Doktryna deeskalacji

18 czerwca 2021

W środę, 19 maja Joe Biden odbył czwartą w krótkim odstępie czasu rozmowę z premierem Benjaminem Netanjahu. Miał go poinformować, że oczekuje odeń natychmiastowej „znaczącej deeskalacji” konfliktu palestyńsko-izraelskiego i podjęcia działań w kierunku zawieszenia broni. Usłyszał w odpowiedzi, że rząd Izraela jest „zdeterminowany, by kontynuować operację [militarną] do momentu, aż osiągnie swe cele”. Tak przynajmniej brzmiał komunikat prasowy. Biden zaangażował się w wygaszanie konfliktu pod naciskiem społeczności międzynarodowej, ale owo literalne zaakcentowanie oczekiwań wobec strony Izraelskiej to efekt nacisków z wnętrza własnego obozu politycznego. Ponad 130 członków Izby Reprezentantów z ramienia Partii Demokratycznej wystosowało do prezydenta list, w którym wezwali go do „natychmiastowego zakończenia przemocy” w Palestynie. W nocy z czwartki na piątek pomiędzy stronami rządem konfliktu, Izraelem i Hamasem, zaczął obowiązywać rozejm.

Zabawa zapałkami

Było to i tak łagodne nazwanie oczekiwań ze strony demokratów w Kongresie. Progresywne skrzydło partii bombardowania izraelskie nazywało zbrodniczymi, domagając się od administracji wręcz wprowadzenia sankcji na Tel Awiw. Nie brakowało głosów, że agresja ze strony Hamasu została sprowokowana właśnie przez władze Izraela. Podobnych opinii doszukać się można było również poza ekstremami amerykańskiej, ale i izraelskiej polityki. Wyrażano je w głównych, opiniotwórczych izraelskich mediach.

Władze Izraela wydatnie przyczyniły się do wybuchu zbrojnego konfliktu, działając z pełną świadomością możliwych konsekwencji. Główną iskrą zapalną stał się szturm policji izraelskiej na pomieszczenia meczetu Al-Aksa. Na atak kamieni ze strony protestujących policja odpowiedziała gumową amunicją, granatami ogłuszającymi i gazem łzawiącym. W wyniku starć rannych zostało ok. 600 Palestyńczyków, w tym wielu modlących się w meczecie.

Podobne incydenty w przeszłości zainicjowały dwie palestyńskie intifady. Pierwszą, w 1987 r. uruchomił „zaledwie” wypadek samochodowy, w którym, w wyniku zderzenia wojskowej ciężarówki z samochodem osobowym, zginął pasażer tego ostatniego, Palestyńczyk. Jest to naturalnie pewne uproszczenie, albowiem otwarte konflikty stanowią dopiero erupcję wzbierającego od dłuższego czasu niezadowolenia. Niezadowolenie zaś było konsekwencją izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu – nowożytnego, bliskowschodniego „węzła gordyjskiego”. Drugiej intifady nie zdetonował już czysty przypadek. Niemalże w pojedynkę i sprowokował ją w 2000 r. Ariel Sharon, wówczas polityk Likudu, który, w asyście policji, poprowadził partyjną delegację na Wzgórze Świątynne, na którym stoi meczet.  Wyprawa dała początek „intifadzie Al-Aksy”.

Majowa, tegoroczna decyzja o wejściu policji do pomieszczeń meczetu była decyzją polityczną. Takiej decyzji, co oczywiste, nie podejmuje się w Izraelu poziomie dowódcy jednostki. Zwierzchnikiem policji jest szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a tym od 2015 r. jest Arje Deri, lider partii ortodoksyjnych Żydów sefardyjskich Szas. Ortodoksja tejże polega m. in. na nieuznawaniu podziału Jerozolimy oraz sprzeciwie wobec palestyńskiego bytu państwowego. Zatem Deri, zapewne w porozumieniu z samym Netanjahu, zdecydował się na radykalny środek polegający na pacyfikacji miejsca dla muzułmanów świętego. Czynnikiem, który podsycił niezadowolenie była decyzja Sądu Najwyższego o wysiedleniu kilku rodzin palestyńskich z arabskiej Wschodniej Palestyny. Grunt pod tę z kolei niewątpliwie położyła polityka poprzedniej amerykańskiej administracji, w tym decyzja z grudnia 2017 r. o uznaniu przez USA Jerozolimy za stolicę państwa Izrael oraz przeniesieniu tam amerykańskiej ambasady. 

W cieniu kampanii wyborczych

Netanjahu boryka się z poważnym problemami politycznymi. Towarzyszą im  nierozłącznie problemy natury kryminalnej, i to one wzmacniają jego determinację, by utrzymywać fotel szefa rządu, kosztem nawet chronicznego kryzysu politycznego w państwie. Netanjahu jest pierwszym urzędującym premierem postawionym w stan oskarżenia. Zarzuty są poważne i dotyczą korupcji, oszustw i nadużywania władzy. Grozi mu kara więzienia, lecz w razie urzeczywistnia takiej perspektywy, nie zyskał by miana prekursora. W 2014 r. sąd skazał za korupcję na karę sześciu lat pozbawienia wolności Ehuda Olmerta. Na razie Netanjahu przyjął linię obrony poprzez atak i zaprzeczenie, nazywając proces częścią brudnej kampanii politycznej przeciwko silnemu liderowi. Netanjahu kieruje rządem mniejszościowym. Wybory z 23 marca nie wyklarowały dla jego rządu wystarczającego zaplecza.

Konflikt z Hamasem wybuchł w wyjątkowo  newralgicznym momencie. Misja tworzenia koalicji rządowej – po niepowodzenia utworzenia takowej Netanjahu – od 5 maja znajdowała się w rękach lidera drugiej największej siły w parlamencie Jaira Lapida, reprezentującego liberalną, sekularną partię Jest Przyszłość. Lapid zdawał się być o krok o scementowania koalicji „anty-Netanjahu”, lecz w wyniku ostrzału rozmowy na temat powołania nowego gabinetu zostały de facto zawieszone. Politycy arabscy, zainteresowani odsunięciem od władzy prawicowo-nacjonalistycznej koalicji, znaleźli w niekomfortowej sytuacji, pośrodku konfliktu zbrojnego i radykalizujących się dookoła nastrojów anty-izraelskich i anty-palestyńskich. Koniunktura dla koalicji Lapida, wspartej kilkoma głosami arabskimi, nagle się odwróciła. Czas znowu zaczął grać na korzyść Netanjahu. Co zatem go skłoniło tak premiera do tak nagłego i „bezwarunkowego” zawieszenia broni?

W roli głównego pośrednika między Izraelem i Hamasem występował zwyczajowo Egipt. Oficjalną presję na władze Izraela, w pewnej mierze również na Hamas, wywierała tzw. „opinia międzynarodowa”, zarówno ta zachodnia, jak i ta turecka oraz arabska, ze wszystkim jej odcieniami i subtelnościami. W rzeczywistości losy konfliktu zależały od strony mającej przygniatająco przewagę – Izraela. Rozejm przyspieszył… brak poparcia, brak „zielonego światła” ze strony administracji USA dla operacji wojskowej Izraela polegającej na zadaniu przeciwnikowi dotkliwych strat i jego sparaliżowaniu. Operacji, która, w warstwie politycznej, pozwoliłaby ogłosić się stronie dominującej niekwestionowanym zwycięzcą. W przypadku braku takowego, polityczne punkty zyskuje strona słabsza…

Obserwując dyskusję wokół konfliktu natrafiłem na wypowiedź eksperta z Centrum Badań nad Terroryzmem, Collegium Civitas. Ekspert zauważył, że Netanjahu stracił niedawno patrona dla swych politycznych zdobyczy. Był nim dlań poprzedni prezydent USA. Stracił  wobec tego szczelną osłonę, jaką roztaczała nad nim poprzednia administracja, żyrująca aneksje dokonane przez Izrael w przeszłości oraz m. in. koncept tzw. „umów abrahamowskich”. Umów, które konflikt zapoczątkowany na Wzgórzu Świątynnym Jerozolimy, miejscu dla świata islamskiego szczególnym, mógł poważnie naruszyć. Wszyscy ich sygnatariusze znaleźli się w niekomfortowym położeniu. Ich potencjalne zerwanie byłoby dla Netanjahu wizerunkową katastrofą.

Wspomniany ekspert Centrum, swobodnie i wprawnie poruszający się w obszarze Lewantu, gdy wszedł na obszar amerykańskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej, determinowanej przez prawidła tej wewnętrznej, szczególnie w dobie funkcjonowania poprzedniej administracji, zaczął błądzić. Netanjahu nie darzył sympatią Obamy i vice versa – fakt, tu poprawnie ocenił. Różnili się panowie osobowościami, dzieliły ich horyzonty oraz świat wartości. Netanjahu nie szczędził Obamie uszczypliwości, zwłaszcza gdy bywał w USA, administracja Obamy hamowała i odpowiednio recenzowała aspiracje oraz działania rządu Izraela. Wtem ekspert nazwał Bidena „prawą ręką” Obamy. Następnie idąc tym tokiem rozumowania, ocenił że Netanjahu podobnież gardzi Bidenem, dokonując klasycznej nadinterpretacji opartej na wadliwym uproszczeniu.

W rzeczywistości Biden i Netanjahu mieli od zgoła dwóch dekad bardzo dobre relacje. Biden był tym czynnikiem łagodzącym nabrzmiałe relacje personalne między Obamą i premierem Izraela. W czasie ostatniej kampanii prezydenckiej Netanjahu subtelnie popierał oponenta Bidena, jednakże nigdy nie posunął się do jego otwartej krytyki, mimo, że stawiany był wręcz pod publiczną presją przez gospodarza Białego Domu. Netanjahu mówił o Bidenie ciepło. Jednakże paktowanie z republikańską administracją zinterpretowane uznane zostało przez nową administrację, jako ingerowanie Netanjahu w kampanię wyborczą w USA, w zamian za korzyści polityczne przed marcowymi wyborami w Izraelu. A na ingerencje wyborcze Amerykanie od 2016 r. są szczególnie uwrażliwieni. Dopiero ten aspekt spowodował oziębienie relacji między Bidenem i Netanjahu, wszakże już na poziomie relacji głów państw – instytucji, nie zaś polityków. „Ciche dni” przerwał konflikt Izraela z Hamasem.

We wszystkich czterech ostatnich kampaniach wyborczych w Izraelu, składających się na wielką kampanię ciągnącą się od 2019 r., największym atutem Netanjahu była jego bliskość z poprzednim prezydentem USA i jego rodziną. Tuż po wyborach Netanjahu nie oglądając się na wychodzące stamtąd teorie o „wielkim fałszerstwie wyborczym”, pospieszył pogratulować prawowitemu zwycięzcy. Sojusz z amerykańskim rządem jest wszakże nie tylko podstawą przetrwania Netanjahu, ale przede wszystkim samego Izraela.

W radykalizującej się Partii Demokratycznej grono otwartych „przyjaciół Izraela” kurczy się nieprzerwanie od lat. Jest to swoisty paradoks, bo odsetek Amerykanów żydowskiego pochodzenia na najwyższych stanowiskach, zarówno w kontekście demokratycznego establishmentu politycznego, jak i w administracji Bidena, jest wyjątkowo wysoki. Od początku lat 90. poparcie wśród Amerykanów żydowskiego pochodzenia dla demokratycznych kandydatów prezydenckich – z wyjątkiem Obamy – wynosi ponad 70%. W ostatnich wyborach było to aż 76% dla Bidena, zaś jedynie 22% dla jego konkurenta. Znowuż paradoksalnie, partią jednomyślnie pro-izraelską jest Partia Republikańska, bazująca na elektoracie prowincjonalnym i małomiejskim. W każdym razie otwarty konflikt z Waszyngtonem, z perspektywy Netanjahu, wybornie wpisałby się w argumentację części izraelskiej opozycji, iż stanowi on obecnie obciążenie dla polityki zagranicznej państwa, czyniąc spustoszenie w sferze, w której Likud czuł się dotąd najlepiej i gdzie zyskiwał najwięcej punktów sondażowych – bezpieczeństwa narodowego.       

„Sworzeń” w ruchu powrotnym

Analizując decyzje amerykańskich władz, od pierwszej kadencji Baracka Obamy począwszy, nie wolno lekceważyć panujących trendów. Wyznacza je ogół wyborców Amerykańskich przez co zyskują one wymiar ponadpartyjny. Trend swoistego izolacjonizmu tłumaczy fenomen dwóch poprzedników Joe Bidena, polityka dla odmiany reprezentującego umiarkowane skrzydło własnego obozu politycznego. Jednakże determinują działania tego ostatniego, już jako głównego decydenta. A przypomnijmy, że Biden był jednym z 77 senatorów, którzy w 2002 r. pozwolili Georgowi H. W. Bushowi pójść na wojnę z Irakiem. Trendy te odpowiadają za swoisty polityczny „pivot” – będący pośrednio motorem słynnego „pivot to Asia” Obamy  – czyli odwrót od entuzjastycznej, ambitnej polityki zagranicznej i koncentrację na sprawach krajowych.

Centralnym elementem amerykańskiej XX-wiecznej „dyplomacji publicznej” był nacisk na uniwersalne wartości oraz budowanie wokół nich sojuszy. W ostatniej dekadzie międzynarodowe, polityczne przedsięwzięcia Ameryki przestają rezonowań wśród zagranicznych opinii publicznych, jako wspólne i doniosłe. W przypadku poprzedniej administracji prezydenckiej, polityka zagraniczna była, z czym się wręcz obnoszono, funkcją polityki wewnętrznej, a nawet wewnątrzpartyjnej (konflikt z neoliberałami-reaganitami i neokonserwatystami): polityka ceł, nacisk na korzystne kontrakty gospodarcze, powrót miejsc pracy zza granicy, nowe nabytki terytorialne (mowa o zakupie Grenlandii), mur na południowej granicy, itd. Zresztą samo hasło America first, nawiązujące do haseł amerykańskich izolacjonistów: w latach 30. pro-niemieckich, później pro-sowieckich i pro-rosyjskich, wyraża właśnie ów kryjący się za nim priorytet polityczny – najpierw sprawy wewnątrzamerykańskie.

Usilne akcentowanie działań dyplomatycznych przez nową administrację, w tym aktywność sekretarza stanu Anthony  Blinkena, jest tylko potwierdzeniem wyżej opisywanych trendów. Zasadnicze przesunięcia w sferze polityki zagranicznej dokonują się w warstwie światopoglądowej oraz polityczno-ideologicznej, jednakże jako taka zachowuje ona charakter służebny wobec potrzeb krajowych. W polityce zagranicznej deklarowana, jak i obserwowane aktywność administracji amerykańskiej dotyczy dwóch zasadniczych frontów: walki ze zmianami klimatycznymi i walki z pandemią Covid-19. Stanowią one wspólny mianownik dla całej „zagranicy”, w tym dla relacji z reżimami autorytarnymi i totalitarnymi. Obydwa priorytety świadczą o trosce amerykańskiej administracji przede wszystkim o bezpieczeństwo zdrowotne i egzystencjalne społeczeństwa amerykańskiego. By móc skoncentrować się na owych priorytetach, administracja Bidena dąży do deeskalacji napięć w zapalnych rejonach świata.

19 maja, w środę, miało miejsce inne ważne wydarzenie. Na marginesie posiedzenia Rady Arktycznej (RA) w Reykjaviku doszło do spotkania Blinkena z Siergiejem Ławrowem, rosyjskim ministrem spraw zagranicznych. Spotkanie jest początkiem dialogu, którego kolejną odsłoną będzie spotkanie doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Jake’a Sullivana z sekretarzem rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Nikołajem Patruszewem, zaś finałem będzie prezydencki szczyt Biden-Putin. Spotkanie Blinkena i Ławrowa poprzedziła deeskalacja sytuacji przy granicy z Ukrainą i na Krymie, gdzie Kreml zarządził częściową demobilizację. Z kolei gestem ze strony amerykańskiej, a ściślej Departamentu Stanu, było przekazanie Kongresowi, wymaganego ustawami PEESA/PEESC, odpowiednio zredagowanego raportu na temat celów sankcyjnych w związku z budową gazociągu NS2. Otóż Biden i Blinken postanowili czasowo wyłączyć firmy Nord Stream 2 AG i jej prezesa Matthiasa Warniga, spod reżimu sankcyjnego.

Decyzja ucieszyła Kreml, choć, co należy podkreślić, jest to czasowe ustępstwo, uważnie monitorowane przez ponadpartyjny konsensus w Kongresie, przeciwny projektowi gazowemu, ale również Berlin. Jest elementem procesu deeskalacji napięć na linii Waszyngton-Berlin. Blinken podczas rozmowy z Ławrowem nie zrezygnował z tematów dla Kremla niewygodnych, które Rosjanie określają mianem „mieszania się w sprawy wewnętrzne”. Dyskutowano zatem również o represjach wymierzonych w działaczy opozycji, zwalczaniem Głosu Ameryki i Radia Wolna Europa/Radio Swoboda oraz koncentracją rosyjskich przy wojsk na granicy z Ukrainą. Poprawa relacji z Niemcami jest dla Amerykanów priorytetowa w kontekście strategicznym, o czym kilka słów niżej.

Zmierzając do konkluzji, należy ocenić, że administracja Bidena będzie właśnie administracją permanentnej deeskalacji; deeskalacji służącej wyciszeniu sytuacji międzynarodowej, tak, by mogła zajmować się neutralizacją napięć wewnętrznych i skutkami pandemii oraz skoncentrować siły własne i sojusznicze na budowie frontu stawiające czoło zagrożeniu egzystencjalnemu dla supermocarstwa, a więc Chinom. Ta ostatnia kwestia cieszy się ponadpartyjnym poparciem w USA, ale nie wynika z prozelitycznych i wielkomocarstwowych nastrojów społecznych, ale ze skutków – upraszczając problem – rosnącego rozwarstwienia materialnego Amerykanów, ubożenia klasy średniej kosztem odsetka najbogatszych, postępującej deindustrializacji, dekarbonizacji, czyli zmianą charakteru gospodarki. Słowem – lęków oraz potrzeby zwizualizowania przyczyny doskwierających problemów. Komunistyczne Chiny, jako miejsce narodzin wirusa SARS-CoV-2, który wywołał kolejną światową recesję, są przeciwnikiem rozpoznawalnym, niepokojącym i agresywnym. Idealnym kandydatem na arcy-wroga. Wejście relacji chińsko-amerykańskich w jeszcze ostrzejszą fazę rywalizacji może w niedalekiej  przyszłości przynieść odwrócenie się aktualnych trendów. Nie można tego przy obecnej dynamice wydarzeń wykluczyć. USA nastawiają się przede wszystkim na rywalizację ekonomiczną, ale…

Wspomniana deeskalacja wpisuje się wciąż jeszcze trendy izolacjonistyczne, których źródło tkwi w konsekwencjach dwóch wojen na Bliskim Wschodzie, ale przede wszystkim w wielkiej recesji z 2008 r. W przypadku reelekcji poprzednika Bidena, trendy te przybrałyby postać „szokową”. Żeby nie pozostać gołosłownym, przed kilkoma dniami amerykański portal informacyjny „Axios” podał informację, która zaszokowała część opinii publicznej, przede wszystkim ekspertów. 9 listopada 2020 r., niespełna tydzień po przegranych wyborach, gospodarz Białego Domu skreślił listę celów, które Pentagon powinien zrealizować przed 20 stycznia 2021 r. John McEntee, zaufany doradca prezydenta wręczył kartkę papieru pułkownikowi Douglasowi Macgregorowi. Macgregor kilka chwil wcześniej został doradcą urzędującego szefa Pentagonu Christopera Millera.  „Prezydent chce żebyście zrobili to” – usłyszał pułkownik.  List wyglądała następująco:

1. Wyciągnijcie nas z Afganistanu.

2. Wyciągnijcie nas z Iraku i Syrii.

3. Całkowite wycofanie wojsk z Niemiec.

4. Wyciągnijcie nas z Afryki. 

Wycofanie wojsk z Afganistanu nie zostało przez Bidena wstrzymane. Urealniono jedynie termin, pierwotnie majowy, by operacja przerzutu sprzętu i ludzi nie odbywała się w sposób gwałtowny i nie wyglądała po prostu na ucieczkę przed Talibami. Zresztą nawet późniejszy termin nie gwarantuje, że Afganistan nie podzielili losu Wietnamu Południowego w latach 70. XX w. Odmrożono pertraktacje nuklearne z Iranem, stymulując równocześnie jego dialog z sunnickimi sąsiadami. I rzeczywiście, pomiędzy Arabią Saudyjską a Persami doszło do swoistego rozprężenia. Saudowie znieśli m. in. embargo nałożone na Katar.

Rząd Polski musi być świadom tych trendów, ale i najdrobniejszych niuansów. Wnioski zasadzające się na błędnych faktach i ocenach uniemożliwią skuteczne prowadzenie polityki zagranicznej państwa, na której kształt w zasadniczy sposób wpływają i wpływać będą zmiany zachodzące na amerykańskiej scenie politycznej. Te zaś będą często efektem preferencji, oczekiwań, sympatii, urazów, jednego człowieka, mającego przez cztery lub osiem lat pozycję równią XVIII-wiecznemu europejskiemu monarsze konstytucyjnemu.

Paweł Zyzak 

Artykuł ukazał się w periodyku „Myśl Suwerenna”

Dodaj komentarz