Co się dzieje w GOP?

28 lutego 2021

„Wolałbym raczej przegrać bez Donalda Trumpa, niż próbować wygrać razem z nim” – mówił senator Lindsey Graham w 2015 r. Raptem kilka chwil po „ułaskawieniu” byłego prezydenta przez Senat senator Graham prezentował odmienną interpretację owego „być albo nie być”. Wytykał kierownictwu GOP w Izbie Wyższej, iż brak jednomyślności republikańskiej podczas głosowania 13 lutego nad impeachmentem, a także podnoszenie odpowiedzialności moralnej i prawnej Trumpa, zaważyć może na szansach wyborczych republikanów w 2022 r. Miażdżący dla Trumpa, wykrwawiający również reputację GOP, „proces” w Senacie zakończyli wszakże walkowerem ich oponenci, demokraci.

Obserwatorzy impeachmentu nie dawali większych szans demokratom na to, iż uda im się przekonać dostateczną ilość republikańskich senatorów. Sądzili, że pojawi się co najwyżej 4 czy 5 takich śmiałków. Ostatecznie, jak wiemy, za skazaniem nieurzędującego już prezydenta zagłosowało 7 senatorów prawicy. Dopiero przed samym głosowaniem do mediów przeciekła informacja o tym, jak zagłosuje Mitch McConnell, do niedawna klucznik izby, zasiadający w niej od 1984 r. W międzyczasie doszło do porozumienia między obiema partiami, odnośnie kolejnego etapu „procesu”. Właśnie przechodził ów z fazy dowodów rzeczowych do fazy świadectw. Politycy ustalili, że tej ostatniej już nie będzie. Wywołało to nieukrywany szok i kłótnie w obozie demokratycznym.

Przecież dopiero wypłynęły rewelacje o rozmowie między Trumpem a Kevinem McCarthym. W jej trakcie lider mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów wezwał prezydenta do odwołania swych zwolenników z plądrowanego Kapitolu. Trump odmówił, co więcej zarzucił zdesperowanemu McCarthiemu, że zrewoltowany tłum demolujący budynek parlamentu bardziej przejmuje się „fałszerstwem wyborczym”, niż on. „Co ty sobie kurwa wyobrażasz, że z kim rozmawiasz?” – wypluł wściekły McCarty.

Wśród „zeznających” prze Senatem mogli się niebawem pojawić naoczni świadkowie zachowania Trumpa w trakcie puczu. Miast szabrować wraz z armią oddanych sobie zwolenników, ten zaszył się w Białym Domu – i wedle anonimowych relacji – rozpromieniony zmieniał kanały telewizji transmitujących zamieszki na żywo. Sytuacja oskarżonego Trumpa, z wizerunkowego punktu widzenia, wydawała się fatalna. Nie wyraził dotąd nawet żadnej skruchy, natomiast wynajęci przezeń w ostatniej chwili prawnicy stali się pośmiewiskiem izby, budząc zażenowanie nawet wśród oddanych byłemu prezydentowi gwiazd Fox News. Na domiar złego w Georgii wszczęto śledztwo w sprawie próby wymuszenia przez Trumpa fałszerstwa wyborczego na kilku urzędnikach stanowych.

Konsensus między demokratami i republikanami niewątpliwie pomógł wypracować Biały Dom. Joe Biden, który nawet w kuluarach stara się nie wymieniać nazwiska Trumpa (mówiąc o nim ponoć per „former guy”), stara się wciąż domknąć w Senacie konfirmację dla kandydatów na wyższe stanowiska w swym gabinecie. Lecz nie tylko to. Upajanie się torturami, które przechodzi nawet nie sam Trump, ale poszczególni senatorowie GOP, nie gwarantowało żadnych potencjalnych korzyści. Nie zapewniłoby Bidenowi przychylności republikanów w Senacie przy uchwalaniu ustaw czy przy akceptacji umów międzynarodowych. Ostatecznie drogą konsensusu McConnell, pomimo, iż sam głosował za „uniewinnieniem” Trump, wskazując na przesłankę konstytucyjną, dokonał brutalnej oceny „oskarżonego”: „Nie ma wątpliwości, żadnej, że prezydent Trump jest praktycznie i moralnie odpowiedzialny za sprowokowanie wydarzeń [6 stycznia – PZ]”, i dramatycznym tonem stwierdził, że teraz amerykański system kryminalny powinien się nim zainteresować. Słuchającemu tego przed telewizorem Trumpowi nie zrobiło się najpewniej przyjemnie.

McConnel żywił nadzieję, że impeachment ułatwi proces odklejania Trumpa od GOP. On i jego koledzy z izby starli się jednak z oporem partyjnych struktur. Organizm GOP toczy obecnie wspomniana „jednomyślność”, toczy począwszy od struktur lokalnych skończywszy na parlamentarnych posłańcach. Im niżej, tym w stopniu większym. Symptomem zjawiska były „nagany”, jakie otrzymali niektórzy kongresmeni GOP, którzy zagłosowali za impeachmentem Trump w Izbie Reprezentantów.

Lojalność wobec Trumpa przypomina kult jednostki. W GOP zapanował reżim, z jakim zresztą obydwie partie systemu amerykańskiego nigdy w przeszłości się nie zetknęły. Przez dekady GOP była organizacją mocno zdywersyfikowaną, posiadającą swe skrzydła, a wewnątrz różne odcienie konserwatyzmu.” Trumpizm” zlał je na długo w jedną masę, która dzieliła się jedynie w doborze narracji albo teorii spiskowych, wyjaśniających konkretne wydarzenie sprowokowane przez lidera. Partia przestała być dachem dla ludzi, których łączą podobne ideały. Stała się GUŁAG-iem myśli. Konsolidację owego reżimu przyspieszył proces rezygnacji z „członkostwa” w GOP tysięcy zwolenników, zwłaszcza po zamieszkach z 6 stycznia. Wedle sondażu Suffolk University-USA Today 46% republikanów twierdzi, że porzuciłaby GOP, gdyby Trump założył nową partię. Mitch Romeny wygłosił ostatnio opinię, że gdyby Trump wystartował aktualnie w prawyborach, sięgnąłby po nominację. Nie dodał, że na chwilę obecną.

Za „skazaniem” Trumpa zagłosowali głównie senatorowie odchodzący na emeryturę lub potencjalnie starający się o reelekcję później niż za dwa lata. Sam McConnell wygrał niedawno w cuglach kolejną kadencję. Jego stanowisko wszakże musiało odzwierciedlać konsensus w klubie, niekoniecznie dobro całego obozu politycznego. Nie sposób empirycznie potwierdzić, jak i wykluczyć, że „skazanie” i zakazanie Trumpowi kandydowania, przyspieszyłoby detrumpizację. Tym niemniej, po głosowaniu w Senacie, jak powiadają niektórzy – „wojna domowa” w GOP tylko się zaostrza. Aktualnie GOP pęka na dwa obozy. Jeden trumpistowski, drugi tzw. mainstreamowy, którego twarzą się Liz Chaney w Izbie Reprezentantów, córka byłego wiceprezydenta i właśnie Romney w Senacie.

Trump usatysfakcjonowany głosowaniem, ale nie usatysfakcjonowany zło-wróżebnymi słowami McConnella zaatakował go – mocno okrojonym przez własny sztab – zbiorem inwektyw. Wezwał wręcz szeregi partii do usunięcia McConnella, bo ten ma być mocnym obciążeniem dla partii i gwarantem przegranych w 2022 r. Śmiałe słowa wobec ostatnio oglądanych, empirycznie potwierdzonych, osiągnięć Trumpa. Republikanie po raz pierwszy od czasów Herberta Hoovera, a więc niespełna wieku, w cztery lata stracili Biały Dom, Senat i Izbę Reprezentanów. Stali nie partią niewybieralną, która w drugich już z rzędu wyborach prezydenckich przegrała rywalizację o Biały Dom milionami głosów. Nosząca się z zamiarem kandydowania na miejsce Richarda Burra w Senacie w Północnej Karolinie  (Burr głosował za skazaniem Trump, za co otrzymał zresztą „naganę”), w tłocznym już teraz wyścigu, Laura Trumpa, synowa byłego prezydenta, oznajmiła, że jej teść wciąż jest szefem partii i być może wystartuje w wyborach prezydenckich w 2024 r. W podobnym tonie mówiła na dorocznej konferencji Conservative Political Action Conference (CPAC) dziewczyna Donalda Trumpa Jr., była gwiazda Fox News i również była żona demokratycznego gubernatora Kalifornii, Gavina Newsoma, Kimberly Guilfoyle.

Strzelina, która rozrywa partię na dwie części, starej GOP i nowej, trumpistowskiej GOP, dzieli tak samo ruch konserwatywny. Myśliciele konserwatywni już dawno zostali zeń wypchnięci, bądź znajdują się na marginesie. Nie trzęsą nim też nazwiska wielkich senatorów i byłych prezydentów. Dominują w nim charyzmatyczne postaci radia i telewizji, zarówno tego mainstreamowego, jak i czeluści Internetu. Jedną z najbardziej znanych jest Mike Lindel, założyciel przedsiębiorstwa My Pilow, zwolennik tajemniczych uzdrawiających mikstur na Covid-19 i wprowadzenia przez Trumpa „stanu wojennego”, celem utrzymania władzy. Jest dobrym modelem, bo i w jego wypadku trudno orzec czy to silny zwolennik, czy, jak Trump, dobry marketingowiec. W trakcie kampanii podważającej legalność wygranej Bidena, Lindel przeprowadził równoległą kampanię promocyjną dla produktów My Pilow. Oferując specjalne kody promocyjne na hasła: „FightforTrump”, „Proof” i „QAnon”. Zwiększył tym sposobem sprzedaż firmy o 30-40%.

Obrazu aktualnego ruchu konserwatywnego niech dopełni skład gości tegorocznej CPAC. Wystąpił na niej Trump, jego syn, dziewczyna syna, urodziwa gubernator Południowej Dakoty, która zasłynęła anty-maseczkową polityką, która doprowadziła do gwałtownej fali zachorowań w nie najludniejszym stanie oraz senator Josh Hawley, który tuż przed puczem zagrzewał rozogniony tłum do boju, gestem uniesionej i zaciśniętej w pięść dłoni. Udziału w niej odmówił były wiceprezydent Pence, obawiając się, że potraktowany zostanie tak jak na Kapitolu, w trakcie zamieszek. Zaproszenia odmówiono wszystkim politykom, którzy ośmielili się skrytykować Trumpa. Odmówiono go nawet byłej ambasador przy ONZ, Nikki Haley, broniącej byłego prezydenta w najtrudniejszych dla niego sytuacjach. Niedawno jednak w wywiadzie dla „Politico” Haley powiedziała, że Trump zawiódł „nas”:

„Poszedł ścieżką, której nie powinien był, a my nie powinniśmy byli za nim podążać i nie powinniśmy go byli słuchać. I nie możemy pozwolić, aby to się powtórzyło. […] Nie sądzę też, że Partia Republikańska wróci do tego, co było przed Donaldem Trumpem. Nie sądzę, że powinna. Sądzę, że powinniśmy zachować to, co zrobił dobrego, odrzucić to, co zrobił złego, i zmierzać do miejsca, gdzie możemy być wartościową i efektywną partią”.

Wystąpienie Trumpa na CPAC był mało porywające dla zgromadzonego tam tłumu. Te same slogany o sfałszowanych wyborach, lista proskrypcyjna polityków, którzy go potępili… W zwyczajowym sondażu wieńczącym konferencję Trump uzyskał 55%, mimo, że 95% zebranych na CPAC oczekuje od GOP, że będzie kontynuowała politykę Trumpa, a cała impreza, doborem gości, tematów i haseł, była przygotowana pod byłego prezydenta. To, z czego żartowano na konferencji, głośno wypowiedział z podestu Donald Trump Jr. – to nie jest CPAC, ale TPAC, Trump Political Action Conference. Furorę na korytarzach Hotelu Hyatt w Orlando, gdzie odbywała się impreza, robił złoty posąg Trumpa, wywołujący niefortunne skojarzenia do złotego cielca. Syn byłego prezydenta dowiódł, że w „trumpizmie” chodzi o konkretną jednostkę, Donalda J. Trumpa, nie zaś o politykę. Jego następca, nawet jeśli nosi nazwisko Trump, nie jest automatycznym spadkobiercą popularności. Donald Trump Jr. zajął w rzeczonym sondażu czwarte miejsce z 8%.

68% uczestników CPAC opowiedziało się za ponownym startem Trumpa w wyborach. Jest to liczba rozczarowująca dla Trumpa. Jak było powiedziany, tegoroczny CPAC był imprezą „trumpistow”, celebrujących z mównicy głównego gościa. Konferencja w niczym nie przypominała dawnych edycji, gdy bez obaw o swoje zdrowie fizyczne spotykał się szeroki wachlarz republikanów: fiskalnych konserwatystów, społecznych konserwatystów, paleokonserwatystów, libertarian…, którzy spierali się odnośnie podatków, inwestycji federalnych, zagrożeń zewnętrznych, itd.

Mimo tej de facto pozornej ofensywy Trumpa w ruchu i GOP, głośna decyzja Sądu Najwyższego przypomniała wszystkim, że Trump to słabe spoiwo prawej strony i raczej marny gwarant marszu po władzę w Kongresie. Wstrzymywana od lipca zeszłego roku, przez toczącą się kampanię wyborczą, ostateczna decyzja najwyższego organu sądowego, nakazująca firmie podatkowej Trumpa przekazanie jego dokumentacji podatkowej nowojorskim prokuratorom, stała się faktem i początkiem poważnych tarapatów byłego prezydenta. Ten zresztą zareagował na owe wieści panicznym oświadczeniem o rewanżyzmie demokratów, choć decyzję podjął sąd, do którego wprowadził aż trzech pro-republikańskich sędziów.

McConnell, pragmatyk do-bólu zdaje sobie sprawę, że lista kłopotów Trumpa jest porażająco długa, a jego gwiazda w GOP musi się wypalić, paląc przy okazji wszystko w pobliżu. Stąd jego wysiłki, by się odeń odciąć. Trump popierając swoich kandydatów w 2022 r., co zapowiedział, osłabiając szanse innych, zagwarantuje kolejne, ale zwycięstwo demokratów. W swym wystąpieniu na CPAC zapowiedział, że nie założy nowej partii. Dziewczyna jego syna rzuciła buńczucznie, że ma już partię – GOP. Jak na razie udowodnił, że potrafił ustalić listę gości na radykalizującym się od kilku lat CPAC, jeśli ten odbywa się na Florydzie, gdzie wznosi się posiadłość Trumpów i gdzie ma sprzyjającego gubernatora. Dodajmy – kalkulującego gubernatora. Ron DeSantis zdobył 43% w sondażu CPAC, gdyby Trump ostatecznie nie wystartował.

Trump znajdując się w trudnej sytuacji prawnej nie ulży sobie kandydując na urząd prezydencki. Nie wygra. Nie sięgnie więc po owoc z drzewa immunitetu. Jego obecne zaufanie społeczne wynosi 38%, a brakiem tegoż obdarza go ok. 58% Amerykanów. W tej konkurencji pokonuje nawet tradycyjnie niepopularną Nancy Pelosi, demokratycznej Speaker Izby Reprezentantów. Ponad połowa Amerykanów opowiadała się niedawno w sondażach za „skazaniem” Trumpa i zabraniem mu biernego prawa głosu. Były deweloper i showman potrzebuje prezydenta z GOP, który mu potencjalnie ulży. Ale za trzy lata, gdy ogólna kampania wejdzie w zasadniczą fazę, złota litera „T” na fasadzie sztabu wyborczego może prędzej odstraszać, aniżeli przyciągać inwestorów i klientów (donatorów i wyborców).

GOP czeka długi okres odwyku po czterech latach „trumpizmu”, zabliźniania ran po „wojnie domowej” i finalnie faza odświeżania własnej marki. Zresztą świadomość, że nie da się wygrywać wyborów oraz rządzić współczesną Ameryką, wyłącznie stymulując pierwotne instynkty, jest tam od wielu lat. Równie też prędko zdiagnozowano, czym był „trumpizm”. Dowodzą tego słowa Grahama, zacytowane na początku. „Trumpizm” jednak zmienił partię, albo będąc bardziej precyzyjnym, przyspieszył zmiany zachodzące w wyniku zmian kulturowych i demograficznych. Chyba należy zgodzić się ze słowami Rocka Santorum, byłego kandydata GOP na prezydenta, który zawyrokował, że GOP nie jest już partią elit. Była nią, ale już nie jest.

„Nie jesteśmy partią przedmieść, nie jesteśmy partią elit, nie jesteśmy partią wielkiego biznesu. Jesteśmy partią pracujących mężczyzn i kobiet. A to duża zmiana w ciągu ostatnich 30 lat”.

Paweł Zyzak

Artykuł ukazał się w periodyku „Myśl Suwerenna”.

Dodaj komentarz