Demon na neo-sowieckiej miotle…

20 czerwca 2016
Źródło: 02varvara.wordpress.com

…czyli ocena antypolskiej polityki Aleksandra Łukaszenki przez pryzmat białoruskiej polityki historyczno-architektonicznej.

Aleksander Łukaszenka (ur. 1954 r., oby żył wiecznie!) to najbardziej bodaj rozsławiony w Polsce wzorzec zamordystycznego dyktatora świata post-sowieckiego. Sprawujące on władzę na sąsiedniej Białorusi nieprzerwanie od roku 1994, czyli od ponad 22 lat. Niemal ćwierć wieku rządów to całkiem długi okres, w którym jego polityka przeszła gigantyczną zmianę wektoralną: od neo-sowieckiej do neo-białoruskiej. Jednak, w toczonej przez sekciarstwo (zarówno te gazeto-wyborcze, jak i gazeto-„polskie”) i amerykańską propagandę Polsce przechodziło to, jak dotąd, w oficjalnym publicznym dyskursie nieomal bez echa.

Początki kariery politycznej tego powiatowego nauczyciela historii i zastępcy przewodniczącego kołchozu z okolic Szkłowa to – jak pamiętamy – próba powrotu do sowieckiego „raju utraconego”, czyli wielkiego komunistycznego kołchozu, w oparciu o magiczną obietnicę przywrócenia ludności kraju minimalnego choćby poczucia egzystencjalnej stabilizacji. Integralną częścią tej polityki była od początku walka z wszelkimi formami „nacjonalizmów”, czyli ruchów narodowościowych, z których największą ofiarą był odradzający się narodowy ruch białoruski. Odstąpiono od polityki forsownej białorutenizacji w szkolnictwie, zlikwidowano tradycyjne symbole państwowości białoruskiej (m.in. biało-czerwono-białą flagę nawiązującą do tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego), zastępując je przaśną symboliką quasi-sowiecką.

Integralną częścią tego odwrotu od westernizacji i nacjonalizacji kraju było przywrócenie gospodarki na w poły centralnie sterowanej, a także odtworzenie (albo raczej ponownie uaktywnienie) represyjnego państwa policyjnego i zdławienie w zarodku rodzącej się demokracji. Łukaszenka w niszczeniu opozycji demokratycznej nie cofał się ani przed wsadzaniem ludzi do więzień, ani przed skrytobójczym mordowaniem najbardziej nieprzejednanych opozycjonistów. Zwieńczeniem tych wszystkich procesów restytucji komuny miała być – w zamyśle mińskiego genseka – odbudowa ZSRS, na początek w kadłubkowej formule Związku Białorusi i Rosji (ZBIR). Ukoronowaniem tego procesu było objęcie przez samego Łukaszenkę stanowiska Przewodniczącego Najwyższej Rady Państwowej ZBIR’u (ZBIR’a?) w roku 2000. O tych wydarzeniach każdy, kto oglądał reżimową polską telewizornię w l. 90. XX w., pamięta. Wszystkie te zjawiska opisywano w tutejszych mediach bardzo szczegółowo, kreując mińskiego dyktatora na nieomal pierwszego wroga III RP i całej Cywilizacji Zachodniej.

Późniejsza historia państwa białoruskiego jest szerokiej polskiej opinii publicznej już nieomal nieznana, a przez długie lata mówienie prawdy o istocie Łukaszenki było w III RP niemile widziane. Pojawiały się od czasu do czasu jakieś artykuły w prawicowych periodykach, jednakże – ze względu na częste ich powiązanie z opcją prorosyjską – były one traktowane jako niewiarygodne. Wrzucano je powszechnie do worka z napisem „putinowska agentura wpływu”. Tymczasem zjawiska polityczne zachodzące u naszego sąsiada niewiele miały wspólnego z „zamrożoną” wizją Białorusi rodem z serwowanych dalej kalek z lat 90.

Najlepiej jak dotąd chyba procesy te opisał Adam Eberhardt w swojej książce „Gra Pozorów. Stosunki rosyjsko-białoruskie 1991-2008″ (W-wa 2008). Zanalizował on w niej relacje obu członków ZBIR’u, zarówno na płaszczyźnie politycznej, handlowej, energetycznej, walutowej, jak i wojskowej. Wnioski z tej analizy były jednoznaczne. Łukaszenka był zainteresowany roztopieniem swojej ojczyzny w nowym ZSRS do czasu, kiedy na Kremlu zasiadał schorowany pijaczek, Borys Jelcyn.

Trzeba tu bowiem dopowiedzieć – czego nie ma w książce, a wydaje się jej oczywistą konkluzją – że w pierwotnym założeniu Łukaszenki miał zostać zastępcą Jelcyna w nowym państwie związkowym. Dopóki na horyzoncie majaczyła perspektywa objęcia tronu po wiecznie nieprzytomnym Jelcynie, dopóty Towarzysz Aleksander Ryhorawicz Ł. był wielkim – ba, największym – entuzjastą Unii. Sytuacja jednak drastycznie uległa zmianie w momencie, gdy na kremlowski tron wstąpił nowy car, zimny czekista-abstynent, Władymir Putin. Putin od razu dał do zrozumienia swojemu kamratowi, że miejsce Łukaszenki w nowej konstelacji politycznej przyszłego państwa związkowego będzie najwyżej gdzieś na poziomie rosyjskiego namiestnika w białoruskim odpowiedniku rosyjskich republik autonomicznych.

To wtedy przyszło otrzeźwienie i zmiana kursu, którego empirycznym dowodem są wnioski z książki Eberhardta. W każdej omawianej przez autora dziedzinie relacji, oficjalnie propagowana „integracja” okazywała się fikcją. Strona rosyjska, coraz bardziej rozdrażniona niesubordynacją, a często wręcz gangsterskim szantażowaniem Moskwy przez Mińsk, nastawiała się stopniowo na swoistą dywersyfikację swojego strategicznego zaplecza na Białorusi. Casusem przykładowym może tu być rozpoczęcie budowy od podstaw na terytorium FR nowej węzłowej bazy radiolokacyjnej, mającej stanowić alternatywę dla istniejącego w okolicach Baranowicz ogromnego systemu jednostek radiolokacyjnych patrolujących na potrzeby rosyjskiej armii całą północną część basenu Oceanu Atlantyckiego.

Łukaszenka nawiązał do wielowiekowej, wyjątkowej w światowej historii imperiów, tradycji rosyjskiej. Tradycja ta polegała (i polega nadal – vide: casus Czeczenii pod rządami watażki, Ramzana Kadyrowa) na tym, że rosyjska metropolia, zamiast „wysysać” życiodajne soki ze swoich kolonialnych okrain, jeszcze do nich dokładała, aby utrzymać w potulności różnych lokalnych kacyków i klientów, koncentrując się w zamian na pasożytowaniu na własnym, rdzennie rosyjskim społeczeństwie. Przez to rosyjski rdzeń pozostawał, obok Azji Centralnej, najbiedniejszą częścią Imperium. Tak też stało się z Białorusią, której neo-socjalistyczny „cud gospodarczy” po dziś dzień w ogromnym stopniu finansowany jest z pieniędzy rosyjskiego podatnika. Białoruś egzystuje bowiem na wybitnie „dumpingowych” cenach ropy i gazu ziemnego, przekazywanych jej za pół-darmo z Rosji.

Duża część tych surowców nie jest nawet zużywana przez białoruską gospodarkę, ale odsprzedawana dalej przez Mińsk na Zachód, już po cenach wolnorynkowych, a więc dużo wyższych. To stąd w dużej mierze Łukaszenka brał jeszcze do niedawna rezerwy walutowe niezbędne do finansowania swojego socjalistycznego skansenu. Taka była cena za to utrzymanie Białorusi w orbicie rosyjskiej strefy wpływów. Rosja jednak stopniowo coraz bardziej urynkawia swoje relacje z mińskim Batiuszką, co z kolei zmusza Mińsk do coraz dalej posuniętego otwierania się na współpracę z Zachodem. Korzystają na tym niemal wszyscy, tylko nie Polska, która pozostaje po dziś dzień (obecny rząd PiS stara się to wreszcie zmienić – z jakim efektem, zobaczymy) w stanie zimnej wojny domowej z Białorusią. Kiedy zachodnie koncerny otwierają swoją produkcję w Mińsku, nasze Woj. Podlaskie dalej wegetuje, odcięte od powiązań gospodarczych z sąsiadem. Rzekomą przyczyną konfliktu, oficjalnie podawaną przez Warszawę, jest rzekome szykanowanie polskości na Białorusi. Dlatego krótko należałoby naświetlić faktyczną stan polityki narodowościowej uprawianej przez Mińsk.

