Chiński przegląd wojsk

21 sierpnia 2015
Chiński przegląd wojsk 
Paweł Zyzak

W Chinach odbędzie się wkrótce parada, jakiej świat dawno nie widział. 3 września w Pekin świętował będzie 70 rocznicę zakończenia II wojny światowej. W dniu tym zamknięte będą lotniska, a nad głowami ludzi nie przefrunie nawet jeden cywilny dron. Na placach i ulicach stanie 2,8 mln. donic na kwiaty. Z trybuny przemówi prezydent Xi Jinping, przed którym przemaszerują setki wojsk wszystkich typów, przejadą czołgi rakiety. Będzie to pierwszy taki jego występ odkąd w 2012 r. objął władzę i pierwsza tych rozmiarów parada od roku 2009. Zaledwie 15-ta w historii komunistycznych Chin.

11 sierpnia w programie „Evening News” w stacji CBS, aktualny Sekretarz Stanu USA, John Kerry stwierdził, że przez ostatnie miesiące Chińczycy i Rosjanie „biorą udział w cyberatakach atakach wymierzonych w amerykańskie interesy, przeciwko amerykańskiemu rządowi. Jest to sprawa, którą mocno zaznaczyliśmy w naszym dialogu z rządem chińskim”. Dziennikarz zadał mu pytanie: „Czy jest możliwe, że Pańskie e-maile są czytane?”. Ten, nie czekając na pauzę, odparł: „To bardzo prawdopodobne”.

Kerry wbił tym sposobem jeden z ostatnich gwoździ do trumny kampanii wyborczej Hillary Clinton. Była Sekretarz Stanu znajduje się obecnie pod obstrzałem FBI, Kongresu i mediów, przez fakt, iż w okresie urzędowania przetrzymywała korespondencję urzędową na prywatnym serwerze – w tym również materiały poufne, z klauzulą Top Secret włącznie. Jest dziś prawie pewne, że ambitna polityk skapituluje i wycofa się z wyścigu prezydenckiego. Kerry najpewniej nie popełnił tego, co ona błędu, nie kopiował nigdzie – nie wiedzieć po co – rządowych dokumentów i dalej korzysta z zaawansowanych technologicznie zabezpieczeń. Mimo to czuje po kościach, że jego korespondencję czytają Władimir Putin i Xi Jinping. Korespondencję Clinton czytać mógł nawet kalif Państwa Islamskiego…

Wypowiedź sekretarza niepokoi. Jest wyrazem bezradności, a może nawet desperacji. O atakach hackerskich media, politycy, a nawet ludzie służb specjalnych, donoszą od… lat. Skoro Kerry przyznaje, że istotnie powraca moda na korespondencję papierową, po którą szpieg musiał przynajmniej wyjść z domu, potwierdza, że na świecie toczy się niewidzialna wojna cybernetyczna i być może Amerykanie w niej przegrywają. Powie ktoś: no i co z tego, Amerykanie też nas wszystkich podsłuchują. Pewno i podsłuchują. W USA wciąż jednak istnieją prawa i instytucje, które chronią interes obywatela i potencjalnie mogą powstrzymać nielegalny proceder. W Rosji i Chinach, obawiam się nie, ma nawet suwerennych sądów.

Czerwcowa decyzja republikańskiego Kongresu USA, o ograniczeniu kompetencji National Security Agency (NSA), wywołała nawet w tymże obozie republikanów ostre podziały. Były burmistrz Nowego Yorku Rudy Giuliani, i wielu senatorów, podnosiło, że w epoce rosnącego zagrożenia cybernetycznego, nie można „wiązać rąk” rządowym agencjom, które dbają o bezpieczeństwo narodowe. Argument na pewno wart wysłuchania.

Igraszki z historią

W teorii wielka parada w Pekinie to pielęgnowanie historii i troska o pamięć 15 mln. ofiar tzw. drugiej wojny chińsko-japońskiej, 1937-1945. Władze chińskie chcą przypomnieć o poświęceniu żołnierzy, którzy zmagali się z odwiecznym wrogiem. I tu tkwi problem, bo to nie komuniści walczyli z japoński zagrożeniem, tylko ówczesny rząd Kuomintangu. Właściwie to ścieżki skromnych oddziałów komunistycznych były wówczas dość kręte. Komuniści kolaborowali często z Japończykami, próbując osłabić siły Czang Kaj-szeka, sami zaś unikali potyczek z wojskami najeźdźcy, aby nie uszczuplić własnych. Historycznie rzecz ujmując, prawowity rząd chiński znajduje się obecnie na Tajwanie, a nie w Pekinie. Ale o tym chińskie szkoły, muzea i programy informacyjne nie informują.

W paradach, jak ta planowana, historia jest tylko narzędziem. Uczy nas tego choćby przykład wielkich majowych pokazów siły na Kremlu, wskrzeszonych przez rząd Putina. Parady są częścią propagandowej inscenizacji, służącej eskalacji nacjonalizmu, w efekcie mocniejszemu zespoleniu „narodu” z „silną władzą”. Władza manipuluje nastrojami społecznymi, bo jest to niezbędne do prowadzenia bardziej zaczepnej polityki zagranicznej.

Parady totalitarnych i posttotalitarnych reżimów wymierzone są w jakiegoś mitycznego wroga. Odwiecznym wrogiem Chin jest oczywiście Japonia. Chiny odegrały ogromną rolę w poskromieniu jej potęgi – brzmi narracja władz – i należy się im teraz spóźnione uznanie plus należna rola w Azji i na świecie. Reżim przekonuje swych obywateli, że Japonia pozostała wielkim zagrożeniem. Młodzi Chińczycy uczą się o tym w szkołach, turyści oglądają tego dowody w muzeach i słuchają o tym w programach informacyjnych.

Wyobraźmy sobie teraz sytuację – znowuż nie taką abstrakcyjną – że Moskwa straszy swoje społeczeństwo Niemcami. W byłej NRD – mówi – odradzają się sentymenty nazistowskie, popularne stają się filmy i książki wybielające zbrodnie wojenne, Berlin dyktuje warunki państwom Unii Europejskiej, rośnie niemiecka hegemonia finansowa w Europie, itd., itd. Owa imaginacja dobrze odzwierciedla obecne relacje chińsko-japońskie, z akcentem na pierwszym członie. Japończycy są naturalnie potęgą finansową i dają to państwom regionu odczuć, na wyspach pojawiają się resentymenty imperialne i premier Shinzo Abe – podobnie, jak Angela Merkel na spotkaniach „ziomkostw” – zachowuje się wobec nich niejednoznacznie.

Imperialne upiory

W społeczeństwie japońskim przeważają obecnie nastroje pacyfistyczne, wręcz żyje ono pod ciężarem traumy Hiroszimy i Nagasaki. Jest w pełni rozbrojone, a państwo, jako takie, nie bierze udziału w konfliktach wojennych, najwyżej w aspekcie humanitarnym i antyterrorystycznym. Premierzy japońscy po wielokroć przepraszali za zbrodnie kliki wojskowej, która inspirowała zbrodnie wojenne, częściowo zadośćuczynili także ofiarom. Nie wszędzie mogli, wszak w Chinach oraz części Korei i Indochin władzę, tuż po wojnie wzięły ludobójcze sekty komunistyczne. Owszem, w prasie brytyjskiej i amerykańskiej często pojawiają się opinie, iż Japonia nigdy nie zapłaciła za zbrodnie wojenne, w takim stopniu, jak Niemcy. Patrząc jednak na losy RFN po 1945 r., trudno pominąć, że na swym położeniu i dzięki „okupantom” Niemcy sporo zyskali. Tak, jak zresztą Japonia.

Slogany, które pojawiają się w chińskich mediach i wychodzą z ust chińskich polityków, przypominają język owej właśnie imperialnej Japonii z 1937 r. Hasłom i pohukiwaniom towarzyszą zaczepne działania. Waszyngton oraz Tokio nieustannie narzekają nie tylko na hakerów, ale na głęboką infiltrację agenturalną swych najwyższych instytucji. Pekin od miesięcy mocuje się z Tokio o wyspy Senkaku, buduje lądowiska na spornej rafie na Morzu Południowochińskim, eksploatuje napięcia na półwyspie koreańskim oraz prowokuje Tajpej w zatoce tajwańskiej. No i ta parada, po raz pierwszy, zamiast uroczystości wspomnieniowej, mająca być wojskowym show, w niezapomnianym stalinowskim stylu.

Komuniści chińscy nie planują na razie nikogo najechać, ale totalitarne skłonności reżimu każą mieć się na baczności. Wojna światowa nie wybuchłaby, gdyby Hitler nie miał na Kremlu swojego Stalina. Stalin podjudzał Hitlera do agresji na Polskę, aż sam stał się jego ofiarą. Świat był skąpany w pacyfizmie, a wojna zaczęła się od niemalże incydentu, bo gdyby Polska skapitulowała po kilku dniach, a nie po miesiącu, może na nim by się skończyło. Każdy potencjalny konflikt interesów lub punkt zapalny w Azji – najprędzej w Korei – może przerodzić się w coś poważnego. Pamiętajmy, wojna światowa zaczęła się od sojuszu „ponad podziałami”, podziału stref wpływów, walki o przestrzeń życiową i poszukiwania surowców.

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz