Poglądy polityczne zamachowców

25 lipca 2015

Pięć ofiar masakry w Chattanooga w stanie Tennessee wstrząsnęło całą Ameryką. Zginęło czterech żołnierzy piechoty i jeden marynarki. Zastrzelił ich młody muzułmanin Mohammad Youssuf Abdualeez. Natychmiast pojawiły się domniemania, że to kolejny członek „międzynarodówki” terrorystycznej, jaka sieje ostatnio postrach w Europie Zachodniej, Australii i Afryce Północnej. Abdualez nie opowie już, jakie przyświecały mu cele. Został unicestwiony przez policję na miejscu zbrodni. 7 tysięcy km. dalej, norweski wielki wróg muzułmanów – który zamiast muzułmanów, zabił prawie 80 bezbronnych Norwegów – idzie właśnie na studia.

Andersa Breivika zachodnie media określają mianem „prawicowego ekstremisty”. Muzułmanin może pomyśleć, że w Norwegii faktycznie rządzą jacyś „faszyści”, którzy chronią, a nawet rozpieszczają niedoszłych zabójców muzułmanów. Status „prawicowca” Breivik uzyskał głównie dlatego, że strzelał do młodych socjalistów oraz dlatego, że kierowały nim ksenofobiczne pobudki. Łatwo ignoruje się na Zachodzie fakt, że do socjalistów strzelali również Hitler i Stalin, „lewicowcy” w każdym calu, tak samo nie pałający miłością do różnych mniejszości.

Za ich czasów – na tym polega różnica – rolę muzułmanów, czy też „międzynarodówki” muzułmańskiej w Europie, pełnili… Żydzi. Stalin swe ksenofobiczne uprzedzenia maskował komunistyczną nowomową. „Wywrotowe” mniejszości nazywał po prostu „agentami” obcych wywiadów, zatem zsyłał i mordował setki tysięcy Polaków, Ukraińców, a także licznych Japończyków, Niemców, Tatarów, w końcu i Żydów. Stalinowska kampania antysemicka z drugiej połowy lat 40., a potem jej druga faza, wdrażana od 1952 r. – i szczęśliwie dla Żydów nie ukończona – przypominała lata 30. w Niemczech hitlerowskich.

Nie chcę dywagować nad zbieżnościami i różnicami pomiędzy nacjami. Jest ich, i jednych, i drugich, zbyt wiele. Nie można też nazbyt popędliwie nakładać na siebie różnych czasokresów. Korci mnie, by podnieść, z Żydami Europa współżyła jako tako całe stulecia, natomiast kiedy przybywali tu muzułmanie, to zwykle po to, by zaraz wszystkich nawracać. Zdarzały się wszakże wypadki burzące tę regułę, kiedy Żydzi sefardyjscy współpracowali z Arabami przeciwko królom katolickim, zdarzały się z drugiej strony żydowskie pogromy, które kazały szukać Żydom schronienia na Wschodzie, itd., itd. Można tak bez końca.

W żaden sposób nie potrafię sobie natomiast wyobrazić konserwatywnego vide prawicowego, „ekstremisty”-zamachowca. Wykluczam zamachowców działających w afekcie – zamachowiec polityczny to dla mnie ktoś działający metodycznie, prędzej z czyjegoś, niż „boskiego” podszeptu – ale takich „zimnych” „prawicowców” również nie potrafię znaleźć. Weźmy dla przykładu historię USA. Za każdym jednym zamachem na krajowego polityka stał tam rewanżysta lub ktoś mający związki z radykalnymi prądami lewicowymi. Żaden monarchista, żaden republikanin.

W aspekcie konserwatyzmu kluczową funkcją jest wiara w boży pierwiastek, inaczej rzecz ujmując, na szczycie hierarchii wartości konserwatysty znajduje się, nie naród, nie klasa robotnicza, nie prawa historii czy biologii, ale absolut. Amerykańscy zamachowcy, albo uważali wiarę w absolut za przeszkodę, albo, w skrajnych wypadkach, wierzyli, że weszli z nim w aż nazbyt bliski kontakt – „słyszeli głosy”.

Zamachowcy

Richard Lawrence, który dokonał nieudanego zamachu na Andrew Jacksona, sądził, że jest reinkarnacją króla Ryszarda II Plantageneta. Próbował go zgładzić, ponieważ uważał, że rząd amerykański jest mu winny pieniądze. John Schrank próbował zabić prezydenta Teddy’ego Roosevelta, zainspirowany głosem Williama McKinley’a. Rozzłościło go to, że ten ubiega się o trzecią kadencję. W następnych dekadach pojawili się również fałszywi „wariaci”. Francisco Martin Duran, niedoszły zabójca Billa Clintona, wymyślał najróżniejsze historie, od pępowiny łączącej świat „obcych” z górami Kolorado, po wcielenia Jezusa Chrystusa, byleby tylko uniknąć grożącego mu wyroku. Pokazało się, że był osobą zwyczajnie cierpiąca na nadmiar agresji.

Idąc dalej. John Wilkes Both zastrzelił w kwietniu 1865 r. Abrahama Lincolna, bo, jak stwierdził w liście do rodziny, pokochał „pokój nad własne życie”. Charles Guiteau, który zastrzelił innego republikańskiego prezydenta, Jamesa Garfielda, przez wiele lat należał do utopijnej sekty religijnej, zwącej się Oneida Community. Zabójca prezydenta Williama McKinley’a, Leon Czolgosz, był socjalistą i anarchistą. Giuseppe Zangara, który planował zabić prezydentów Herberta Hoovera i Franklina D. Roosevelta, był raczej desperatem, powodowanym osobistą sytuacją materialną w dobie „wielkiego kryzysu”. Monarchistą też nie był. Stwierdził swego czasu: „Wszyscy kapitalistyczni prezydenci to królowie”. Lee Harvey Oswald, zamachowiec na życie Johna F. Kennedy’ego, miał silne związki z kubańskim i sowieckim ruchem komunistycznych. Lynette Fromme, która w 1975 r. próbowała odebrać życie Geralda Forda, należała do kontrkulturowej, hippisowskiej sekty Charlesa Mansona. Kilkanaście dni później poszła w jej ślady Sara Moor, próbując zgładzić Forda, bo: „rząd wypowiedział lewicy wojnę”.

Z rąk zamachowców zginęło dwóch senatorów i dwóch kongresmenów. Pierwszy w ten sposób zginął republikanin James Hinds ze stanu Arkansas. W 1868 r. zabił go George A. Clark, członek Ku Klux Klan, sekty politycznej, o cechach ksenofobicznych i antykatolickich. Śmierć senatora Huey’a Longa, z ręki Carla Weissa w roku 1935 miała raczej względy osobiste. Natomiast Robert Kennedy został w czerwcu 1968 r. śmiertelnie raniony przez Sirhana Sirhana, palestyńskiego ekstremistę, ponoć za poparcie Kennedy’ego dla Izraela. W 1978 r. zginął kongresmen Leo Rayan. Zgładzili go członkowie lewicowej sekty Świątynia Ludu, kaznodziei Jima Jonesa z Gujany.

Owszem, nawet w USA oskarża się prawicowców o tworzenie: „atmosfery nienawiści i strachu”, lecz jeśli spojrzeć na polityczne motywy zamachowców, niemal zawsze były one anty-konserwatywne, a działania rewolucyjne. Kiedy profesjonalni zamachowcy dochodzili w końcu do władzy, jak NSDAP i bolszewicy, ich rządy zawsze opierały się na „atmosferze nienawiści i strachu”, i dalej: na ksenofobii, rasizmie, inżynierii społecznej, pseudonaukowych teoriach, materializmie, przymusowej ateizacji, a więc i antychrześcijaństwie, kulcie jednostki. Jak już dywagowaliśmy, polityczny ateizm w naszym kręgu kulturowym niemal zawsze ma ostrze antychrześcijańskie.

Owo diabelskie odwracanie „kota ogonem” jest jedną z metod politycznych wspomnianych rewolucjonistów. W styczniu 2011 r. zamachowiec poważnie ranił demokratyczną kongresmen ze stanu Arizona, Gabrielle Giffords. Pamiętam dobrze, jak po tej tragedii główne amerykańskie media poczęły natychmiast insynuować, iż za zamachem stoją zwolennicy… prawicowego ruchu „Tea Party”, a nawet konserwatywna, była kandydat na wiceprezydenta USA, Sarah Palin. Na republikanów padł blady strach. Atak w okolicy Tuscon, ze strony niejakiego Jareda Loughnera, kosztował życie sześciu innych osób oraz zdrowiem, ranionych 13 następnych, natomiast Giffords rzeczywiście rywalizowała z o mandat z republikańskim weteranem wojennym, popieranym przez środowisko „Tea Party”.

Niebawem w mediach nastąpił wstydliwa cisza. Koledzy 22-letniego zamachowca określili go, mianem “lewicowca, bardzo liberalnego”, a inni jako “radykała”, co w amerykańskich żargonie oznacza skrajnego lewicowca: lewaka lub komunistę. Loughner deklarował się jako niewierzący, z odrazą wyrażał się o religii, jak i o rządzie federalnym. Równocześnie nie potwierdziły się informacje o rzekomym “antysemizmie” zabójcy, świadczącym w mniemaniu liberalnych mediów o jego “prawicowości”. Kongresmen Guiffords ma bowiem żydowskie korzenie.

Życie po życiu

Wracając do Norwegii, gdzie, miast na krzesło elektryczne, na Uniwersytet w Oslo, wybiera się masowy morderca. Studenci nauk politycznych, gdzie przyjęto Breivika, mogą wszak odetchnąć z ulgą. Zabójca nie zostanie dopuszczony do sal wykładowych, ani też do wydziałowej biblioteki. Aczkolwiek może tam zawsze wrócić po odsiedzeniu 21-letniego wyroku…

Rokuje się mu, jak widać, bardzo dobrze. Breivik korzysta z programu resocjalizacyjnego, który z założenia pomaga więźniom przygotować się do nowego życia na wolności… Do odsiedzenia ma jeszcze kilkanaście lat. Przez ten okres może zarówno spróbować klasycznej ucieczki w stylu „El Chapo”, jak bardziej wysublimowanej, np. przekonując do siebie opinię publiczną. Może udać nawrót choroby psychicznej o nazwie „rozkosz zabijania”, powołać się na swe trudne dzieciństwo w zbyt dużym komforcie, kompleks klasowego ciamajdy, albo, najłatwiej, może zrzucić winę na swych „prawicowych” sojuszników. Tylko których?

Breivik, jeśliby wyszedł, postrzelał równie chętnie do chadeckich polityków, których oskarża o zdradę i wpuszczenie islamistów do Europy. Deklaruje się, jako „kulturowy chrześcijanin”, aczkolwiek przyznaje, że sam jest osobą niewierzącą. Został ochrzczony w kościele luterańskim, który istnieje w całej północnej Skandynawii tylko nominalnie, albo inaczej: „kulturalnie”. Breivik ma chrapkę na własny kościół. Proponował już niegdyś zwołanie europejskiego kongresu chrześcijańskiego, z którego narodziłby się „antyislamski europejski kościół”. Nie przewiduje w nim miejsca dla „papistów”. Bodaj najbardziej zajadle atakowanym przezeń imiennym wrogiem był „konserwatywny” Benedykt XVI. Wypowiadał się o nim już z pozycji anty-papieża, iż: „porzucił chrześcijaństwo i europejskich chrześcijan i powinien być uważany za papieża tchórzliwego, niekompetentnego, skorumpowanego i nielegalnego”.

Tu rodzinna dygresja. Przypominają się słowa mojego krewnego, duchownego, który od lat udziela egzorcyzmów. Wspominał mi, iż demony na wspomnienie imienia Benedykta XVI zachowują się wyjątkowo wściekle i nienawistnie. Ponoć żadne z papieskich imion, tych współczesnych, nie zadaje Belzebubowi większych mąk… (Ciekawe jak diabeł reaguje na słowo Breivik?)

Słowem, Breivik to taki europejski Ku Klux Klan. Jego obecna kariera akademicko-polityczna mnie osobiście kojarzy się z życiem po życiu bosa mafii meksykańskiej, którego trafiło kilkanaście kul. Mafiozo, jak i inni bossowie uważają takiego delikwenta za nieśmiertelnego i „wybranego”. Boją się go, podziwiają, szanują. Breivik, kiedy go widzę tylko, znajduje się w stanie jakieś euforii. Robi teatralne miny, popisuje się, naucza. Sądzę, że w swoim własnym mniemaniu, obmywszy się bezkarnie krwią tylu młodych ludzi, dawno już stracił zainteresowanie tronem anty-papieża, skoro został „bogiem”.

Nie miałby Breivik tego swojego życia po życiu, gdyby żył w Ameryce. Jeśliby przeżył zatrzymanie i dożył procesu, gniłby w izolatce bez dostępu do prasy, książek i telewizji. Miałby tu czas na zadumę i modlitwę. Na prawdziwe nawrócenie. Potem jeszcze dowiedziałby się, że zostanie porażony prądem, dostałby możność ekspiacji i poszedłby w zaświaty. Natomiast w Norwegii odbiera mu się możliwość jedynej możliwej resocjalizacji – duchowej. Jeśli nawet ukończy uniwersytecką resocjalizację, a potem jeszcze ekologię i farmaceutykę, pozostanie mentalnym sobą. Breivik nie idzie w sierpniu na studia uczyć się, ale nauczać. Jeśli nie daje mu się szans na nawrócenie, a chce tylko dogodzić, to dlaczego nie pozwolić mu nauczać na terytorium Państwa Islamskiego?

Paweł Zyzak

Dodaj komentarz