Białoruski nacjonalizm

Jeszcze do niedawna polska opinia publiczna była epatowana ciągłymi informacjami o tym, jak to na Białorusi uciśniona jest (min. 400-tysięczna) polska mniejszość, jak to niszczy się polskie szkolnictwo, terroryzuje mandatami Angelikę Borys (która to swojego czasu średnio raz na dwa miesiące męczeńsko przyjeżdżała na odwiedziny do Polski), itp. Wyłaniał się z tego obraz Łukaszenki, jako swoistego dyktatora-polakożercy, chcącego stłamsić resztki polskości na terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Łukaszenka faktycznie nie przepadał kiedyś za polskością, ale bynajmniej nie dlatego, że jest jakimś polakożercą, ale dlatego, że III RP stanęła – na rozkaz Waszyngtonu za frajer – w awangardzie państw zwalczających jego dyktaturę. Co gorsza, strona polska, nie tylko niemal całkowicie zamroziła na dwie dekady jakiekolwiek sensowne stosunki z Białorusią, ale jeszcze zaczęła prowadzić na jej terytorium akcje dywersyjne, wykorzystując do tego narodowo-patriotyczny ruch białoruski (w sposób skrajnie instrumentalny), a także, niestety, polskie organizacje mniejszościowe. Aby w pełni jednak zrozumieć stosunek Łukaszenki do narodu polskiego, trzeba przypomnieć kilka faktów o Białorusi, które często uchodzą naszej uwadze.

  1. To Białoruś jest autentycznym depozytariuszem drugiej, obok Królestwa Polski, części składowej pierwszej Rzeczypospolitej, czyli Wielkiego Księstwa Litewskiego. Do dziś dnia cała południowa część granicy rosyjsko-białoruskiej to granica z 1772 r. Republika Litewska od samego swojego początku bytowała na kanwie negacji tegoż dziedzictwa i skrajnej polonofobii;
  2. Białorusini to najbardziej pierwotny szczep wschodniosłowiański, który w stosunku do ludności średniowiecznej Rusi Kijowskiej uległ najmniejszym przeobrażeniom. Pozostał narodem najbardziej rustykalnym, najmniej „świadomym narodowo”, czyli w najmniejszym stopniu dotknięty ideologicznymi gangrenami XIX wieku, takimi jak nacjonalizm. W konsekwencji jest to jedyny naród dawnych kresów RP, który nie wyrósł na zoologicznej antypatii do polskości i rodzimej spolonizowanej szlachty. Tam wszakże najdłużej przetrwały archaizmy tradycyjnego społeczeństwa agrarno-patriarchalnego.
  3. Ta pierwotność, rustykalność spowodowała w XX wieku, że Białorusini w najmniejszym stopniu stali się ofiarami komunizmu. Sowietyzm na Białorusi miał charakter relatywnie najmniej ludobójczy, a sowietyzacja kraju dokonała się w sposób dość łagodny. Rewersem tego był fakt, że to Białorusini ulegli w największym stopniu mentalnej sowietyzacji. Polskiego feudalnego pana zastąpiło jedynie państwo, a folwark zamienił się w kołchoz. Białorusini ulegli też najdalej posuniętej językowej rutenizacji i uniformizacji do standardu człowieka sowieckiego w aspekcie własnej tożsamości.
  4. Językowa rutenizacja bynajmniej nie oznaczała utraty poczucia odrębności, tak jak na przykład nie utracili jej na Wyspach Brytyjskich zanglicyzowani Szkoci czy Walijczycy. Paradoks obecnego odrodzenia się w tym kraju poczucia odmienności w stosunku od Rosjan polega na tym, że to poczucie wyraża się właśnie w przywiązaniu do swoiście rozumianej idei człowieka sowieckiego. Białorusini mają dziś często jakby pretensje do Rosjan, że zdradzili idee sowieckie i poszli w latach 90. torami ideologii nacjonalistycznej. To właśnie ta swoista neo-sowieckość daje większości dzisiejszych mieszkańców Białorusi poczucie odrębności od nacjonalistycznych, kapitalistycznych Rosjan.
  5. Nacjonalistyczne odrodzenie białoruskie z pierwszej połowy lat 90. XX w., tak silnie propagowane w Polsce jako jedyna autentyczna białorutenność, w dużej merze samo się załamało w wyniku oporu mas własnego kraju. Triumf Łukaszenki w wyborach prezydenckich (przypomnijmy, że były to wybory w pełni demokratyczne) w 1994 r. był właśnie tego dobitnym wyrazem. Był to w gruncie rzeczy ruch młodych intelektualistów i studentów z wielkich miast, którzy nie potrafili znaleźć wspólnego języka z masami z miasteczek i wsi, a których zraził do siebie próbą narodowego uszczęśliwienia na siłę. Niewielu dzisiaj o tym pamięta, że ruch ten w początkach ostatniej dekady zeszłego stulecia wykazywał niestety tendencje do radykalizacji. Choć niewątpliwie w nieporównanie mniejszej skali, niż na Litwie czy Ukrainie, to jednak też dochodziło tam np. do aktów wandalizmu na materialnym dziedzictwie kultury polskiej. Dopiero reakcyjne, neo-sowieckie rządy Łukaszenki stłumiły te tendencje w zarodku.

Obecnie białoruscy nacjonaliści są bez wątpienia nastawieni wybitnie propolsko, widząc w naszym kraju jedyną podporę w walce z mińskim reżimem. Może się to wydawać niewiarygodne, ale pojawiają się tam na poważnie nawet projekty odbudowy Polsko-Białoruskiej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, połączonej osobą wspólnego monarchy. Tak wspaniałego potencjału braterstwa strona polska nie może zmarnować. Polska polityka winna więc szukać takiego porozumienia w obecnym dyktatorem Białorusi, który nie zostawiłby pewno „na lodzie” osamotnionych białoruskich nacjonalistów. Ewentualne odwrócenie sojuszy i próba pogłębienia współpracy z Mińskiem kosztem białoruskiej opozycji szybko znalazłaby zresztą kontrę ze strony Kremla, który błyskawicznie zagospodarowałby białoruską opozycję narodową w kierunku antypolskim. Polska już raz w historii zmarnowała taki oddolny polonofilizm innej walczącej o niepodległość nacji, a mianowicie Słowaków – w latach 1938-1939. Efektem tej sanacyjnej głupawki było przygarnięcie Słowacji pod swoje skrzydła przez III Rzeszę i fakt, że ten mały kraj był trzecim, obok Niemiec i ZSRR, agresorem na Polskę we wrześniu 1939 r.

Łukaszenka rekonstruktor

Sam Łukaszenka również przeszedł w stosunku do polskości długą drogę. Jak już napisałem, jego początkowa antypolskość miała charakter:

  1. a) mentalności tradycjonalistyczno-sowieckiej, która w nacjonalizmach w ogóle widzi raczej jako zło i źródło zagrożeń;
  2. b) była reakcją na krajnie jednostronną politykę Polski, jawnie idącą na konfrontację z jego dyktaturą. Od tego czasu jednak sporo się zmieniło. Dzisiejszy Łukaszenka to człowiek, który sam przyznaje się do polskich korzeni.

To właśnie próby emancypacji od Rosji w ostatnich 16 latach XXI w. doprowadziły do tego, że Łukaszenka rozpaczliwie, choć w z oczywistych przyczyn w sposób dość zakamuflowany, szuka oparcia w krajach Zachodu dla zrównoważenia wpływów coraz bardziej przykręcającej mu śrubę putinowskiej Rosji. Efektem finalnym jest także nowa polityka historyczna Mińska, próbująca budować własną suwerenność od Rosji także na poziomie tożsamościowym. W jej efekcie powstał swoisty – dla ludzi z Polski zaiste kuriozalny – melanż tradycji neo-stalinowskiej z tradycją… Wielskiego Księstwa Litewskiego i I RP!

Na dzisiejszej Białorusi, a przynajmniej w jej zachodniej części, normą są sytuacje, gdzie w jednym parku miejskim polski turysta może zobaczyć pomniki polskich żołnierzy z 1920 r. i „sowieckich wyzwolicieli” z 1939 r.; pomniki Konopnickiej, Kościuszki (uznawanych tam za Białorusinów) i Stalina oraz Lenina. Lokalne władze nie wstydzą się pozostałości po dawnych rodach arystokratycznych, Radziwiłłach, Sapiehach. Wielki polski latyfundysta, jeden z czołowych przedstawicieli polskiego życia politycznego na Białej Rusi sprzed 1914 r., Edward Wojniłłowicz (dla którego polscy demokraci i „prawdziwi patrioci”, kreatury pokroju Jana Dąbskiego, tak wykroiły w Rydze 1921 r. tak granice, żeby wszystkie jego majątki pozostały po stronie sowieckiej, a sam Wojniłłowicz w „wolnej Polsce” umarł w nędzy) ma dziś w stołecznym Mińsku swoją ulicę. U nas nie pamięta o nim niemal nikt.

Najbardziej dziś namacalnym dowodem nowej polityki historycznej jest rozmach polityki rekonstrukcyjnej polskiego/białoruskiego dziedzictwa materialnego. Na potęgę odbudowuje się tam zniszczone przez Sowietów, a nawet władze carskie, barokowe kościoły i klasztory, zamki i pałace dawnej arystokracji, ratusze formą nawiązujące do tych z I RP. Na zakończenie mały pokaz efektów tej pracy rewaloryzacyjnej, prowadzonej pod rządami „antypolskiego demona”, A. Łukaszenki. Wnioski każdy może wyciągnąć sam.

Filip Bauman

Opisy dla zdjęć:

1-15. zdjęcia dawnego Kolegium Jezuickiego w Orszy: przed (l. 2004-2006), w trakcie (2008 r.) i po odbudowie;

  1. Orsza – kościół unicki, zburzony w 1967 r., (zdjęcie z okresu carskiego); jest w planach do odbudowy; szczegółów niestety nie znam;

17-23. ratusz w Mohylewie z XVII w., zniszczony w wyniku walk frontowych i rozebrany po II wojnie światowej;

  1. Mińsk, archikatedra p.w. NMP i ratusz – po rewitalizacji;
  2. Miński, dawny polski kościół p.w. Św.Św. Szymona i Heleny – w l. 30 zamknięty i zamieniony w skład zboża; za „demona” Łukaszenki odrestaurowany i oddany polskim katolikom;

26-32. Witebsk, dawny klasztor O.O. Bazylianów i kościół pod wezwaniem Zaśnięcia NMP i Św. Józefa (odbudowany w 2009 r.);

33-38. dawny klasztor O.O. Kartuzów w Berezie Kartuskiej (piłsudczycy, zamiast go oddać tym, którym go ukradł reżim carski, zrobili z niego słynną w międzywojniu mordownię);

39-40. skrzydło gigantycznego zespołu pałacowego Sapiehów w Różanej k. Brześcia n. Bugiem – powoli odbudowywany;

  1. Witebsk – odbudowany ratusz;

42-43. Wołczyna na Grodzieńszczyźnie, kościół p.w. Świętej Trójcy, w latach 1938-1939 miejsce spoczynku przewiezionych z Petersburga prochów ostatniego króla I RP, St. A. Poniatowskiego;

44-45. renesansowy zamek w Mirze – po odbudowie;

46-48. zamek Radziwiłłów w Nieświeżu – przed i po rekonstrukcji; w 2012 r., z okazji ukończenia remontu wydano na zamku – pierwszy od 1939 r. – uroczysty bal, na którym byli m.in. prezydent Łukaszenka i… członkowie rodu Radziwiłłów;

  1. ratusz w Nieświeżu – po rewitalizacji
  2. fara w Nieświeżu – pierwszy zbudowany na północ od Alp kościół barokowy w Europie (drugi był Św.Św. Piotra i Pawła w Krakowie) .

Dodaj komentarz