Czasy przełomu, czasy fermentu

2 czerwca 2020
Everyone_has_Influenza_-_The_Round_of_Doctors_and_Druggists

Wraz ze stabilizowaniem się sytuacji epidemicznej, przejmowaniem nad nią kontroli i znoszeniem kolejnych obostrzeń, dyskusja o pandemii wytraca swój impet i przestaje być wszechobecna. My również z wolna przechodzić będziemy do spraw bardziej aktualnie elektryzujących. Pozostając na moment przy tej tematyce, spróbujmy raz jeszcze skorzystać z historycznych paralel. Spójrzmy na cezury, które ludzkość, a przynajmniej jej zafrasowana plagami część, okrzyknęła punktami przełomowymi dziejów. Cezury te kreślą dla nas tzw. choroby przełomu. W odróżnieniu od chorób tzw. cywilizacyjnych, związanych immanentnie z rozwojem cywilizacji, nie zaś z zakażeniem, choroby przełomu nie dość, że są bardzo zakaźne, zbierały śmiercionośne żniwo, budziły strach i zdawały się być nieuleczalne.

O tym, czy do kategorii chorób przełomu zaliczyć zaliczać się będzie Covid-19, za wcześnie przesądzać. Niektórzy już teraz dzielą oś na czasu na epokę sprzed pandemii SARS-CoV-19, i epokę po niej. Mimo, iż pandemia gdzieniegdzie zdaje się dopiero rozwijać swój impet. Tam gdzie lokalne rządy podchodziły do sprawy nonszalancko, jej konsekwencje, czyli masowe bezrobocie, kryzys finansów, upadek autorytetu władzy i zachwianie łańcuchów dostaw przede wszystkim żywności, zjawiska obserwowane przez nas w czasie rzeczywistym w dwóch dużych państwach półkuli zachodniej, stworzyły warunki sprzyjające wybuchowi niepokojów społecznych. Te z kolei mogą przynieść ważkie zmiany społeczno-polityczne. W tych miejscach pandemia faktycznie zdaje się kończyć pewną epokę. Do wybuchu społecznego buntu wystarczy pierwsze losowe zdarzenie. Wystarczy wziąć do ręki podręcznik historii i spojrzeć, jak zaczynały się rewolucje.

„Nie mogę zaprzeczyć, że nawet w tym budzącym grozę czasie miała miejsce olbrzymia ilość napadów i niegodziwych praktyk” – pisał Daniel Defoe o wybuchu epidemii zarazy w Londynie w 1665 r.

Drugą, okrzykniętą chorobą przełomu, jest AIDS, wywoływana przez wyjątkowo złośliwego wirusa HIV. Ze względu na swą odzwierzęcość można go nazwać kuzynem wirusów SARS. W każdym razie AIDS, którego epidemia trwa od lat 80. XX w. nieprzerwanie (pandemię ogłoszono w 1988 r.), uświadamia człowiekowi, jak bardzo bezradną i bezbronną jest istotą w starciu z naturą i własną megalomanią. Obecnie na świecie żyje ok. 38 mln. zakażonych tym wirusem, umrzeć miało od początku epidemii, w skutek chorób towarzyszących, uśredniając, ponad 30 mln. I to wszystko mimo pozarządowych, rządowych, ponadrządowych programów, działań, itd.

Co ciekawe, to nie „hiszpańska grypa” uznawana jest za chorobę przełomu, otwierającego umowny XX w. „Hiszpanka” wkroczyła na scenę z przytupem i zebrała wielkie żniwo, ale równie niespodziewanie z niej zeszła. Stała się makabrycznym epizodem. W tym czasie Europę trafiła nie mniej dolegliwa przypadłość. Kontynent znajdował się w oku epidemicznego cyklony tyfusu plamistego, zwanego również durem wysypkowym lub durem plamistym. Podczas I wojny światowej tyfus miał uśmiercić ok. 3 mln. Europejczyków. Nie było nań skutecznych, a przynajmniej konwencjonalnych leków. Współcześnie leczy się go za pomocą antybiotyków. Pierwszy antybiotyk, penicylinę wynalazł dopiero w 1928 r. Alexander Fleming. Antybiotyki wszakże weszły do powszechnej praktyki leczniczej dopiero po II wojnie światowej.  W okresie drugiej odsłony globalnego konfliktu tyfus również miał swoją drugą odsłonę. Skutki tegoż łagodziła szczepionka wynaleziona przez naszego rodaka, bohatera wojennego, Rudolfa Weigla. Pierwsze szczepienia w Polsce odbyły się w 1934 r., po czym preparat niezwłocznie przetestowano w rejonach świata gdzie wybuchały ogniska tyfusu.

Tyfus trapił ludzkość od niepamiętnych czasów. Odkąd świat znał ubóstwo, odkąd uczył się higieny oraz odkąd zamieszkiwały ją wszy, nosiciel bakterii Rickettsia prowazekii. Tyfus, podobnie jak inne choroby wywołane niewidzialnymi aktorami, wpływał na kształt dziejów. Uważany był przez wieki za chorobę upadku społecznego. Pustoszył XVII-wieczną Europę skąpaną w krwi religijnych wojnach mocarstw.  Powrócił w czasach wojen napoleoński. W latach 1812-1813 r. r. przetrzebił Wielką Armię Napoleona dokonującą odwrotu z Moskwy. Wielkie epidemie tyfusa wybuchały w Rosji lat 50. i 60. XIX w., tłumiącej w tym czasie m. in. polskie powstanie narodowe, i w czasie wojny rosyjsko-tureckiej lat 1877-1878. Siał zniszczenie w rewolucyjnej Rosji oraz w niemieckich gettach i obozach koncentracyjnych w czasie drugowojennej hekatomby.

Generalnie rzeczy ujmując, obydwie wywołane choroby przełomu, tyfus oraz AIDS, miały być symbolem degeneracji i dekadencji, odpowiednio Wschodu, a druga Zachodu. Tyfus był głównym utrapieniem właśnie Rosji, nie opuszczając jej w praktyce od końca XIX w. do pierwszej połowy XX w. Pewien petersburski lekarz napisał w 1918 r., że zaraza tyfusu „podąża za leninowskim komunizmem jak cień za przechodniem”. Od lat 30. XX w. błyskawicznie rozprzestrzeniał się w sowieckiej już Rosji. Wkraczał na urodzajne dla siebie tereny, opanowane przez nędzę i głód, wywołane przez przymusową kolektywizację i industrializację państwa.

W przypadku AIDS, przez pierwsze lata HIV szybko rozprzestrzeniał się głównie w USA i w Europie Zachodniej, w środowiskach homoseksualnych. Szczyt epidemii przypadł na początek lat 90. W środowiskach opiniotwórczych nastąpił wówczas odwrót od haseł „wolności seksualnej” i powrót do haseł „wierności seksualnej”. Dynamika choroby zmniejszyła się, ale w I połowie lat 2000 r. podwoiła swój impet. Wirus wszakże „narodził się” w Afryce i tam właśnie, w państwach najbiedniejszych, stał się najbardziej śmiercionośnym egzekutorem. Ponieważ państwa te nigdy się z tej biedy nie podniosły, chorobowy „okupant” terroryzuje je do dziś.

Wywiady państw komunistycznych, pod wodzą Kremla, diabolicznie wykorzystywały koincydencję miejsc rozprzestrzenienia się choroby. Stworzyły dlań legendę. Tę zaś rozpowszechniano, właśnie na Zachodzie oraz w Afryce, za pomocą tzw. „aktywnych środków”. Legenda zaś mówiła, że wirus HIV powstał nie w Afryce, ale w USA. Co więcej, nie pochodzi od zwierzęcia, ale stworzono go w warunkach laboratoryjnych infrastruktury badawczej Pentagonu pracującej nad bronią biologiczną. Bardzo podobną kalkę kremlowskie służby zbudowały dla wirusa Ebola w 2014 r. i należy sprawiedliwie przypisać ich domniemane pierwszeństwo w tworzeniu bliźniaczo brzmiących teorii spiskowych powstających wokół Covid-19.

Choroby przełomu, ale nie tylko one, mimo iż pozbawione narodowości, fenotypu, czyli dziedzicznych cech zewnętrznych (przynajmniej dostrzegalnych ludzkim okiem), rasy oraz konkretnej etniczności, podsycały kontrowersje waśnie narodowo-etniczne. Wspominaliśmy o fenomenie nazewnictwa, który inspirowała dyskusja wokół miejsca narodzin „hiszpanki”. Niemal każda europejska nacja miała własne preferencje. Obok tych rozważań, gdy już choroba zdążyła się rozprzestrzenić i pokazać swe mordercze oblicze, jątrzyły następne: dlaczego choroba jest surowsza dla jednych grup etnicznych czy rasowych, a dla innych wydaje się łagodniejsza.

Wspominaliśmy w poprzednim materiale, że na Samoa amerykańscy koloniści w porę sobie uzmysłowili, że rdzenni Samoańczycy są bardziej narażeni na szerzącą się zarazę, przez swą separację od tzw. cywilizowanego świata. Ów świat był nosicielem drobnoustrojów, na które sukcesywnie sam się uodparniał. W Australii pogląd taki, już nawet nie naukowy, ale wzrokowy, wypierany był przez następny szczep para-nauki, czy wręcz para-religii, który od końca się XX w. znajdował się w natarciu – eugenikę. Na kontynencie realizowano mianowicie politykę odbierania aborygeńskich dzieci, posiadających białego rodzica, i umieszczania ich w białych rodzinach. Podłożem dla tych działań było przekonanie, że „czyści” Aborygeni są skazani na wymarcie, ale ci z domieszką „wyższej”, bo „białej” krwi mają szansę przetrwać poprzez asymilację z białą społecznością. Ironia losu była tym razem okrutna. Aborygeni umierali masowo na zarazę, którą do ich domostw wprowadzili właśnie biali przybysze…

Cały świat anglosaski, jak długi i szeroki, przeżywał w tym okresie ofensywę teorii i praktyk eugenicznych. Skoro więc był czas rozkwitu rasizmu eugenicznego to powracały do życia demony rasizmu doby kolonialnej. Lata 1917-1920 naznaczył w USA wielki comeback organizacji o nazwie Ku Klux Klan, bardzo wpływowej na Południu oraz w ówczesnej Partii Demokratycznej. Ku Klux Klan przyrzekał stać na straży segregacjonizmu rasowego, czyli pozostałości dawnego systemu niewolniczego. Ostrze swej polityki kierował w stronę Murzynów, ale również przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej, Południowej oraz irlandzkiej wyspy, głównie katolików.

I tak przykładowo, podsumowując w 1920 r. przebieg epidemii „hiszpanki” w stanie Connecticut, zauważono, że wśród Włochów śmiertelność była dwukrotnie wyższa, aniżeli wśród mieszkańców mających angielskie, kanadyjskie, niemieckie, austriackie, ale nawet irlandzkie, polskie i rosyjskie pochodzenie. Co powodowało aż taki rozrzut? Dlaczego umierali przede wszystkim Włosi? Czy zadecydowało to, iż byli najświeższą imigracją do Ameryki na tle pozostałych nacji? Połowicznie. Przez to, iż byli świeżą imigracją, a zatem „na dorobku”, przeżywali naówczas okres asymilacji w nowych i wcale nie łatwy warunkach amerykańskich. Mierzyli się po prostu ze złymi warunkami materialnymi. Żyli w zwartych skupiskach, często w warunkach nędzy, braku higieny,. Nadto źle się odżywiali, mieli gorszy, jeśli jakikolwiek, dostęp do opieki zdrowotnej. Krótko mówiąc, wszystkie mniejszości etniczne w USA, nie tylko Włosi, były bardziej podatne na wirusy i zarazki, a więc na zagrożenie epidemiczne.

Eugeniści mieli na to własne wyjaśnienie. Może nie wyjaśnienie, ale autorską interpretację. Otóż, ponieważ grupy takie jak włoską cechowała inherentna niższość ras „gorszych”, brakowało im mechanizmu powstrzymującego przed grawitacją w stronę dzielnic nędzy i slamsów. Choroba, na którą byli w naturalny sposób podatni, podążała wiernie za nimi. Reasumując, twierdzili eugeniści, że Włosi chorują bo są Włochami. Słowianie, bo są Polakami, Czechami, itd.

Była to argumentacja oparta na sile woli jej głosicieli, a nie sile argumentów, nie mówiąc o starannych studiach. Wystarczy przytoczyć przykład z drugiego końca świata, gdzie również eugenika zapuściła głębokie korzenie. I w Japonii i na zaanektowanych przez nią formalnie w 1910 r. obszarach Korei odsetek zachorowań na „hiszpankę” był podobny. Ofiar wśród Koreańczyków było jednakże dwukrotnie więcej. Koreańczycy i Japończycy wywodzą się z tego samego, genetycznego pnia, więc raczej to trudne warunki brutalnej de facto okupacji japońskiej wpłynęły na drastyczne statystyki, nie zaś np. kolor skóry czy rozstaw oczu. I jeszcze jeden przykład, tym razem z Francji. Tamtejsi statystycy największy odsetek zgonów na terenie Paryża zaobserwowali w najbogatszych jego dzielnicach. Nie poprzestali na tym. Sprawdzili kto tam umiera na „hiszpankę”. Okazało się, że nie byli to właściciele posiadłości, potentaci, krótko mówiąc – elita. Umierali służący, lokaje, itd.

Powodów, dla których wirusy i bakterie mocniej atakują określone miejsca i grupy może być oczywiście więcej. Można przywołać choćby nasze rozważania o odporności na wirusy i na konkretne szczepy tychże. Od samego początku epidemii w Europie zastanawiamy się, skąd bierze się tak wysoki odsetek śmiertelności wśród Włochów czy Hiszpanów. Mowa jest wówczas o kondycji zdrowotnej tychże populacji, o zestarzeniu się owych społeczeństw. Wirus, jak nam wiadomo, z największą furią atakuje najsłabszych dla siebie, w tym wypadku starszych, schorowanych, itd. Reszta zależy do rządów państw, które same decydują, jak ich będą chronić: czy podążać będą ścieżków „lockdown’ów”, czy pójdą w ślady władzy brazylijskich i szwedzkich. Szwecja, a propos eksperymentu, nie świadkiem cudu „gospodarczego” i wyjątkiem na tle regiony, czeka ją poważna recesja gospodarcza, natomiast odsetek śmierci do miliona obywateli jest w niej dziesięciokrotnie wyższy, aniżeli w sąsiedniej Norwegii.

Wirus, z którym borykamy się aktualnie, to wirus tak samo nowy dla Europejczyków, jak np. dla brazylijskich Indian, których obecnie dziesiątkuje. Nie oznacza to, że powinniśmy za wszelką cenę izolować się od świata zewnętrznego. To on nam zapewnia ową odporność. Dziecko od najmniejszych swoich lat buduje swoją odporność poprzez kontakt z otoczeniem, a więc i mikroorganizmami, które notabene są wszędzie i wszędzie się przedostają. Ważne jest jednak gdzie i z kim. I w tym punkcie, w dobie Covid-19, od Indian z Amazonii jednak się różnimy.

Obok anomalii „narodowych” w przebiegu epidemii, tj. we Włoszech, dostrzegamy wyraźną różnicę statystyczna pomiędzy zachorowaniami i zgonami w państwach byłego tzw. „bloku wschodniego” i byłego Związku Sowieckiego, z drobnymi wyjątkami na Białorusi i w Rosji, gdzie reżimy zbagatelizowały w początkowej fazie zarazę, a przebiegiem epidemii w Europie Zachodniej. Padają różne argumenty. Wśród nich, prędkie wprowadzenie obostrzeń i karność społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej, strach tamtejszych rządów przed załamaniem się systemów opieki zdrowotnej, mniejsza ilość testów oraz niewidoczny podział Europy, zasadzający się na różnicach kulturalnych, komunikacyjnych i materialnych. Wspomina się też o pewnym postkomunistycznym relikcie, który pozostawić miał jednak jakąś korzyść, czyli systemie szczepień obowiązkowych, szczególnie przeciwgruźliczych. Dzięki temu, iż system ten miał nas w swoich szponach, mamy mieć nieco lepiej, a na pewno inaczej, zbudowaną odporność organizmu.

Niech bakteriolodzy i wirusolodzy ocenią czy wolno szukać na tym gruncie korelacji. Aczkolwiek, jak wskazaliśmy wyżej, naszą odporność budujemy przez całe życie. Nie wiemy zaiste jaki „koktajl” przeciwciał i limfocytów T powstał i krąży w naszym ciele. O jednak tym, jak bardzo rzecz jest złożona, świadczy poniższy przykład.

Otóż istnieje pewna przesłanka wyjaśniająca dlaczego akurat ludzie młodzi, niezależnie od narodowości i rasy, należeli do głównych ofiar „hiszpanki”. Mianowicie testy przeciwciał obecnych we krwi osób żyjących w pierwszej połowie XX w., przechowywane do dziś dnia, miałyby wskazywać, że odpowiedzialnym za „rosyjską grypę” z lat 90. XIX w., która zabiła ok. miliona ludzi, był podtyp wirusa „ptasiej grypy” typu A, H3N8. Zatem dla osób między 20 a 40 rokiem życia miał to być pierwszy szczep wirusa grypy, z którym się zetknęli. Podtyp wszakże inny, od tego, który reprezentowała sobą „hiszpańska” „świńska grypa”, czyli H1N1. W konsekwencji reakcja ich organizmu była niewłaściwa. Stosując tę logikę, ale na co już dowodów nie ma, najstarsi mogli w 1918 r. posiadać znacznie bardziej rozbudowaną odporność, w przeszłości przechodząc infekcje podtypami H1 albo/lub N1, które krążyły po świecie ok. 1830 r.

Każde pokolenie posiada własną, unikalną odporność, ba posiada ją najpewniej każda nacja, a nawet ten czy ów „blok” i region. Istnieją pewne dowody, że wirus, który wywołał pandemię grypy z „Hong Kongu” w 1968 r., mającej na liście zgonów od jednego do czterech milionów istnień ludzkich, to ten sam, który odpowiada za skutki pandemii „rosyjskiej grypy”. Zarówno grypa z „Hong Kongu”, jak i jej poprzedniczka, „azjatycka grypa” z 1957 r., która zabiła 2 miliony ludzi, odziedziczyły dużą część informacji genetycznej wirusa „hiszpanki”. Że nie zabiły więcej, to zasługa tego, że powodowaną nieświadomością „stadną odporność”, wyparły odpowiednie działania zapobiegawcze i zaawansowana medycyna. W każdym razie żyją dziś te pokolenia, ale na co są odporne, tego nigdy w pełni nie zgłębimy.

„Wiem, że nic nie wiem” – ową słynną sentencję przypisuje się Sokratesowi. Z takim nastawieniem łatwiej wchodzi się w czasy przełomu. Wirusy nie karzą i nie wynagradzają, nie wybierają przegranych i zwycięzców. Nie mają barw partyjnych i państwowych. Wirus to wróg człowieka, z którym człowiek toczy odwieczną, niekończącą się walkę. Uniwersalna „prawda” dla wszelkich epidemii jest bardzo prosta i czytelna. Wypierana często jest przez chwytliwe, sensacyjne teorie, mające prostą, przez co bardziej zakaźną, konstrukcję. Brzmi ona: każda epidemia zabija w pierwszej kolejności najbardziej bezbronnych, a więcej uderza tam, gdzie panuje największa bieda. Ona najwięcej świadczy o czasach przełomu.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz