Bój o dobre imię

21 kwietnia 2020
Świętowanie zawieszenia broni w Londynie, 11 listopada 1918 r. Źródło: www.home.bt.com

Były szef amerykańskiej Food and Drug Administration, Scott Gottlieb, dokonał nieco przedwczesnego porównania, stwierdzając, iż SARS-CoV-19 w 1918 r., „biorąc pod uwagę profil tego wirusa, prawdopodobnie byłby o wiele bardziej zabójczy niż hiszpańska grypa”. Nieco przedwczesnego i niesymetrycznego, bo obydwa wirusy atakują różne grupy wiekowe i zupełnie inne populacje, choć ex-komisarz wcale nie musi się mylić. Po analogie warto sięgać. Na pewno wiele potrafią powiedzieć o zjawiskach społecznych, o decydentach, o nas samych, inspirując często wcale konkluzywne rozważania. Wirus, ustrojstwo mniejsze od bakterii dwudziestokrotnie, pozostaje wciąż nieuchwytny dla ludzkiego oka i wierzchniej osłony człowieka, tak wczoraj, jak i przed wiekiem.

Dobrnęliśmy w naszych rozważaniach do roku 1918, do wybuchu pandemii tzw. „hiszpańskiej grypy”. W tym, i w następnym materiale, pojawią się analogie pomocne w interpretacji współczesnych wydarzeń. Wpierw garści faktów z wiedzy powszechnej. Wedle szacunków, „hiszpanka” zainfekowała jedną trzecią ludności świata, czyli ok. 500 mln. ludzi. Miała przyczynić się do śmierci 50-100 mln. istnień ludzkich, przewyższając tym samym żniwo, jakie zebrała Wielka Wojna (ok. 17 mln. ofiar), a nawet jej druga odsłona w latach 1939-1945 (ok. 60 mln.)

Większość zgonów przypadła na okres między połową września i połową grudnia 1918 r. Pierwszy przypadek „hiszpanki” zarejestrowano w obozie szkoleniowym armii amerykańskiej w Funston, w stanie Kansas 4 marca 1918 r. Do szpitala polowego zgłosił się z objawami bólu gardła, gorączki i bolącą głową niejaki Albert Gitchel. W kwietniu „hiszpanka” rozprzestrzeniła na amerykański Midwest, docierając do portów Wielkich Jezior, gdzie na poborowych oczekiwały kolejne okręty marynarki wojennej. Ci zaś zabrali ją na zachodnioeuropejski front. Jeszcze w kwietniu „hiszpanka” trafiła do francuskich okopów. W maju wkroczyła na polskie kiedyś ziemie, do Wrocławia. Wycofujące się po traktacie w Brześciu Litewskim, podpisanym w marcu, rosyjskie armie poniosły ją dalej na wschód.

„Hiszpanka” miała zasadniczy wpływ na przebieg działań wojennych. Zatrzymała, można rzec, ofensywę niemiecką na niemieckim froncie zachodnim. Zamknięcie wschodniego i przerzucenie wojsk nie zrekompensowało faktu znaczącego osłabienia wojsk tajemniczą chorobą. Wirus rozprzestrzeniał się na duże ośrodki miejsce, gdzie z kolei podsycał i tak już zaognione nastroje. Wciąż była to pierwsza fala nowej grypy, względnie łagodna dla organizmu. W sierpniu „hiszpanka” miała powrócić. Wzmocniona i prawdziwie zabójcza. Do rodzącej się Polski druga jej fala wkroczyła z terytoriów wszystkich trzech zaborców. We wrześniu zainfekowany był już cały kontynent europejski. Po świecie, do wszystkich jego zakątków, rozwoziły ją powracające armie, personel oraz migrujący w te i we w tę zwykli ludzie. Jednocześnie z całego świata do zakażonej Francji, gdzie toczyły się rozmowy pokojowe, zjeżdżali politycy, przedsiębiorcy, filantropi i związkowcy z całego świata. W rozprzestrzenianiu się wirusa – wówczas czysto teoretycznego, nieznanego szerzej pasożyta – wydatnie pomagały celebracje i parady zwycięstwa, protesty i polityczne wiece. Krótko mówiąc, zakończenie wojny stworzyło idealne warunki dla ekspansji wysoce zakaźnego wirusa. Równie dobre, jak te, które otrzymał wiek później „wirus z Wuhan”, „wstrzeliwując się” w okres świąteczny…

To, cośmy sobie przed chwilą powiedzieli, nie oznacza, że „hiszpanka” narodziła się właśnie w USA. Teorie o pochodzeniu wirusa H1N1 są co najmniej trzy: „chińska”, „amerykańska” i jej odwrotność, „francuska-okopowa”. Wedle tej ostatniej wirus zabijał już w 1916 r. w miejscowości Etaples, stacjonujących tam francuskich wojaków. Okazuje się, że w XXI w. teorii o pochodzeniu Covid-19 może być całe mnóstwo, niektórych zaiste bardzo malowniczych. Dominują dwie główne: „chińska” i jej odbicie lustrzane, „amerykańska”.

Równolegle toczą się pokrewne deliberacje, jaką nazwę otrzyma finalnie słynny koronawirus. Niechcący – bo wirusy wyrzucono niegdyś poza zbiór organizmów żywych – SARS-CoV-2 otworzył przepastne pole batalii propagandowej. Jeżeli początkowo najbardziej aktywny był Kreml, nie potrafiący się powstrzymać od działań dywersyjno-dezinformacyjnych, to po jego wycofaniu się z frontu wskutek domowej katastrofy epidemiologicznej, nadaktywny wręcz stał Pekin. Swoim agresywnym, wielopłaszczyznowym działaniem, głównie na arenie międzynarodowej, ChRL zaskoczyła przede wszystkim Waszyngton, akurat, gdy ten próbował zapanować nad kryzysem epidemiologicznym u siebie. Na porażkę natomiast ChRL wydaje się być skazana na amerykańskim gruncie. Nie dość, że miejscowe nastroje są jej generalnie nieprzychylne, to trafiło na rok wyborczy. Jeden ze sztabów uczynił reżim chiński osią kampanii wyborczej swego kandydata.

Warunki zatem twórcze do powstania nazwy koronawirusa są. Mając na względzie właśnie analogie, „czarnym koniem” tej batalii może się okazać jej „wielki nieobecny”, jeszcze tego nieświadomy kandydat, który pogodzi ze sobą potęgi. Panama, Filipiny, a może Kambodża, skoro pojawiły się w mediach opinie, że „pacjenta zero” należało szukać na południe od Wuhan?

Właśnie takie szczęście spotkało kiedyś Hiszpanię. Kiedy nowa, dolegliwa odmiana grypy zaatakowała francuskie społeczeństwo, zaczęto się oczywiście poszukiwać kraju pochodzenia tejże. Francuzi uznali, że grypa przybyła do nich z Szwajcarii, gdzie w Alpach kurowało się wielu rannych z obozu alianckiego, ale też i żołnierzy państw centralnych. Szwajcarzy zatem uznali, że zakaziły ich Niemcy i Austria, mimo wprowadzenia kwarantanny na swych granicach.

W maju grypa przybyła do Hiszpanii. Także Hiszpanie byli przekonani, że zaraza przybyła zza granicy. Niewątpliwie mieli rację. Od dwóch miesięcy epidemia szerzyła się w USA, od miesiąca szalała we Francji i w Wielkiej Brytanii, ale tego nie wiedzieli… Z prostej przyczyny. Państwa walczących stron cenzurowały wiadomości na temat epidemii, aby nie wzbudzać paniki i nie osławiać morale swych wojsk. Te ostatnie skutecznie osłabiała już sama grypa. Francuscy lekarze wojskowi nie używali nawet pojęcia „grypy”. Mówili o „chorobie jedenaście”. Hiszpania stała się więc ofiarą obcej cenzury, a zarazem wojennej propagandy. Jeżeli nigdzie w około nie stwierdzono epidemii grypy, to neutralna Hiszpania, gdzie media nieskrępowanie pisały o niepokojącym zjawisku, uznana została za „pacjenta zero”.

Sami Hiszpanie uważali chorobę za importowaną. Przezwana została „Żołnierzem z Neapolu”, bo trafiła na czas, gdy dużą popularnością w Madrycie cieszyła się Pieśń o zapomnieniu, z operetki opartej o na poły-legendarną postać Don Juana. Ale to nie we Włoszech doszukiwano się sprawcy. Hiszpania została oskarżona przez jedyne państwo, które faktycznie zaraziła – Portugalię. Odwdzięczyła się jej tym samym. Tysiące pracowników zarówno hiszpańskich, jak i portugalskich, pracowało w czasie wojny we francuskim przemyśle i rolnictwie, zastępując Francuzów, którzy powędrowali na front. Owi „sezonowi” pracownicy powracali do swoich domów. Wojna dobiegała końca. Hiszpania w przypływie pasji objęli kordonem sanitarnym stacje kolejowe, przez które przejeżdżały pociągi wiozące Portugalczyków w rodzinne strony. Na stacjach pasażerowie byli spryskiwani cuchnącą miksturą środków dezynfekujących, nierzadko zatrzymywani na 8 godzin. Opornych karaną grzywną.

Hiszpanie, co ciekawe, odrzucają „hiszpańską” etykietę choroby. W wewnętrznej debacie, która przetoczyła się w kolejnych dekadach, podejrzewano wręcz „anty-hiszpański” spisek, zawiązany przez państwa anglosaskie, będący kontynuacją rywalizacji sięgającej XVI w. Pojawiały się głosy, iż jest to element „anty-konkwistadorskiej” propagandy, „czarna legenda”, mająca zszargać wizerunek Hiszpanów na kontynentach amerykańskich. Mieli Hiszpanie pecha. Państwa do tej pory ze sobą walczące, w tym ich zachodni sąsiedzi, zsumowane, miały decydujący wpływ na globalną debatę publiczną. Jeżeli nawet w samej Hiszpanii nie pisze się o „hiszpańskiej grypie”, my ten termin z przyzwyczajenia eksploatujemy.

Nie od razu termin zafunkcjonował w świadomości ogółu. Z początku do głosu dochodziły wyłącznie lokalizmy. W Senegalu „hiszpanka” została okrzyknięta „brazylijską grypą”, a w Brazylii „niemiecką grypą”, mimo, iż drugą dopiero falę dostarczył na miejsce, dokładnie 16 września, brytyjski statek pocztowy SS Demerara, cumujący w brazylijskim porcie Recife. Wcześniej cumował ów m. in. w Dakarze, a po opuszczeniu Recife, nie niepokojony przez nikogo zawitał w Rio. W Danii podejrzewano, wiadomo, Niemców, Persowie oskarżali Brytyjczyków, Japończycy… swoich zawodników sumo. Pierwsze ognisko stwierdzono na zawodach tej dyscypliny. Mówiło się więc na japońskim archipelagu o „grypie sumo”. W walońskiej części Belgii „hiszpankę” nazywano „gorączką flandryjską”, w Rosji zaś „gorączką chińską”. A w Polsce? Polacy przezwaliśmy ją, kto by się spodziewał… „chorobą bolszewicką”.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz