Co się wydarzyło w wyborczy „superwtorek”?

10 marca 2020
Joe_Biden_kickoff_rally_May_2019

Słowem można by rzec, że Partia Demokratyczna zboczyła ze ścieżki wiodącej na plemienną wojnę wewnątrz własnego obozu. Rozważania na temat „superwtorku”, w tydzień po „superwtorku”, przy niemilknącym huraganie informacji o „wirusie z Wuhan”, wydają się być już prehistorią. Jednakże to, co wydarzyło się tuż przed nim, jak i sam jego rezultat, wydają się być punktem przełomowym trwającej aktualnie kampanii wyborczej. Najpewniej nie ostatnim, ale istotnym, zmieniającym w sposób istotny płaszczyznę rozwoju wypadków. Dość powiedzieć, że największym niezadowolonym z demokratycznego „superwtorku” była polityczna konkurencja. Wiele sobie bowiem obiecywała po coraz bardziej toksycznym sporze dwóch głównych skrzydeł Partii Demokratycznej (PD).

Spór personalny Hilary Clinton – Bernie Sanders w czasie kampanii  2016 r. mocno wykrwawił obóz demokratyczny. Sztab Clinton, którego przedłużeniem było de facto kierownictwo partii, Democratic National Committee (DNC), na czele z Debbie Wasserman Schultz, obecnie congresswoman z Florydy, postanowił brutalnie skrócić kampanię Sandersa. Naturalnie za pomocą mało eleganckich sztuczek. Cała Ameryka mogła je poznać, dzięki operacji rosyjskiego GRU, polegającej kradzieży zawartości serwerów DNC oraz ich publikacji, m. in. za pośrednictwem Wikileaks, tuż przed krajową konwencją demokratów.

O samej operacji rosyjskiego wywiadu wojskowego wiele pożytecznych danych znajdujemy w Raporcie z dochodzenia w sprawie ingerencji Rosji w wybory prezydenckie w 2016 r., czyli słynnym „raporcie Roberta Muellera”, byłego szefa FBI, potem, na okoliczność śledztwa, specjalnego prokuratora w Departamencie Sprawiedliwości. Raporcie w Polsce mało popularnym, mało znanym  i – może i przez to – nie przetłumaczonym na język Polski. Nie znam osobiście wśród swoich rodaków osoby, która przeczytałaby ten dokument lub przynajmniej jedną z jego dwóch równie fascynujących części.

Przed laty w moje ręce wpadło nowe tłumaczenie Anatolija Golicyna Nowe kłamstwa w miejsce starych. Wydane, ku mojemu zdumieniu, przez SKW, zaś opatrzone przedmową Antoniego Macierewicza. Skracając, Golicyn, jako były master-szpieg, miał swój duży wkład w zrozumienie sowieckiej decepcji. To było w latach 60. Potem Golicyn miał swoje lepsze i gorsze momenty, czasem słusznie, czasem nie typując agenturę KGB, celnie lub mniej celnie deszyfrują sowiecką decepcję. Jego pierwsza książka, która ukazała się w 1984 r. jest, miejscami, taką właśnie sinusoidą.

Do meritum, może i Nowe kłamstwa… powinny były znaleźć się w wywiadowczej bibliotece, opatrzone krytyczną analizą naukowców, nie zaś sentymentalną podróżą, ale „raport Muellera”, w języku polskim, winien być w niej od wiosny 2019 r. „Raport” to najbardziej aktualna instrukcja, jak wygląda współczesna, nie XX-wieczna, decepcja i dezintegracja, w wykonaniu takich państw, jak Rosja czy ChRL, za pomocą najnowszych środków technicznych i wielopoziomowej koordynacji, z wykorzystaniem hakerów, mediów społecznościowych, portali i blogów służących proliferacji teorii spiskowych, dzięki sterowaniu emocjami i zdalnej psychomanipulacji, szeregowej agenturze, skorumpowanych politykach i szemranych strategach politycznych, fasadowych spółkach i rajach podatkowych, itd. ingerują w debatę publiczną, w tym w kampanie wyborcze. Ingerują skutecznie. Można z całą pewnością stwierdzić, że rosyjskie służby eksploatują, niezależnie od problemów wewnętrznych Kremla, poza granicami także panikę wokół pandemii „wirusa z Wuhan”, za pomocą tzw. „aktywnych środków”, współcześnie zogniskowanych w przestrzeni internetowej.

Wracając do kampanii wyborczej w 2016 r. Awantura wokół maili oraz otarcie wrogie nastawienie do Sandersa wykopało w Partii Demokratycznej rów nie do zasypania. Jego porażka z Clinton w walce o delegatów, mimo, iż wyraźna i matematycznie słuszna, wydała się rozemocjonowanym, m. in. przez arogancję sztabu Clinton i działalność rosyjskiej „botowej” agentury, zwolennikom „demokratycznego socjalisty” konsekwencją nieczystej gry „establishmentu”. Do zrezygnowanych i zdecydowanych sympatyków Sandersa, gotowych odegrać się na „Hillary”, przemówił Trump. Wprost zaprosił ich do wspólnej zemsty jesienią 2016 r. W rezultacie w dniu wyborów, olbrzymia część demokratycznych wyborców Sandersa pozostała w domach, a inna, również dość spora, zagłosowała na kandydata Republikanów (GOP).

W 2016 r. Sanders oficjalnie poparł Clinton, ale nie zrobił nazbyt wiele – o co była senator ma wciąż do niego pretensje – by zmotywować swoją bazę do głosowania na wspólnego kandydata PD. O ile naturalnie było to w ogóle wykonalne. Niechęć i gniew elektoratu Sandersa, a zapewne i jego samego, była tak wielka, że bał się go nawet przekonywać. Można mnożyć powody obojętności Sandersa. Nie wolno zapominać o chłodnych kalkulacjach politycznych. Również Sanders najpewniej nie wierzył w zwycięstwo Trumpa. Oferta zjednoczenia partii pod jednym szyldem po wyborach byłaby bez wątpienia istotnych argumentem w targach o stanowiska w administracji prezydent Clinton.

Paradoksalnie więc Sanders, kończąc swą kampanię w 2016 r., pozostał „a third party candidate”. Jego wyborcy w dniu wyborów prezydenckich po prostu ogłosili strajk. „Trzeci kandydat” to zmora obydwu dużych partii. Przekonał się o tym nieżyjący już George H. W. Bush, którego kampanii w 1992 r. sporo krwi upuścił biznesmen Ross Perot. Perrot założył wkrótce Partii Reform, do której z czasem dołączył, później nieskutecznie próbując ją przejąć i równie bez sukcesu kandydując z jej ramienia na prezydenta w 2000 r., Donald J. Trump. Trump rozumiem więc wystarczająco rezonans, jaki wywołał „efekt Perrota” w GOP i na scenie politycznej, by przez długi czas grać kartą „trzeciego kandydata” w negocjacjach z GOP w 2016 r.

Obawę przed spolaryzowaniem elektoratu Partii Demokratycznej, czy utraty jego części widać było podczas debat prawyborczych organizowanych od czerwca 2019 r. Kontrkandydaci Sandersa zaatakowali go dopiero w ostatnich. Również liderzy PD, Nancy Pelosi i Chuck Schumer, nie pozwolili sobie na żadne uszczypliwości w stronę senatora, studząc emocje w liberalnych mediach, podszyte przerażeniem po wynikach prawyborczych z Iowa, New Hampshire i Nevady, oświadczając, że nie boją się nominacji Sandersa. „Trzeci kandydat” Sanders, w takiej czy innej formule, nie tylko pogrzebałby szanse na pokonanie Trumpa, ale mógłby doprowadzić wręcz do rozłamu w partii. Jest to obawa, z którą zmagali się i będą zmagać się republikanie, odpowiadając sobie kiedyś na pytanie: „co po Trumpie”.

Demokraci wyciągają też wnioski z kampanii prawyborczej republikanów w 2016 r. Mianowicie, przede wszystkim ze skutków rozdrobnienia elektoratu „umiarkowanego” i tradycyjnie konserwatywnego, czyli dla Demokratów odpowiednio, „umiarkowanego” i „liberalnego”. W „superwtorek” 2016 r. podzielili się nimi w GOP Marco Rubio, Ted Cruz, John Kasich and Ben Carson. Nie dość tego, kandydaci walczy ze sobą zajadle, oszczędzając długo Trumpa. Najbardziej liberalny z republikanów Kasich rywalizował z Cruzem aż do maja. Rubio i Cruz spierali się o te sam elektorat mniejszości latynoskiej. Rubio, nawet przegrywając wyraźnie z Cruzem, nie przyjął jego propozycji, by uformować jeden „ticket” i wspólnie stawić czoła „populiście” Trumpowi.

