Doktryna i doktrynerzy

4 maja 2014
Przemówienie gen. Kozieja (źródło: Buiro Bezpieczeństwa Narodowego)

„Dzisiaj nie grozi nam konflikt zbrojny. Ale jutro, pojutrze, za rok, za dziesięć? Im dalej sięgamy pytaniem w przyszłość, tym mniej zasadną byłaby odpowiedź uspokajająca” – powiedział w kwietniu 2013 r. Stanisław Koziej, człowiek, który stoi na czele polskiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Nie dowiemy się chyba, czy owo „dzisiaj” według Kozieja wciąż trwa czy stało się już „wczoraj”. Szef BBN podzielił się taką opinią z czytelnikami „Rzeczpospolitej” w środku manewrów rosyjsko-białoruskich „Zapad 2013”, trwających przez niemalże cały 2013 r. Jak wiadomo, służyły „wymanewrowaniu” Polski, bowiem żołnierz rosyjski ćwiczył atak na polskie imperium rządzone przez PO.

Doktryna Komorowskiego

W tymże kwietniu 2013 r., podczas debaty zorganizowanej przez Fundację im. Kazimierza Pułaskiego, Stanisław Koziej uspokajał społeczeństwo „doktryną Komorowskiego”. Jej szczytne i przebiegłe zapisy przewidywały wzmacnianie potencjału obronnego Polski, ale jej „istotnym elementem jest również aktywność na forum międzynarodowym” – mówił Koziej. Uspokajanie ludzi powiodło się. Nie przeszkodził mu nawet Romuald Szeremietiew, przestrzegając, że ZBiR szykuje się do napaści.

Rosjanie rzeczywiście napadli, ale Ukrainę, wywołując w lutym 2014 r. „kryzys krymski”. Ponownie przećwiczyli desant i inwazję, lecz tym razem nie na białoruskich manekinach, ale na żywym organizmie. W odpowiedzi BBN ogłosił… „doktrynę Komorowskiego”. Nie listę dokonań, nowych jednostek, broni, umocnień, etc., ale doktrynę z iście chińskim kluczem, dla państwa, które swe dzieje rozpatruje w perspektywie stuleci, a nawet tysiącleci. W lutym 2014 r. dla Kozieja nie minęło jeszcze „dzisiaj”.

Jak się miewa „doktryna marszałka Komorowskiego” obecnie? Dobre pytanie. Rosjanie realizują obecnie na Krymie i wschodzie Ukrainy scenariusz, który ćwiczyli przy granicy z Polską w 2009 r., scenariusz tłumienia wywołanej przez Polaków rebelii oraz walkę z „grupami dywersantów” złożonych z mniejszości narodowych. Tyle, że Polaków odgrywają Ukraińcy oraz krymscy Tatarzy.

Nowa Zimna Wojna

Jeśli idzie o doktryny, swoją własną na użytek Zachodu napisał Edward Lucas, brytyjski dziennikarz, znawca historii ZSRS i Rosji. Pierwszym krokiem w kierunku zwycięstwa w, jak mawia, Nowej Zimnej Wojnie, „jest zaakceptowanie tego co właśnie ma miejsce”. Wojna toczona jest z państwem, w którym „jednostka jest środkiem do celu, a nie nosicielem niezbywalnych praw”, w którym „media stanowią instrument władzy, a nie ośrodek ich powściągania”, w którym „społeczeństwo obywatelskie jest instrumentem konsolidacji, a nie bogacenia się”, w którym nie obowiązują prawa człowieka, wreszcie w którym polityka zagraniczna jest wyłącznie narzędziem realizacji „narodowego interesu”. Jest to reżim autorytarny, pan i władca swoich obywateli, łamiący swe obietnice tak wobec nich, jak i wobec obywateli Zachodu.

Według Lucasa UE powinna wyzbyć się swych uprzedzeń względem USA. Zachód, prowadząc interesy z Rosją, winien wiedzieć, że biznes jest dla Kremla elementem polityki zagranicznej. Kupno taniej energii i paliwa od „nieprzyjaciela”, jak choćby budowanego na gruzach Jukosu, w 75% kontrolowanego przez reżim Rosneftu, jest złym interesem. Lepszym jest inwestowanie np. w terminale skroplonego gazu ziemnego. Ciężko jest Lucasowi pojąć powody uczestnictwa Rosji, łamiącej przecie prawa człowieka, w grupie G8. Tym bardziej, że nie trafiły do niej zamożniejsze Brazylia, Indie czy Chiny.

„Rosyjski neo-imperializm – pisze Lucas – nie może zyskać nawet cala [obcego] terytorium. To nasz podstawowy cel”. I dalej: „Kraje takie jak Estonia, Gruzja czy Mołdawia mogą się zdawać zbyt mało znane, zbyt odległe, lub nieistotne do obrony”, jednakże „najbogatsze i najsilniejsze wolne kraje powinny teraz, wobec zagrożenia rosyjskiego, wesprzeć te mniejsze”.

Lucas nie jest zwolennikiem nakładania sankcji na Rosję. W jego opinii zamkną one kraj i jeszcze bardziej wyizolują społeczeństwo. Łatwiej będzie byłym KGB-owcom, którzy opanowali Kreml, szerzyć wśród Rosjan paranoje oraz bałamucić treściami anty-zachodnimi.

Doktryna Tuska

Teraz zagadka. Z którego roku jest „doktryna” Lucasa? Jego książkę, zatytułowaną zresztą: The New Cold War, przywiozłem z USA w 2009 r., a wydania został rok wcześniej, w roku 2008. Nie była pierwszą i była i jest jedyną publikacją, w której pojawiły się podobne tezy. Lecz czy jakiś ważny polityk dzięki niej zmądrzał lub się ocknął?

Na pewno nie napinający teraz swe struny głosowe Frank Stenmeier, Minister Spraw Zagranicznych w rządzie Angeli Merkel. Jako „prawa ręka” Gerharda Schrödera, a od 2005 r. po raz pierwszy jako szef MSZ, dzielnie zwalczał pomysł instalacji „tarczy antyrakietowej” w Polsce i w Czechach. W dziele tym, po 2007 r. pomagały mu władze Polski, wyznające „doktrynę Tuska”.

„Doktryna Tuska” polegała na pacyfikowaniu słowa „wojna” w zarodku i zastępowania go np. słowem „miłość”, ale przede wszystkim na rozkładzie polskich sił zbrojnych i polityki historycznej, odpowiedzialnej za społeczne morale.

W 2010 r. „doktryna Tuska” zamieniła się w „doktrynę Donka”. Osobiście, po „katastrofie smoleńskiej”, podjudzał społeczny strach przed Rosją i wojną, równolegle strasząc Polaków wojennymi zapędami opozycyjnego PiS-u. Ważnym elementem „doktryny Donka” były iście kommodusowe „Euro”- igrzyska. Politycy partii „Donka”, aż do momentu rozpoczęcia manewrów „Zapad 2013” przekonywali, że spokój od wojen mamy „załatwiony” na najbliższych kilka dekad, a dowodem tego są szczery uśmiech „Donka” i wiotkie ruchy „Radka”.

W 2012 r. rzeczony „Donek” prawił z mównicy sejmowej tak:
„Tak naprawdę przez te pięć lat i także na najbliższe kilka lat, jeśli będę miał taką możliwość, będę miał tak naprawdę jeden cel i jedno marzenie, bo mam wrażenie, że to są te cele i te marzenia, być może małe, być może przyziemne, które mają zwykli Polacy. Bo ani robotnik, ani sprzedawca, ani student, ani kucharka, ani nauczyciel, ani ja nie marzymy ani o wielkich zwycięskich wojnach, które w naszej historii częściej kojarzyły się i kończyły się porażkami. Nie jesteśmy nasyceni jakimś wielkim narodowym mesjanizmem. Nie szukamy na siłę okazji, żeby znowu składać jakieś wielkie ofiary. Nie chcemy niczego na siłę światu udowadniać”.

Walczyć za kucharkę, malarza i kominiarza pojedzie więc teraz „Donek”. Dostanie do łapy karabin, amunicję i pancerz, a na głowę kask. Ubierze się go w najlepiej skrojony garnitur i włoży podświetlany zegarek z kompasem. Natomiast koncepcyjnie chroniła go będzie „doktryna Komorowskiego”, a ofensywę lub defensywę poprowadzi strateg i generał, Koziej.

Paweł Zyzak
Autor jest absolwentem historii na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz doktorantem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się dziejami USA oraz Wielkiej Brytanii.

Dodaj komentarz