Co mówi Trump?

5 września 2015
Co mówi Trump? 
Paweł Zyzak

Mariusz „Max” Kolonko przekonuje, że Donald Trump, miliarder i kandydat GOP na prezydenta: „Mówi jak jest”. Sprawa robi się poważna, bo Kolonko uważa się za dziennikarza, który wie i „mówi jak jest”. Chris Christie, gubernator New Jersey i kontrkandydat Trumpa, którego hasło wyborcze brzmi właśnie: „Mówię jak jest”, może nie mieć szans.

Kolonko twierdzi, że amerykański establishment polityczny „nie potrafi zrozumieć”, skąd Trump wziął się, „nie rozumie tego fenomenu”. „Establishment polityczny powinien zaakceptować Donalda Trumpa” – oznajmia. Obserwuję raczej pilnie amerykańską kampanię wyborczą oraz tamtejszą scenę polityczną i nie bardzo rozumiem, o czym Kolonko mówi. Republikanie znają poglądy swoich wyborców dobrze, ale politycy niekoniecznie mówią – słusznie i niesłusznie – to, co myślą. Trump mówi to, co boli mieszkańców- zwłaszcza stanów południowych, i póki co na tym zyskuje.

Kwestia akceptacji: Trump skorzystał ze swych praw członka obozu republikańskiego i wystartował w biegu wyborczym. Ściągnął na siebie krytykę kierownictwa GOP, głównie za odejście od niepisanych reguł gry. Partia mianowicie podejrzewa, że jeśli wynik prawyborów nie usatysfakcjonuje miliardera, ten zdradzi ją i wystartuje jako niezależny kandydat. Stosując swego rodzaju szantaż, Trump przyznaje „moralną” rację kierownictwu partii.

Wcale nie jest doń przymuszony. Biznesmen dysponuje środkami finansowymi i wpływami politycznymi, pozwalającymi mu od początku na samodzielne kandydowanie. Z drugiej strony, rzeczywiście posiada w tej chwili duże szanse na zdobycie nominacji. Establishment akceptuje Trumpa, a dowodem tego jest strach. Obnażyła ów debata zorganizowana przez FOX News, gdzie moderatorzy stacji próbowali – wchodząc w rolę polityków – wydobyć z ust Trumpa deklarację lojalności względem – podkreślmy – zasad obowiązujących w prawyborach GOP. Moim zdaniem establishment partyjny bardziej niż poglądów Trumpa obawia się, że „ekscentryczny miliarder” rozbije elektorat i zaprzepaści szansę republikanów na zdobycie Białego Domu.

Kontrowersyjny Trump

Jeśli idzie o poglądy polityczne, źródłem kontrowersji znowuż jest sam Trump. Wcale nie ze względu na ich treść czy formę. Kandydatów republikańskich jest poza nim szesnastu. Jeśli oni złoszczą się na Trumpa to również z obawy, że po przegranej biznesmena w równym wyścigu prawyborczym, ten pogrzebie ich własne szanse. Trump irytuje ich nie dlatego, że jest spoza klasy politycznej, ale dlatego, że przez dekady należał do klasy lobbystów. W praktyce jego lobbing polegał na finansowaniu kampanii wyborczych, potem kongresmenów, senatorów i urzędników niższego szczebla, by osiągać przeróżne biznesowe cele.

Określanie Trumpa – „kandydatem antysystemowym”, tak jak Barack Obama „spoza establishmentu” – jest moim zdaniem intelektualnym nadużyciem. A to właśnie Mariusz Kolonko czyni. W jednym i drugim przypadku. Zamierzchłe związki Obamy z „systemem” chicagowskim, do dziś budzą wielkie kontrowersje. Między Obamą i Trumpem jest pewna zbieżność, zbieżność owszem, oparta na społecznej awersji. Jednakże jest to awersja prędzej „anty-partyjna” aniżeli „antysystemowa”. Społeczeństwo jest zwyczajnie znudzone modelem polityka, który swoją postawą, słowem i działaniami – całym sobą – wyraża lojalność partyjną. Jest niesłowny, nieudolny, niewyraźny i wiecznie kompromisowy.

„On te wybory może wygrać, ma dwucyfrową przewagę” – mówi Mariusz Kolonko. Twierdzi, że podczas debaty prawyborczej w Cleveland „Rand Paul go atakował, ludzie go [Paula – P. Z.] nie lubili, to było poniżej krytyki”. Oglądaliśmy więc dwie różne debaty. Ja w trakcie pojedynku słyszałem wielkie niezadowolenie dużej części publiczności, wręcz jej wrogość, ale względem Trumpa. Buczano niemal każdorazowo, gdy odpowiadając – na jednakowo dla wszystkich kandydatów niewygodne pytania dotykające przeszłości – lawirował.

Przewaga Trumpa w elektoracie GOP jest iluzoryczna. Wcale nie jest dwucyfrowa. W ostatnim sondażu w miarodajnym Iowa, Trump osiąga wynik 23%, drugi jest Ben Carson z 18%, a następny Ted Cruz z 8%. Biznesmen posiada bodaj największy elektorat negatywny. Drażni konserwatystów swą arogancją i zacietrzewieniem, ale przede wszystkim nie wierzą w jego konserwatyzm. Mariusz Kolonko oburza się na słowa byłego gubernatora Teksasu, Ricka Perry’ego, że „Donald Trump jest rakiem na konserwatyzmie i musi być jasno zdiagnozowany, wycięty i odrzucony”. Mocne słowa, może za mocne, ale dotykające sedna problemu, bo poglądów Trumpa sam Mariusz Kolonko nie zna.

Konserwatyzm Trumpa

Biznesmen był przez lata członkiem Partii Demokratycznej. W 2001 r. „wypisał się” z GOP i przeszedł do obozu demokratów. W 2009 r. „wypisał się” z Partii Demokratycznej i wpisał się do obozu republikanów. Trump finansował polityków obydwu głównych partii. Łożył pieniądze na kampanie Busha i McCaina, jak i Teda Kennedy’ego i Johna Kerry’ego. Zmieniał poglądy w kwestiach zasadniczych, takich, jak np. aborcja albo zaostrzał je w takich jak bezpieczeństwo narodowe i stosunki międzynarodowe. Ale najlepszym weryfikatorem „konserwatyzmu” Trumpa jest jego stosunek do Biblii.

W lutym, podczas obchodów Lincoln Day w Michigan, Trump rozwodził się m. in. nad walorami Pisma Świętego. Oznajmił publiczności, że to jego „najulubieńsza książka”. „Nic nie pobije Biblii! Nic nie pobije Biblii!” – krzyczał. Nie była to pierwsza taka eksplozja miłości Trumpa do Biblii, bo wielokroć, na wiecach i w telewizji przekonywał, że ją „kocha”. Kocha też katolików. W CNN zapewnił: „Jestem protestantem, ale mam wielki szacunek do papieża”. Kiedy indziej: „Jeśli wygram, będę najlepszym reprezentantem chrześcijan, jakiego mieli”. Trump, podpierając się „religią” i „Bogiem”, faktycznie przypomina Obamę, któremu w 2008 r. zarzucano, że nie jest osobą religijną – w wypadku prezydenckiego kandydata w USA rzecz wysoce problematyczna – a nawet, że nie jest chrześcijaninem. Obama na siłę udowadniał więc swoje związki z chrześcijaństwem.

Ostatnio ekipa stacji Bloomberg zapytała Trumpa o jego ulubiony wers z Biblii. Rezultat był komiczny. Trump odrzekł: „Nie chcę w to wchodzić. To dla mnie sprawy bardzo osobiste. […] Biblia wiele dla mnie znaczy, ale nie chcę wchodzić w detale”. Dziennikarz zapytał więc, czy woli Stary czy Nowy Testament. „Chyba [lubię] je tak samo. Są po prostu niesamowite”… A oto, jak Trump opisał swą przygodę z komunią świętą: „Kiedy idziemy do kościoła i kiedy wypijam moje małe wino […] i zjadam mojego małego krakersa…”.

Kontrkandydaci Trumpa nie są bynajmniej- jak sugeruje Kolonko- zjednoczeni przeciwko niemu. W rzeczywistości jest trzech kandydatów spoza tzw. „establishmentu”. Obok Trumpa wspomniany czarnoskóry neurochirurg Carson oraz Cara „Carly” Fiorina, była prezes korporacji Hewlett-Packard. Wszyscy, włącznie z Trumpem, od lat należą do partii i ją od lat na różne sposoby wspierają. Fiorina należała do zespołu doradców Johna McCaina podczas kampanii prezydenckiej w 2008 r., zaś Carson w 2004 r. został mianowany przez George’a W. Busha członkiem Prezydenckiej Rady Bioetycznej.

Nie jest też tak, że kontrkandydaci nie uznają Trumpa. Wszyscy niemal uczestniczą w debacie publicznej, którą Trump wręcz inspiruje. Co poniektórzy są zazdrośni, że zaabsorbował niemal całą uwagę mediów i opinii publicznej, ale uczestniczą w niej dobrowolnie. Kandydaci GOP są różni i w przeciwieństwie do obozu demokratów – różnią się od siebie poglądami, a poza tym doświadczeniem, wykształceniem, temperamentem, charakterem, itd. Nie wszyscy też lubią Trumpa. Jest taki np. Jeb Bush, który mówi o Trumpie per „this guy”, czyli „ten facet”, bo nie może wymówić nazwiska „uzurpatora”. Bush rywalizację z Trumpem traktuje osobiście – jego małżonka jest naturalizowaną Meksykanka, zaś retoryka miliardera uderza w emigrantów zza południowej granicy USA. Są i tacy, którzy zapożyczają punkty „programu” – choć to może za duże słowo – Donalda Trumpa. W pierwszej kolejności Ted Cruz.

Dyktator Trump

„Mówiłem Państwu, Polsce potrzeba dyktatora, ale Ameryce potrzeba tego dyktatora też i Donald Trump w mojej ocenie takim kandydatem jak najbardziej jest” – mówi Mariusz Kolonko. Wątpię, żeby Ameryka potrzebowała kolejnego Obamy, tyle że starszego i z farbowanymi włosami. Obama i Trump tylko pozornie reprezentują dwa bieguny polityczne. Obama dorastał politycznie w świecie monopolu marksistowskiego, Trump w świecie monopolu deweloperskiego. Obaj stosują populizm i metody politycznej decepcji. Obama wyniósł je z twórczości Saula Alinsky’ego, Trump z równie bezwzględnego „świata wielkiego biznesu”.

Kolonko zdaje się kibicować Trumpowi jako kandydatowi „antysystemowemu”, by na koniec filmiku „Polakom daleko do Ameryki”, wyrazić pochwałę amerykańskiego systemu: „To jest wspaniała rzecz, jeśli chodzi o system polityczny w Ameryce, że oglądamy go [Trumpa], dlatego że ludzie go chcą oglądać”. Stacje telewizyjne zrzucają z anteny programy i, żeby podnieść oglądalność, „dają to, co ludzie chcą zobaczyć” – zachwyca się dalej – „A mnie się łza w oku kręci. Dlatego, że mówię sobie taki fenomen nie mógłby pojawić się w Polsce niestety. Dlatego, że w Polsce mówienie jak jest…”.

Wreszcie dowiadujemy się, co gra w duszy Mariusza Kolonko. „Ja to [poczułem] na swojej skórze – mówi – […] ponieważ mówię jak jest od dwóch lat. I tak jak z Donaldem Trumpem na początku było, ten establishment medialny i polityczny nazywa cię oszołomem. Potem zaczynają mówić, że jesteś jakiś showman […]. Ale po jakimś czasie establishment cię przemilcza, spychają cię do drugiego obiegu”.

Może Kolonko nie cierpi na nadmiar skromności, ale jest – jak dla mnie – bardzo pozytywną postacią. Jego miejsce, bez wątpienia, jest w polskiej telewizji. Kolonko jest barwnym i sympatycznym dziennikarzem, po stokroć bardziej kompetentnym od „gwiazd” polskiego dziennikarstwa. Jednakże jego polityczne porównania i przepowiednie wydają mi się czasem erupcją kabotyństwa. Kolonko powinien kręcić – moim zdaniem – te swoje bardzo interesujące reportaże dla szerokiej publiczności, a nawet mieć własny show. Wolałbym jednak, aby jedna arogancja nie zastąpiła drugiej, bo arogancja jest jedna. To, czym może się faktycznie odróżnić od nielubianego przez siebie Lisa, to niezależność. Antysystemowość nie jest żadną wartością. Wszystkie rewolucje francuskie i rosyjskie były antysystemowe, ale niemal wszyscy konserwatyści – do których Mariusz Kolonko chce się od dwóch lat zaliczać – potępiają rewolucyjne założenia, metody i rezultaty.

W Polsce to za niezależność, a nie za antysystemowość, wyrzuca się ludzi z pracy albo „przemilcza”. Antysystemowość można kontrolować, niezależności nie. Ba, antysystemowość i niezależność potrafią się wykluczać. W Polsce najbardziej nawet antysystemowe organizacje usuwają ze swych szeregów ludzi niezależnych. Za niezależność płaci się brakiem ofert pracy oraz utratą awansu. Życzę Mariuszowi Kolonko, aby pozostał niezależnym dziennikarzem, bo takich ludzi w Polsce potrzeba. O faktycznej niezależności człowieka świadczy jego niezbywalny kodeks zasad, a te Trump – zdaje mi się – gotów łatwo przehandlować.

 Paweł Zyzak

Dodaj komentarz