Tuż przed tegorocznym „superwtorkiem”, który wypadał 3 marca, z ubiegania się o mandat zrezygnowali Pete Buttgieg, kandydat mający niemalże bliźniaczy z Bidenem program wyborczy oraz senator Amy Klobuchair, umiarkowana, bardzo lubiana demokratka z Minnesoty. Dzień przed „superwtorkiem” Bidena poparł popularny w Teksasie, „głosującym” w „superwtorek”, były kandydat na prezydenta Beto O’Rourke. W ten sposób umiarkowana część drużyny prawyborczej zjednoczyła się z Bidenem, natomiast Sanders zmuszony był wciąż walczyć o elektorat „progresywny” z Elizabeth Warren, z którą wszedł wcześniej w osobisty konflikt. Szah i Mat.

Wyniki „superwtorku” spadły na Sandersa jak grom z jasnego nieba. Nie tylko odżył, popełniający mnóstwo gaf, jadący na finansowych oparach Biden, ale establishment PD odzyskał kontrolę nad procesem prawyborczym, który zaczynał płonąć płomieniem „rewolucji Sandersa”. Jak można wysnuć na podstawie publicznych enuncjacji, ambicje ustępujących kandydatów, poskromiono oferując im, już teraz, intratne stanowiska w wirtualnej na razie administracji Bidena. Poparcie ze strony Bloomberga, który zwyczajnie nie zdał testu na kandydata, który może stawić czoła Trumpowi, a zwyciężył w czasie „superwtorku” jedynie na amerykańskim Samoa porywając wszystkich czterech delegatów, było z pozoru symboliczne. Umiejętność Bidena do niezrażania do siebie konkurentów zaowocowała nie tylko wykonalnością „operacji superwtorek” i odzyskaniem przewagi przez obóz „umiarkowanych”, ale scementowała za nami potężną fortunę miliardera, który wydał na swą kampanię $500 mln., przegrał, wcale się tym nie zmartwił i ogłosił założenie jednoosobowego Super PAC, będącego bezdennym rezerwuarem pieniędzy na kampanię anty-trumpowego kandydata. Wisienką na torcie może być poparcie, lub ewentualny brak poparcia dla Sandersa, ze strony Warren.

Trump wygrał wybory w 2016 r., nieco upraszczając, dlatego, że były one referendum nad Hillary Clinton. Nie nad Obamą, demokratami, socjalizmem. Nie nad „policies”: polityką zagraniczną, reformą armii, służbą zdrowia czy edukacją. Gospodarka amerykańska miała się rewelacyjnie, poziom konsumpcji był wysoki, nastroje społeczne generalnie dobre. Sztabowi Trumpa, z pomocą „aktorów zewnętrznych”, udało się uczynić tę kampanię, w drugiej jej części, referendum nad Hillary Clinton. Nie było to arcytrudne zadanie. Dla odrealnionego sztabu Clinton Donald Trump był kandydatem marzeń. Jedynym, który w krajowych sondażach, dość zresztą zwodniczych w elektorskim systemie wyborczym, dawał jej największe szanse na zwycięstwo. Zresztą sondaże te się sprawdziły, Clinton wygrała wybory około trzema milionami głosów, przegrywając 77-oma elektorskimi… Demokraci mają duże szanse wygrać wybory, nawet z urzędującym prezydentem. Carter stracił szanse na reelekcje w dobie energetycznego kryzysu i katastrof w polityce zagranicznej, George H. W. Bush  wyniku gospodarczej recesji, ciągnącej się od 1990 r. – stąd tak duży wynik wyborczy Perota, który wskazał winnych i obiecał łatwe rozwiązania. Obecnie amerykańską polityką wydają się targać wszystkie trzy z wymienionych kryzysów. Warunek wydaje się prosty, wybory muszą być referendum nad Trumpem.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz