Debata demokratów na „sto procent”

14 października 2015
1032106_1280x720

Wczoraj, tj. 13 października na kanale CNN debatowali ze sobą kandydaci Partii Demokratycznej na urząd prezydenta. Mamy poznawcze porównanie do debat republikanów, mamy wreszcie obraz kandydatów, ich pryncypiów i tego, jak się zachowują w merytorycznym starciu.

Debatę zwyciężył prowadzący widowisko Anderson Cooper – chciałoby się powiedzieć. On tworzył i zadawał pytania, on wskazywał pytanych, on dzielił i rządził czasem. Kandydatów było pięciu, czterech mężczyzn i jedna kobieta. Wszyscy biali – rasy kaukaskiej, żadnego czarnoskórego, Indianina i Latynosa – rzecz w przypadku omawiania polityków Partii Demokratycznej konieczna do odnotowania. Żadnego homoseksualisty. Przynajmniej na razie i nie licząc Coopera, który faktycznie przed laty ujawnił, iż jest „gejem”.

Najbardziej uroczy był sam początek debaty. Cooper pytał tym razem o tożsamość polityczno-ideową kandydatów. Zapytał Hillary Clinton, jak w końcu winniśmy ją określać: „progressive” czy „moderate”. Nie mogła się zdecydować. Bernie Sandersa zapytał z kolei, co Bernie rozumie pod pojęciem „socjaldemokrata” oraz czy uznaje siebie za „kapitalistę”. Pod pojęciem tym kryje się socjaldemokracja na wzór prawie 6-milionowej Danii. Za „kapitalistę” Sanders – choć nie powiedział tego wprost – się nie uważa.

Lincolnowi Chafee, byłemu gubernatorowi Rhode Island, Cooper przypomniał, że przez lata był republikaninem, potem politykiem niezależnym, a demokratą jest dopiero od dwóch lat. Dziennikarz zapytał, dlaczego ci ostatni mają mu teraz zaufać? Chafee odparł, że poglądów „na sprawy” takie, jak małżeństwa homoseksualne i fiskalizm, nie zmienił. A dlaczego zmienił barwy? „To partia [republikańska] zostawiała mnie. Nie było w niej miejsca dla umiarkowanego liberała”. Odpowiedź jest zdaje się prostsza. Partia Republikańska też jest stała w poglądzie na „sprawy”. Zwyczajnie Chafee był z początku w niewłaściwej partii.

Martinowi O’Malley’emu, byłemu gubernatorowi Maryland wypomniane zostało, że to jego polityka „zero tolerancji” przeciwko przestępczości, którą wprowadził sprawując urząd majora Baltimore, skutkowała ostatnimi zamieszkami czarnej ludności w mieście. O’Malley bronił się, że dzięki niej wielu „czarnych, ubogich” mieszkańców. Do winy nie poczuwa się. Debata generalnie była festiwalem podlizywania się ludności czarnoskórej i latynoskiej. W każdej niemalże wypowiedzi kandydata, poza jednym Jimem Webbem – administracji Busha seniora Sekretarzem Marynarki – występowało jakieś odniesienie do „mniejszości”. Słusznymi podmiotami były zatem pojęcia: „czarna społeczność” czy „LGTB”. Występowały często w zbitce z przymiotnikiem: „młody”, „biedny”, „czarny”.

Jimowi Webbowi wypomniane zostało, że w 2010 r. skarżył się na „dyskryminację białych”. Webb wytłumaczył, co miał na myśli, ale wpierw zaznaczył: „Zawsze popierałem akcję afirmacyjną na rzecz Afroamerykanów!”. Webb, jako były wojskowy, w temacie broni jest z miejsca w elektoracie „spalony”. Źle się kojarzy. W podręczniku „lewicy” dostęp do broni jest ściśle obostrzony. Paradoksalnie z jego zdaniem największy problem miał stary „socjalista” czy jak woli ostatnio: „socjaldemokrata”, Bernie Sanders.

„Stary”, ale nie głupi. Sanders jest senatorem z dziewiczego stanu Vermont. Nie jest politycznym samobójcą. Tak więc drżącym głosem sprzeciwił się nałożeniu radykalnych obostrzeń na produkcję i sprzedaż broni. Nie otrzymał za to braw. Sanders, tak jak republikanie, opowiada się za wprowadzeniem obowiązku badań psychiatrycznych dla nabywców broni tak, by wyeliminować z nich tych, ze skłonnościami samobójczymi i morderczymi. Z radością Sandersa zaatakował Hillary Clinton – wiadomo kobieta – oraz O’Malley, postulujący pełny „background check”, czyli tworzenie kartoteki o przeszłości kryminalnej, finansowej, środowiskowej, itd., przyszłego posiadacza broni. Słowem, jak w Polsce, uznaniowość i broń dla wybranych.

W polityce zagranicznej brylowała Hilary Clinton. Indagowana o rozpasanie się Rosji na arenie międzynarodowej, pokazała nadludzką siłę w naginaniu rzeczywistości do własnej obrony. Cooper zapytał wprost, czy administracja prowadziła właściwą politykę wobec Rosji. Clinton odrzekła, że wszystko było dobrze dotąd, aż rządził Miedwiediew. Problemy się zaczęły, kiedy prezydenturę odzyskał Putin… Świat już dawno opowieść o „liberalnym” Miedwiediewie i „twardogłowym” Putinie uznał za przedstawienie i bajkę. Wątpliwe, by inteligentna przecież Clinton sądziła inaczej. Wątpliwe więc stają się jej intencje.

Cooper przycisnął Clinton w sprawie skandalu związanego ze śmiercią ambasadora USA w Libii oraz odpryskowego w sprawie „skandalu serwerowego”. Clinton nazwała go „polityczną” ustawką republikanów. Dziennikarze zastanawiali się przed debatą, jak zachowają się pozostali kontrkandydaci. Skandale mogą autentycznie pogrążyć Clinton. Kontrkandydaci pokazali, jaką funkcję spełniają w prawyborach. W obronie Clinton pierwszy, jak lew stanął Sanders. Wykrzyczał, że „cały chory” od słuchania o tych serwerach.

Była „pierwsza dama” rozpromieniła się wówczas cała i na głos zaśmiała, a sala wiwatowała… Jedyny Chafee stwierdził, że kandydat na prezydenta powinien być – jego zdaniem – „kryształowo czysty”. Z widowni powiało chłodem. Cooper zapytał Clinton, czy chce skomentować opinię. „Nie”. – odparła i dodała: „Ha, ha, ha…” Sala wiwatowała. Autor niniejszego tekstu dosłownie w tamtej chwili osłupiał. Clinton przyjacielsko uścisnęła dłoń Sandersa. Sala wiwatowała. I oto Bernie, ulubieniec młodzieży akademickiej, wybitnie zasłużył sobie na wiceprezydenturę przy boku Hillary Clinton.

Wspomniany Chafee nie miał dobrego dnia. Wkrótce otrzymał od Coopera silny cios między oczy. Dziennikarz zapytał go, dlaczego oskarża Clinton o zbyt silne związki z Wall Street, skoro w 1999 r. sam głosował za ustawą, która „pozwalała na rozrost korporacji bankowych”. Stanął jak sparaliżowany. „Dopiero, co pojawiłem się wtedy w Senacie” – odparł nerwowo. Dociskany pytaniem: „Czy w związku z tym nie wiedział za czym głosuje?”, powtórzy jeszcze dwa razy, że był świeżakiem i okrasił tłumaczeniem, że zmarł mu wówczas ojciec, było to jedno z pierwszych jego głosowań i dopiero, co opuścił miasto…

Jednak to nie Chafee, a Clinton oddała poziom merytoryczny całej debaty. Na jedno z „poleceń” konkursowych: „Podaj jeden powód, dla którego twoja administracja nie będzie trzecią kadencją prezydencji Obamy?”, odpowiedziała: „To oczywiste, będę pierwszą kobietą”. Właśnie takiego zapewnia z pewność oczekiwali z pewnością zwolennicy zmian.

Reasumując, debata z początku przypominała przesłuchanie, przez jakiegoś ideologicznego Wielkiego Brata. Jak gdyby Cooper zadawał pytania, które na karteczkach zapisali mu jacyś niewidzialni przywódcy liberalnej sekty. O uszy widzów już do końca obijał się grad bezdefinicyjnych sloganów i pojęć, jak „postępowiec” i „umiarkowany liberał”, całe mnóstwo pustosłowia i kryjącego się za nimi rozdawnictwa – bidnym, czarnym, gejom… Berne Sanders zapytany o dzieci Trumpa, rozpoczął od dygresji: „Słuchajcie, kiedy będę prezydentem Trump i jego koledzy miliarderzy zapłacą wreszcie to co powinni!”. Sala wiwatowała. Sanders przez całą zresztą debatę wzywał do walki z „klasą miliarderów”.

Prócz cech przesłuchania i przekupstwa wyborczego, spotkanie miało więc charakter rewanżystowski. Śledząc je można było naocznie przekonać się, że generalna filozofia polityczna dzisiejszych demokratów sprowadza się do dzielenia obywateli, na białych, czarnych i brązowych, na liberałów i rasistów, na biednych i bogatych, zwolenników afirmacji LGTB i – jak ostatnio określił kandydatów GOP Joe Biden – homofobów, na miliarderów i resztę społeczeństwa, na biernych uczestników masakr z udziałem broni palnej i zwolenników zakazu dostępu do tejże, na polityków upolitycznionych i obiektywnych. Celem tego jest władza, a metodą jej utrzymania rozdawnictwo i eskalowanie podziałów.

CNN, by umilić życie demokratom, których przecie wspiera na co dzień, przyjęła odmienną konwencję debaty od tej zaproponowanej republikanom. Nie było już swawolnego ścierania się ze sobą kandydatów i zachęcania ich, by się wzajemnie atakowali, zarazem wywołując do głosu. Wczoraj nad wszystkim panował moderator. Moderato głos dawał i go odbierał. Wygłaszał opinie, zadawał pytania i ewentualnie drążył temat.

Ów wysoki poziom debaty pozwolił sobie odnotować w swym podsumowaniu O’Malley. W przeciwieństwie to republikańskiej naparzanki, nie było tu „poniżania kobiet”, „rasistowskich komentarzy o nowych amerykańskich imigrantach”, „odmawiania parom gejowskim ich praw”, gnębienia innego Amerykanina ze względu „na jego wierzenia”. Dwie pierwsze uwagi to rzeczywiście Trump, ale ta ostatnia… to czyja?

„Wystrój” debaty służył faworytowi prawyborów Hillary Clinton, której zdarzyło się po wielokroć zmieniać poglądy w kluczowych czasem sprawach, żeby tylko wspomnieć odmawianie praw „gejom”, czyli „małżeństwa homoseksualne”. Jak gdyby to sztab faworyta, a nie CNN dopieszczał każdy szczegół. Clinton bez wątpienia zabiła spontaniczność pytania o skandale ze swym udziałem, zawczasu porozumiawszy się z głównym rywalem Sandersem. Mając teraz zapewnione wsparcie ze strony równie „spontanicznej” publiczności, absorbując większą część uwagi prowadzącego i „spontanicznych” wyborców zgłaszających pytania, pewno także znając same pytania, sprawiła, że kontrkandydaci spełnili tego wieczora wdzięczną rolę tła i żywej przyrody. Swobodna, śmiejąca się Clinton, bawiła się całkiem nieźle, zupełnie jak w swoim własnym teatrze.

Debata miała więc swojego, zaprogramowanego „umiarkowanego” lidera, „lewe skrzydło” i „skrzydło prawe”. „Prawym” był Jim Webb. I to on, chcąc nie chcąc, wyróżniał się, jeśli idzie o perspektywę męża stanu, powagą, stabilnością emocjonalną oraz względną spoistością poglądów. Webb pewno sprawdziłby się jako „commander in chief” oraz jako człowiek, który rzeczywiście poszukiwałby wspólnego języka z republikanami. Clinton i Sanders przy nim to wojujący praktycznie rzecz biorąc – patrząc na język, poglądy, i rekord – właściwie lewacy.

Jedynie Webb z całego zgrupowania nie uznaje dogmatów w kwestii wojny czy ochrony środowiska. O’Malley przykładowo w ramach dogmatu o „globalnym ociepleniu” wypracował hasło: „100% zielonej energii do 2050”. Webbowi nie przeszkadza ani węgiel, ani platformy wiertnicze na oceanie, ani system rurociągów „Keystone” z zachodniej Kanady do Teksasu. Zgodność pozostały kandydatów demokratycznych jest przerażająco wysoka, a miejscem sporu jest kwestia „kto bardziej” i kto na „sto procent”. Kreatywność rozumiana szerzej, niż „kreowanie miejsc pracy” przerażająco niska.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz