Dynastia Bushów

26 czerwca 2015
Dynastia Bushów 
Paweł Zyzak

Przyszły polski prezydent spotkał się niedawno w Warszawie z Jebem Bushem, który odwiedził kilka stolic europejskich. Wkrótce potem Bush ogłosił swą kandydaturę, na razie w przedbiegu nominacyjnym, do przyszłorocznych wyborów prezydenckich w USA. Wizyta pokazała, że Bush i elity europejskie czują do siebie przysłowiową miętę.

Tournée Busha stanowiło naturalnie element kampanii wyborczej. Jego sztab wykorzystał dość skuteczny zabieg, przynoszący zwykle efekt podobny do sondaży. Polityk pokazuje się w roli męża stanu, prezydenta-elekta, kojąc obawy wyborców o to, czy podoła zadaniu kierowania globalnym mocarstwem. Pokazuje się w roli zwycięzcy.

Podróż taką w lipcu 2008 r. odbył na pokładzie samolotu oznakowanego hasłem Change Barack Obama. Wypominano Obamie – a rywalizował z niezwykle aktywnym na scenie międzynarodowej, Johnem McCainem – brak doświadczenia w polityce zagranicznej. Wyprawa do Europy, zdjęcia wiwatujących tłumów, shake handy z ważnymi osobistościami i politykami, okazały się kapitalnym posunięciem. Bogiem a prawdą, doświadczenia takiego nie miał przed 2000 r., ani nawet szerszej wiedzy o zagranicy, George W. Bush. W przypadku Busha działał inny efekt, efekt „prezydenckiego” nazwiska.

Jeśli idzie o wspomniane sondaże, wejście Jeba Busha do rozgrywki przemeblowało ranking republikańskich kandydatów. Bush stanął na jego czele i wciąż w nim zyskuje. Wedle sondażu przeprowadzonego na zamówienie NBC New i „The Wall Street Journal” w dniach 14-18 czerwca, już po ogłoszeniu startu przez Busha, jak i Donalda Trumpa, aż 75% wyborców republikańskich – w USA rejestrują się oni dobrowolnie – oświadczyło, że być może zagłosuje na Busha. 22% oświadczyło, że tego nie uczyni.

Największy rywal Busha, bo za takiego należy uznać senatora z Florydy, Marco Rubio – a Floryda to przecież bastion Jeba, który przez dwie kadencje pełnił tu urząd gubernatora – ma wciąż lepszy odeń wynik. Innymi słowy, Rubio cieszy się dużą sympatią i małym „elektoratem negatywnym”. Jedynie 15% republikanów wykluczyło, że będzie nań głosować. 74% wcale tego nie wyklucza. Następny w rankingu jest Scott Walker, gubernator Wisconsin, który w lipcu ma ogłosić swą kandydaturę. Najmniej popularnym w elektoracie republikańskim, jest zarazem względnie najbogatszy kandydat, Donald Trump. Jedynie 32% republikanów mogłoby oddać na niego głos i aż 66% nie dopuszcza takiej opcji.

W sondażach publikowanych przez stacje telewizyjne i prasę dotyczących obaw, jakie wiążą się z wyborami, najczęściej pojawia się obawa, iż po wyborach wzrosną wpływy wielkich banków i korporacji oraz najbogatszych. Trump chcąc nie chcąc kojarzony jest z takimi siłami. W GOP jest natomiast duży odsetek tzw. „social conservatives”. Jeśli idzie o Busha, wpływy te pozostają bardziej w cieniu, co jest i cechą charakterystyczną „klanu” Bushów, i sporą jego umiejętnością w maskowaniu i dyskrecji.

Na czym to maskowanie polega? Już teraz głośno się mówi o tym, że Bush jest w stanie zgromadzić największe pieniądze na kampanię w 2016 r. Skąd je, i od kogo weźmie? Nawet media liberalne nie są skore, by sporządzić taką listę. Zwyczajnie nawet media liberalne też mają swoich właścicieli i sponsorów…

„Wojownicy” i „handlarze”

Jedno jest pewne. Jeb Bush idzie na ratunek staremu establishmentowi partyjnemu, przerażonemu wizją prezydenta spoza głównego nurtu. Podobnie, jak jego ojciec, który w 1980 r. rywalizował z konserwatywnym Reaganem, reprezentuje liberalne skrzydło partii. Ponoć partyjni liberałowie długo pielgrzymowali do Busha na Florydę, zanim przekonali go do startu wyborczego. Nie tylko oni pielgrzymowali.

Pielgrzymowały również, wspomniane, siły związane z sektorem bankowym i naftowym, potężniejsze niż sami politycy. Rodzina Bushów ma związki z jednymi i drugimi. Nie będziemy kreślić biografii George’a H. W. Busha, by jednak nie wpaść w koleinę pustosłowia wspomnijmy, że Bush jest twórcą potentata naftowego Zapata Offshore, a także byłym prezesem First National Bank oraz członkiem przeróżnych gremiów polityczno-finansowych powiązanych z Wall Street.

Wywodzi się wszakże ze potężnego środowiska nafciarzy, zwanego przed laty „worriors”, grupy kilkunastu potężnych rodzin z Teksasu i Południowej Kalifornii, „odwiecznie” rywalizującej z „traders” – handlarzami – elitami finansowymi Wschodniego Wybrzeża, m. in. Rockefellerami. Związki te tłumaczą dość wojowniczą naturę prezydentur Bushów.

Sektor naftowy, zwłaszcza ten, był od lat 50. bardzo ściśle powiązany z wywiadem amerykańskim. Ekspansja nafciarzy po II wojnie światowej w Zatoce Meksykańskiej czy na Bliskim Wschodzie, tworzyła przed CIA mosty dla realizacji celów w krajach o rosnącym znaczeniu strategicznym. Nafciarze dostarczali informacje, CIA pomagała negocjować kontrakty. Ba, CIA zakładała własne firmy naftowe.

Tu wracamy do „Busha seniora”. Historycy i amerykańscy dziennikarze śledczy dowodzą i przekonują, że już w latach 50. został ów zwerbowany do CIA przez szefa agencji, Allana Dullesa. Zatem, zanim w styczniu 1976 r. Bush został szefem agencji, a po roku przestał nim być, z woli związanego z „handlarzami” Cartera, przez niemal dwie był pracownikiem wywiadu.

Czyniłoby to z Busha jedynego człowieka służb w XX w., który został amerykańskim prezydentem. Bush swego najstarszego syna, później prezydenta, chowała na tę samą modłę, bardzo wcześniej wprowadzając „W” w arcana tych powiązań i interesów. Owa socjalizacja, kształtująca specyficzną mentalność, tłumaczyłoby wyjątkową sympatię, jaką „Bush junior” darzył Putina, a która tak rozsierdziła senatora McCaina.

Dla owych potężnych sił, Rubio czy Cruz, kandydaci „tea party”, młodzi, idealistyczni, nieco spontaniczni i nie mający politycznego bagażu czy osobliwych powiązań, zagrażają statusowi quo. A statos quo w przeszłości potrafiło niszczyć, w imię swych interesów, nawet prezydentów USA. Rubio jest współczesnym Nixonem czy Reaganem. Nawet tak silne osobowości stawały jednak w końcu z dylematem. Nixon swego czasu odrzucił hojną podpowiedź mianowania „Busha seniora” wiceprezydentem, Reagan już tego nie uczynił…

Latynoski łącznik

Jak wiadomo George W. Bush, nie jest już w USA popularny, głównie ze względu na niefrasobliwie poprowadzoną wojnę i okupację w Iraku. W znaczącym stopniu przyczynił się do wielkiego kryzysu ekonomicznego z 2008 r., a zatem i objęcia prezydentury przez Obamę, który nie tylko spotęgował światowy chaos, ale obniżył autorytet urzędu i okazał się zupełnie powolny, dla odmiany, wobec środowisk Wall Street. Wszyscy odczuliśmy konsekwencje polityki „Busha juniora”, ale większej awersji do niego w Polsce niema. Bardziej się u nas nie lubi Obamy. Moim zdaniem niesprawiedliwie.

Zwyczajnie rządy Busha przypadły na „aferę Rywina”, zwycięstwo PiS i Lecha Kaczyńskiego, kiedy Polska próbowała odgrywać rolę podmiotu na arenie światowej, a rządy Obamy na „czasy saskie” PO i Bronisława Komorowskiego, kiedy staliśmy się popychadłem państw ościenny. Jak mówi pruska zasada: wojnę wywołuje państwo słabe, które prowokuje swoją słabością silniejszego. Mniej więcej dlatego za rządów SLD mieliśmy „więzienia CIA” i nieudany „offset”, za rządów PiS „tarczę rakietową”, a za PO „katastrofę smoleńską”.

Po prostu tego, iż „republikanizm” Bushów, nie różni się zbyt wiele od „demokratyzmu” Obamy, a różnice – dla świata – sprowadzają się, w uproszczeniu, do sporów między „worriors” i „traders”, nie odczuliśmy, bo dopiero odczujemy.

W Ameryce prezydenturę „Busha juniora” postrzega się jako przedłużenie rządów Georga H. W. Busha z lat 1988-1992. Nam zaś „Busha seniora” wolno uważać za największą, wśród amerykańskich prezydentów, zmorę Polski jaka nam się przytrafiła od 1918 r., stojącą w parze z Franklinem Rooseveltem. Jeden i drugi „zdradził” i „oszukał” polskie społeczeństwo, traktując je, jak niskiej wartości przedmiot. Za obydwu odbyły się katastrofalne dla narodu „transformacje”, kończące się utratą przez Polskę suwerenności. Roosevelt zezwolił na grabież terytorium, Bush na grabież polskiego majątku narodowego.

George H. W. Bush, zanim rozpostarł parasol ochronny nad majątkiem, interesami i wpływami postkomunizmu, podjął się reżyserii przebiegu transformacji politycznej i gospodarczej. Podjął się z pasją, nie stroniąc od zastraszania – już i tak bojaźliwych – przedstawicieli „konstruktywnej” części opozycji i wspierania wycinki „ekstremalnej” części opozycji.

Bush czy Reagan?

Jeb Bush jest doskonałym kandydatem „na Rubio”. Poza pieniędzmi, rodzinnymi wpływami w świecie i w Europie, przynosi z Florydy jeszcze jeden atut. O Laurze, żonie George’a, starszego brata Jeba i pierwszej damie, mówiło się, że jest jego osobistym atutem. Żonę Jeba należałoby nazwać atutem całej partii. Columba Bush jest z pochodzenia latynoską, którą Jeb poznał „wycieczkując” w latach 70. do Meksyku. Wspólnie wychowali trójkę dzieci, z silnymi latynoskimi rysami. Bush staje się tedy politykiem atrakcyjnym dla potężnego elektoratu latynoskiego, strategicznego dla wyborów w 2016 r..

Columba jest dość typową żoną przedstawiciela z klanu Bushów. Podobnie jak Barbara i Laura, nie interesuje się polityką, a zajmuje głównie domem i rodziną. Media amerykańskie żartują, że jest zaprzeczeniem Claire Underwood, partnerki życiowej głównego bohatera serialu House of Cards. Claire o wiele mocniej przypomina… Hilary Clinton, małżonka swego męża, czyli Billa Clintona.

Jeśli się Jebowi w prawyborach powiedzie, Columba w pierwszym rzędzie pomoże mu odwojować Florydę. Stan należy do południowych „swing states”, czyli przeskakujących raz to na stronę GOP, a raz na stronę Partii Demokratycznej. W wyborach w 2000 r. Floryda – dosłownie – zaważyła na zwycięstwie wyborczym George’a Busha. Jeb był naówczas świeżo upieczonym gubernatorem stanu, co na pewno starszemu bratu pomogło.

Jeb startuje z uprzywilejowanej pozycji partyjnego „moderate”. Daje mu to nominalną przewagę nad innymi kandydatami GOP, bo, znów upraszczając, „centrum” na niego zagłosuje, a „konserwatyści” nie będą mieli w końcu wyjścia. Jest to pogląd już zużyty i – moim zdaniem – nieprawdziwy. Amerykanie, polityków z charyzmą, wyrazistych, cenią sobie nie mniej od kandydatów nijakich czy „umiarkowanych”.

Uśmiechnięty, pewny siebie i bogobojny Reagan sprawdził się, jako kandydatem „na” bogobojnego, ale niepewnego siebie Cartera, skryty i nijaki „Bush senior” okazał się kandydatem „ledwo, ledwo” na Dukakisa i fatalnym na „świeżego”, sympatycznego Clintona. „Kowbojski”, swojski, bo „były alkoholik”, George W. Bush okazał się kandydatem „o włos” na Gore’a, dalej, liberalny w kwestiach światopoglądowych McCain za słabym na „lewackiego” Obamę, podobnież jak lawirujący, umiarkowany Romney. Może tym razem, dla odmiany, kogoś konserwatywnego?

Zwyczajowo chcę studzić zapał i zetrzeć się z fałszywym przeświadczeniem, że „każdy republikański prezydent będzie lepszy od Obamy”. Partia Republikańska, w skrócie GOP, jest partią starą i dużą. Skupia dziesiątki nurtów, organizacji, grup, itd. W Kongresie reprezentują je bardzo ciekawe twarze, a szeroka ławka kandydatów – od prawa do centrum – mówi o jej sile. Jednakże i tutaj działają potężne grupy interesów, dla których słowo „wartości” bez członu np. „indeksów”, staje się niezrozumiałe.

Nie oznacza to, że jeśliby zwyciężył Jeb Bush polski rząd i prezydent winny oziębić stosunki z Ameryką. Powinni być ostrożni – tyle i aż tyle. Powinni zakładać nawet, że czwarta kadencja Bushów może być swoistą reinkarnacją czwartej kadencji Roosevelta. Jeśli natomiast życzymy sobie w USA prawdziwej zmiany, a nie status quo, musimy kibicować współczesnym Reaganom, czyli Rubio czy Cruzowi. Nie zaś następnemu Bushowi, co do którego winniśmy czuć sentyment…

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz