-gospodarczej oraz nieudolność rządu na arenie międzynarodowej, wreszcie niechęć do osoby pierwszej potencjalnej Pani Prezydent, nawet w rdzennym elektoracie demokratycznym – wszystko to i jeszcze więcej sprawiło, że czarnym koniem wyborów okazał magnat deweloperski, „celebrity”, nie zaś zawodowy polityk.

System

By zrozumieć co dzieje się obecnie w USA, należy brać pod uwagę to, co faktycznie było źródłem, odpowiednio, porażki Clinton i zwycięstwa Trumpa.  W 2016 r. kandydat GOP wygrał dzięki przejęciu głosów elektorski w trzech kluczowych, także dla obecnej kampanii wyborczej, „swing states”: Michigan, Pensylwanii i Wisconsin. W Michigan Trump wygrał różnicą 10,704 głosów czyli 0,2%, w Pensylwanii 46 765, zaś w Wisconsin 22 177. Nie wchodząc na razie w szczegóły, jeśli Trump myśli o reelekcji – a ewidentnie jeszcze na nią liczy – musi i tym razem wszystkie je przechwycić. Jeśli Biden zapali niebieską lampkę tylko w jednym z nich, Trumpowi zapalą się lampki układające się w napis „game over”. Ba, Biden nie musi w owej trójce zwyciężyć. Przy sprzyjających wiatrach na Florydzie, Georgii, Północnej Karolinie i Arizonie, gdzie obecnie w stanowych sondażach prowadzi, z łatwością przebije sufit 270 głosów elektorskich.

Przyłóżmy teraz lupę do interesujących nas stanów „wahających się”. Jak i w Polsce, w USA przegrany kandydat na prezydenta zawsze znajdzie sposób, by ogłosić się zwycięzcą, czytaj, osłodzić sobie i wyborcom gorycz porażki. Każdy przecież zwycięża w jakiejś grupie wiekowej czy zawodowej, prawda? Demokraci od dwóch dekad powołują się na zwycięstwa w łącznej liczbie głosów, tzw. „popular votes”, republikanie ogłaszają się zwycięzcami w łącznej liczbie hrabstw. Oczywiście jedna i druga strona doskonale zdaje sobie sprawę, jakie są reguły i cel gry, z tego, że w systemie wyborczym USA chodzi o nic innego, tylko stanowe głosy elektorskie. No więc, w każdym „wahającym się” stanie znajduje się określona liczba „wahających się” hrabstw. I tak jak niektóre  stany z biegiem lat stają się tymi „wahającymi się”, inne przestają nimi być, o czym decyduje przepływ ludności między hrabstwami, stanami, miastem i prowincją, zmiany generacyjne, branżowe, technologiczne, kulturowe, w zamożności, itd.

Przykładając lupę jeszcze bliżej, dostrzegamy pewną stałą, a mianowicie wyborców prowincji i wsi, tzw. przedmieść i miast. Tych z przedmieść określilibyśmy mianem „wahających się”. Średnie i duża miast głosują powtarzalnie na demokratów, wieś i prowincja na republikanów, stąd często na mapie administracyjno-wyborczej stanu dostrzec możemy małe, niebieskie wysepki pływające po czerwonym, republikańskim morzu. Walka wyborcza polega zarówno na mobilizacji swojej bazy w „lojalnych” hrabstwach, jak i uzyskaniu przewagi w hrabstwach „wahających się”. Przykładamy lupę do przedmieść i dostrzegamy „wahającą się” grupę. Są to białe kobiety, które w odróżnieniu od białych mężczyzn, decydują na kogo owe przedmieścia pójdą i ostatecznie zagłosują.

Właśnie owe białe kobiety w 2016 r. zadecydowały o wyborze Donalda Trumpa.

Różnice

Ogólnokrajowe sondaże w przypadku USA bywają w ostatnich dekada wyjątkowo zwodnicze. Nawet tak duża przewaga, jaką Biden obecnie utrzymuje od lata nad Trumpem – 54% do 43% – nie gwarantuje mu niczego. O rezultacie wyborczym nie decydują przecie „popular votes”. Hillary Clinton wygrała z Trumpem 3 mln. głosów. Podobnież wyniki badań zaufania społecznego stanowią zaledwie pewną informację. 51% badanych zdradza życzliwy stosunek do Bidena, kiedy 47% negatywny. W przypadku Trumpa, 59% badanych ocenia go źle, w tym aż 48% skrajnie negatywnie, za to tylko 39% ma doń pozytywny stosunek. Czy to przekłada się na ich szanse? Minimalnie. W tym miejscu musimy odczytać pierwszą wyraźną różnicę między 2020 r. a 2016 r. Wówczas Trump i Clinton solidarnie cieszyli się, przekraczającym połowę, podobnym odsetkiem ocen negatywnych.

Kolejna różnica. Republikanie w rzeczywistości dawno już stracili swą przewagę wśród ludności z przedmieść. W 2016 r. wynosiła ona jeszcze 1,2 mln. O tym, iż była kluczowa, rozprawialiśmy. W 2018 r. demokraci mieli już 2 mln. przewagę. Zatem nie dość, że odrobili straty, uzyskali sporą „górkę”. Właśnie wówczas, podczas „midterm elections”, gdy demokraci odzyskali Izbę Reprezentantów, objawiło się, że znajdują się na fali wznoszącej, która niesie aż do dziś. Zatem zawczasu rozbrójmy mit, iż pandemia przeszkodziła w nieuniknionym zwycięstwie Trumpa jesienią 2020 r. Ale to nie wszystko. W związku z tym, że czoło owej fali wcale nie maleje, i demokraci przejmują dzielnice przedmieść Houston, Dallas, Atlanty czy Indianapolis, mają dziś sporą dużą szansę przejąć i Senat. Republikanie, inaczej niż w 2018 r., bronią tym razem 20 miejsc, zaś poważnie zagrożonych jest… 12. Ich aktualny stan posiadania w Senacie to 53 fotele.

W 2016 r. większość komentatorów zgubiło lekceważenie wyrównanych wyścigów w poszczególnych stanach wahających się. Upajano się ogólnokrajowym prowadzeniem Clinton i delektowano kolejnymi wpadkami sztabu Trumpa. Biden może aktualnie pochwalić się stabilną przewagą w Pensylwanii, Wisconsin i Michigan. W stanach, o które toczy się gra.  W innych „wahających się” prowadzi z mniejszą przewagą lub minimalnie przegrywa, ale to Trump musi wygrać we wszystkich. W najbardziej dla tego ostatniego optymistycznym scenariuszu powtórzy swój wynik z 2016 r., w najgorszym odniesienie najgorszą przegraną dla republikańskiego kandydata od Thomasa Dewey’a, kandydata GOP w 1944 r., a więc w okresie II wojny światowej. Przy aktualnych sondażach Biden otrzymałby ok. 330 głosów, Trump ok. 200.

Zmieniły się również priorytety zwłaszcza dla elektoratu republikańskiego. O ile jednym z pierwszych przed czterema laty była kwestia uzupełnienia składu Sądu Najwyższego, aktualnie jedynie 3% przywiązuje doń centralne znaczenie. Jeśli idzie o sztandar wyborczy Trumpa – kwestię imigracji – jedynie 2%. Rzecz, na której Trump próbował odbudować swoją pozycję w tym roku, gdy poniósł porażkę w zarządzaniu kryzysem pandemicznym – prawo i porządek publiczny – 7%. W jednej tylko wiodącej dla republikanów kategorii Trump utrzymał przewagę nad Bidenem, w podejściu do spraw gospodarczych. Wynosi ona 53% do 47%, Trump aczkolwiek przegrywa w kwestii zasadniczej teraz dla ogółu, zwłaszcza dla osób powyżej 65 roku życia, a więc tradycyjnej bazy republikańskiej, 59% do 41%. Do tej grupy elektoratu Trump niezmiennie wysyła mało atrakcyjny przekaz: „po trupach dla ratowania gospodarki”. A to właśnie seniorzy, obok białych kobiet, zadecydowali w 2016 r. o jego zwycięstwie nad Clinton. Biden prowadzi wśród seniorów w przededniu wyborczym 52% do 46%, utrzymując gigantyczną przewagę wśród wyborców poniżej 35 roku życia rzędu 56% do 37%.

Zwolennicy sprawy Trumpa powołują się często na tzw. „silent majority”, która w dniu wyborów pójdzie i masowo zagłosuje na swojego przedstawiciela. Mają to być ci, którzy nie przyznają się w sondażach, iż chcą nań głosować. Wstydzą się lub boją. Nawet liberalne media wydają się poddawać hipnotycznemu urokowi tej hipotezy, mając w pamięci nauczkę z 2016 r. Jest to wszakże hipoteza ryzykowna. Rekordowa frekwencja pokazuje, że zmobilizowały się przede wszystkim masy elektoratu demokratycznego oraz wyborcy, którzy wcześniej nie głosowali. Według sondażu USC pośród „wcześniej głosujących, zarówno tych osobiście, jak i korespondencyjnie, Biden prowadzi 64% do 32%.

Odsetek wyborców niezdecydowanych na ostatniej prostej, dzięki wysokiej polaryzacji, był tym razem mniejszy niż zwykle. Nie warto natomiast lekceważyć irredenty w elektoracie zarejestrowanych republikanów, zwłaszcza wśród wspominanych kobiet, którzy wstydzą się lub boją przyznawać, że głosować będą na Bidena…

Powyborcze rozstrzygnięcia

Trump miał szansę zostać Georgem Bushem zagrożenia pandemicznego. Odwrócić najgroźniejsze dlań trendy. Pandemia całkowicie usunęła z debaty publicznej sprawę impeachmentu i innych skandali, w tym mało obyczajnego prowadzenia się w przeszłości oraz związków z Epsteinem i Maxwell, dzięki którym na ustach wielu języków stał się współczesnym Billem Clintonem. Już teraz wiemy, że nie dość, że jako urzędującemu prezydentowi, nie dość, że nie udało mu się niczego zatrzymać, przez 4 lata nie wyrósł poza żelazny republikański elektorat nawet na zauważalną dla oka chwilę.

W noc wyborczą dynamika zmian rezultatów jest trudna do przewidzenia. W zależności od stref czasowych czy systemu liczenia głosów w poszczególnych stanach, ich tempa, ale i kolejności liczenia głosów, będą one przechodzić z rąk do rąk. Przykładowo na Florydzie, gdzie zlicza się wpierw głosy korespondencyjne, potem zaś osobiste, z początku zdecydowanie prowadził będzie kandydat demokratów, po czym jego przewaga będzie maleć. Ostatecznych wyników nie poznamy nawet, jak bywało to zwykle, rankiem następnego dnia. W niektórych stanach, jak w Pensylwanii zliczanie może potrwać nawet do 6 listopada. Wreszcie pamiętajmy, że wiążące dla systemu głosowanie, czyli elektorskie odbędzie się dopiero 20 grudnia, a i tegoż rezultatu, w razie niewielkiej różnicy w tychże głosach, pewnym być nie można.

Co jest niemal pewne? Ponieważ Trump poinformował swoich wyborców, że de facto uzna tylko zwycięski dla siebie wynik wyborczy, stany przygotowują się ogólnokrajowych protestów, a Biały Dom… na oblężenie. W ostatnich dniach otoczono go dodatkową warstwą ogrodzenia. W Michigan, Pensylwanii i Wisconsin, a może i na Florydzie, i w innych „wahających się” stanach, Trump pójdzie do sądów, co okrasi narracją o fałszerstwie wyborczym. W 2016 r. nie pozwolił Clinton nacieszyć się nawet 3-milionowym zwycięstwem w „popular votes”, oskarżając o kradzież tegoż nielegalnych imigrantów.

Motywuje go do tych działań zarówno bogate w procesy portfolio, obfitujące w ponad 4 tys. spraw sądowych, służących zwykle obstrukcji czy unikaniu płacenia wierzytelności, jak i rysująca się przed nim raczej niełatwa sytuacja prawna w chwili wygaśnięcia immunitetu. Nie znajdzie się w sytuacji ustępującego Nixona, skazanego na łaskę następcy z tego samego obozu politycznego. A owa imponująca wielotysięczna liczba spraw sądowych została w czasie jego prezydentury uzupełniona o kolejne, m. in. dotyczące związków jego sztabu z Kremlem, malwersacji środków  kampanijnych, pieniędzy za milczenie dla gwiazdy porno, ponad 20. oskarżeń o molestowanie, itd., zaś przez najbliższe kilka lat musi oddać prywatnym wierzycielom jakieś ponad $400 mln., natomiast państwu, najpewniej zwrócić ponad $70 niesłusznie odpisanych sobie podatków.

Zapowiada się gorąca zima.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz